Opowieść o krnąbrnym piłkarzu. Jak wyjątkowy był Krzysztof Surlit?

Antoni Figlewicz

11 października 2026, 10:24 • 20 min czytania 0

Reklama
Opowieść o krnąbrnym piłkarzu. Jak wyjątkowy był Krzysztof Surlit?

Trudny charakter, chorobliwa ambicja, bezkompromisowe podejście do futbolu. A może po prostu wiara we własne umiejętności, oddanie wykonywanej pracy i prosta filozofia, która zaprowadziła go do ostatniej przed atakiem szczytowym bazy. Jednocześnie uniemożliwiła osiągnięcie w polskiej piłce statusu innych piłkarzy, którzy może nawet oddali futbolowi mniej. I najprawdopodobniej przyczyniła się do tego, że Krzysztof Surlit zmarł, robiąc to, co kochał. Nie przez przypadek obrósł w środowisku kibiców łódzkiego klubu legendą. Jeśli ktoś miał ten mityczny „widzewski charakter”, to właśnie on.

Reklama

Przekonuje mnie o tym zresztą rozmowa z twórcami jego biografii „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter” – Dariuszem Postolskim i Kamilem Kijanką.

Obaj panowie dobrze wiedzą, że najlepsze dyskusje o piłce, o jej historii czy jej wyjątkowych postaciach rozpoczyna się na spokojnie. W naszym wypadku – od kawki i krótkiej gadki poświęconej piłce tylko odrobinę. Kiedy jednak rzucam bardzo dokładnie wymierzone pytanie o książkę, właściwie mogę zapomnieć o zadawaniu kolejnych pytań. Wodospad słów, w którym można się skąpać z wielką przyjemnością i… żal w ogóle go powstrzymywać.

A że mam do czynienia z duetem – choć rozdzielonym o co najmniej jedno pokolenie – naprawdę zgranym, to długimi fragmentami po prostu nie będę się wtrącał. Samograj.

Reklama

Krzysztof Surlit (ur. 13 października 1955 roku w Zelowie) był piłkarzem Widzewa Łódź, który z nim w składzie odnosił największe sukcesy. Przez lata pomocnik ten słynął ze swojego znaku firmowego – potężnego uderzenia z dystansu, którego bali się nawet najlepsi bramkarze w kraju. Ważnym w jego piłkarskiej karierze był też niezwykle silny charakter. Nieustępliwość pozwalała Surlitowi budować swój mit w Łodzi, ale jednocześnie mocno go ograniczała. Wydaje się, że to właśnie bezkompromisowe podejście do życia sprawiło, że pomocnik nigdy nie zagrał w barwach reprezentacji Polski. Surlit zmarł we wrześniu 2007 roku, kiedy doznał ataku serca podczas towarzyskiego spotkania Gwiazd Polskiej Piłki Nożnej z oldbojami Pogoni w Szczecinie. Miał 51 lat.

Jedyny w swoim rodzaju. Krzysztof Surlit bohaterem książki

Kamil Kijanka, dziennikarz, autor książki „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter”: Trochę jak w starym małżeństwie, decyzja o napisaniu tej książki była wspólna. Prawda jest jednak taka, że wcześniej odrobinę pomagałem panu Darkowi z jego inną książką – to była „Łódzka scena młodzieżowa”, tematyka zupełnie, zupełnie inna. Potem dyskutowaliśmy o tym, że w sumie fajnie byłoby napisać tak naprawdę wspólnie jakąś książkę o tematyce sportowej. Wysunąłem temat Krzysztofa Surlita, o którym jedenaście lat temu napisałem artykuł, zresztą o tym samym tytule co nasza książka. Historia zatoczyła koło.

Antoni Figlewicz: Jest w historii Widzewa wielu piłkarzy, którzy działają na wyobraźnię, wielu z nich też już odeszło na tamten świat. Dlaczego akurat Surlit?

KK: Czternaście lat temu, kiedy przyjechałem do Łodzi, zaczynałem chłonąć historię Widzewa. Koledzy zabrali mnie na mecz, połknąłem bakcyla od razu, bo nie miałem ekstraklasowego zespołu w Wałbrzychu, gdzie pamięta się dawne, dawne czasy. Kiedy tak pochylałem się nad opowieściami o Widzewie, szybko zwróciłem uwagę na nazwisko Surlit. Ten jego niesamowity strzał z dystansu, gole z Manchesterem United, dwa trafienia na poziomie półfinału Pucharu Mistrzów przeciwko Juventusowi. A jednocześnie żadnego meczu w reprezentacji. Dlaczego? Zacząłem się zastanawiać, rozmawiałem z jego byłymi kolegami z boiska, z rodziną. Odkrywałem, że nie był to człowiek, który dawał sobie dmuchać w kaszę. I to mi imponowało, choć mógł tym sobie szkodzić. Może ten charakter spowodował, że nie utorował sobie drogi do reprezentacji Polski. Może gdyby był bardziej ugodowy…

Reklama

AF: A był absolutnie bezkompromisowy.

KK: Taki krnąbrny, tak. Pracując nad książką pojechaliśmy do Zelowa i spotkaliśmy się z jego pierwszym trenerem z Włókniarza Zelów. Pan po dziewięćdziesiątce, Eugeniusz Smolny, przyjechał do nas na rowerze z pokaźnym plikiem zdjęć, miał tego całe klasery. I był tam mały notatnik opisujący juniorów Włókniarza Zelów, w tym 15-letniego wówczas Surlita. Tam oczywiście opis tego, jaki był zdolny, utalentowany, ale i dopisek „niesamowicie pewny siebie, krnąbrny”. To pokazuje, że on się z tym po prostu urodził. Często nie patrzył na to, co mu się opłaca, ale na to, co jest w zgodzie z jego sumieniem.

AF: To imponuje po latach czy w okresie, w którym on grał też dużo mówiło się o tym jego wyjątkowym charakterze?

Dariusz Postolski, dziennikarz, autor książki „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter”: Byłem świadkiem sceny, w której Surlit na stadionie Widzewa, w przerwie meczu derbowego z ŁKS-em, schodził z boiska po bardzo ostrej w jego wykonaniu pierwszej połowie. Sędzia zaczął mu grozić, a ja to wszystko słyszałem. Mówił mu: „Krzysiek, zaraz dostaniesz czerwoną kartkę, opanuj się”. Usłyszał w odpowiedzi: „Mogę dostać, ale musimy wygrać. Ja ich wszystkich wytnę”. Chociaż to tak delikatnie ujęte, naprawdę to on tam powiedział, że ich wszystkich rozpie… Na szczęście nie było takiej sytuacji, żeby sędzia musiał mu dać drugą żółtą kartkę, ale fakt – Surlit był bezkompromisowy.

Reklama

Cięty był strasznie na Janka Tomaszewskiego, którego próbował pokonać kilka razy. Wreszcie mu się to udało, a strzelił tak potwornie silnie, że Janek zrezygnował w ogóle z próby obrony. Popatrzył za piłką i machnął ręką. To też nie tak, że Surlit był tylko ambitny i na tym się to kończyło, za tym szły ogromne umiejętności. Ambitnych piłkarzy mamy całe mnóstwo, a on miał jeszcze coś do zaproponowania kibicom.

Autorzy książki o Krzysztofie Surlicie na stadionie Widzewa. Z lewej strony Kamil Kijanka, z prawej – Dariusz Postolski

Braterska więź i piłka nożna. Surlitów nie dało się złamać

AF: On nie odpuszczał nawet własnemu bratu, prawda?

Reklama

DP: Toczył słynne pojedynki z Wieśkiem (Wiesławem Surlitem, bramkarzem m.in. Widzewa i Szombierek Bytom – przyp. AF). Tylko raz w życiu go pokonał, to było na stadionie Widzewa, widziałem tę bramkę. Niesamowicie był w tym dniu spięty, strzelił gola, ale wiele razy był bliski kolejnego. Na trybunach siedział ojciec ich obu i zaznaczał wyraźnie, że nie ważne który, ale wygra Surlit. Dorzucał też od razu, że ma jeszcze trzeciego syna i ten będzie w ogóle najlepszy. Okazało się, że w tej ostatniej kwestii ojciec się mylił…

Krzysiek miał też jedną ważną cechę, o tym już mówiłem – coś ekstra do zaproponowania. W związku z tym, gdy ktoś chciał obejść go ustalając jakiś wynik meczu, on okazywał się bardzo prostolinijny. Dla niego mecz to była próba pokazania, że to wszystko to prawdziwy sport. Kiedyś w przerwie spotkania ligowego zorientował się, że zespół go ominął w dzieleniu się pieniędzmi. Wszedł do szatni i powiedział: „Ja wiem, co wy robicie. Jeśli myślicie, że to się tak skończy, to się grubo mylicie”. Oni wtedy oczywiście od razu: „Nie no, co ty, Krzysiu, nie było tak, nieprawda”. Nie uwierzył im i zapowiedział, że skończy ten mecz po swojemu. Tak się zawziął, tak mocno pracował przez pozostałych 45 minut, że jeszcze w 90. wyrównał na 2:2. Zresztą obie bramki dla Widzewa strzelił w tym meczu właśnie Surlit.

AF: Można powiedzieć, że zaznaczył dominację w możliwie najlepszy sposób.

DP: A miał jeszcze swoje popisowe zagranie – piekielnie silny uścisk dłoni, który wielokrotnie służył mu do robienia różnych dowcipów. Zresztą jak witasz się teraz z Wieśkiem, to i u niego czuć potworną siłę w ręce.

Reklama

AF: On był jeszcze bramkarzem, to w ogóle ma konkretną grabę.

DP: Ręce jak bochny, zapewniam. Na Krzysztofa mówili zdaje się „Pancernik”, na Wieśka – z tego co pamiętam – „Baryła”. Do Krzyśka pasował ten jego pseudonim jak ulał. On nawet jak miał kontuzję, to grał tak, że nikt nie widział, że cierpi i coś go boli.

Stadion w Zelowie nazwany na cześć Surlita

Reklama

Reprezentacja nie dla Surlita. „Wszyscy nabrali wody w usta”

AF: To co z tą kadrą? Dlaczego nigdy do niej nie dotarł z takim zacięciem?

DP: Cały czas był blisko.

KK: Relacje są w tej sprawie niejednoznaczne.

DP: Tak, wszyscy nabrali wody w usta i mówią, że nie wiadomo. Podobno zaginął mu paszport, ale wiemy, że jak coś ginie, to musi być robota szyta grubymi nićmi. Tak mu to zrobili, to nie był przypadek, on został utrącony. A szkoda, że selekcjoner nie pomyślał o tym, żeby mieć w pomocy gościa, który nie uznaje autorytetów, jest silny, ma piekielnie mocne kopnięcie. Dla mnie to było zaskoczenie, że był tak blisko wyjazdu na mistrzostwa świata, a tak łatwo z niego zrezygnowano.

Reklama

KK: To dobry moment, żeby dodać, co nam powiedziała pani Bożenna Surlit, wdowa po Krzysztofie. Mówiła, że on pojechał nawet na lotnisko, myśląc, że leci do Argentyny. Wróciła tego dnia do domu późnym wieczorem. Tam paliło się światło i była prawie pewna, że ktoś się włamał do mieszkania. A zastała załamanego Krzysztofa, którego odesłali z powrotem…

AF: To znaczy, że dostał powołanie?

DP: Tak, pojechał tam i się dowiedział, że nie ma jego paszportu. To z kolei potwierdził nam Jan Tomaszewski. Takie to były szwindle.

KK: Trener Gmoch mówi jednak, że Surlit znalazł się w szerokiej kadrze, ale prawdopodobnie odpadł na etapie konsultacji. Przyznawał jednak, że szczegółów nie pamięta. W tamtych czasach konkurencja w reprezentacji była ogromna. Trudno jednak zrozumieć, że ten piłkarz, nawet po spektakularnych występach i golach z Manchesterem United czy Juventusem, nigdy nie otrzymał choćby jednej szansy.

Reklama

DP: Ale to może być trochę tak, jakby Kazimierz Górski powiedział, że nie pamięta, że był taki piłkarz jak Jan Banaś. A tak naprawdę Banaś nie zaistniał w 1974, bo Górski go wtedy świadomie odsunął. To takie sytuacje, do których żaden z trenerów raczej się nie przyzna, nie powie oficjalnie, że coś zawalił, gdzieś się pomylił.

Wracając do Krzyśka, bo o nim mieliśmy rozmawiać. Pamiętam kilka dziwnych zdarzeń z jego udziałem – kiedyś spotkałem go pod stadionem, wtedy już skończył karierę. Widzę, że stoi, podchodzę, pytam go, co tam. A on: „A wiesz, tak przyszedłem, nie mam biletu…”. Taki facet powinien wchodzić bez biletu. Podeszliśmy razem, powiedziałem od razu: „Pan wie, kto to jest? Jakby nie ten człowiek, to nie miałby pan gdzie pracować”.

Mural upamiętniający legendę Widzewa i Włókniarza

Reklama

Dumny, szczery… ale i opiekuńczy. „Wszędzie wprowadzał swój mir”

AF: To kwestia skromności? On nie miał w zwyczaju o nic się prosić?

DP: Duma nie pozwalała mu na to, żeby o to poprosić. Co nie znaczy, że był całkowicie niedostępny. Gdy został trenerem, to piłkarze grający pod jego batutą wyraźnie zaznaczali, że to ekstra gość.

KK: Jeden z jego byłych podopiecznych ze Zrywu Dąbie, w gruncie rzeczy z poziomu amatorskiego, opowiadał nam, że po każdym meczu wychodzili na piwko, ale Surlit stał przy ladzie i pilnował, żeby każdy wziął tylko jedno. Pod warunkiem, że mecz był wygrany.

AF: Wolał pewnie mieć nad tym kontrolę, wiedział, że i tak pójdą po to piwo.

Reklama

DP: Oczywista sprawa, nie oszukujmy się. Zawsze po meczu i przed meczem chłopcy sobie pociągali…

KK: Ale jak Surlit wyczuł kogoś w szatni, to mówił wyraźnie: „Mamy tutaj partyzanta. Albo się przyzna, albo niech więcej nie przychodzi”.

DP: No i ten Gałkówek, a potem Zryw grał pod jego wodzą całkiem dobrze. Wszędzie zresztą, gdzie Surlit się pojawiał, wprowadzał taki swój mir. Szła za nim też fama, że to ten Krzysiek Surlit, ten z wielkiego Widzewa – nikt mu nie chciał podpaść. Był też jednak opiekuńczy.

Gdy usłyszał, że ktoś w drużynie zaczyna dokuczać Wiesiowi Wradze, to zapytał go tylko, który to. Wtedy akurat Wraga wskazał na Krzyśka Kamińskiego… Surlit miał taką metodę, że atakował z zaskoczenia i robił ze swoją ofiarą „turlankę”. Łapał delikwenta wpół, w uścisku, z którego niewielu by się wyrwało i turlał się z nim po ziemi. Po tym był już spokój, siłę fizyczną miał niesamowitą – zresztą cała rodzina słynęła z tego, że byli bardzo silni. Gdy ktoś zaczepił Krzyśka siostrę, już nieżyjącą, na zabawie w Zelowie, to dostawał szybko strzała z ręki i to nie lekko…

Reklama

Widzewiacy z wizytą u Jana Pawła II. Papież za moment zapozna się z piekielnie mocnym uściskiem dłoni Surlita

AF: Czyli geny robiły swoje. Potrafił Surlit skorzystać z tego, co przekazali mu rodzice.

DP: I trafił na dobre środowisko. Tamten Widzew był jednością. Na boisku i poza boiskiem nie daliby się nikomu i nigdy stłamsić. Faktycznie przegrywali czasem mecze na własnym stadionie, ale zawsze już na samym początku rzucali się na drużyny przyjezdne z niezwykłą zaciekłością. Odpuszczania nie mieli w zwyczaju. Dookoła boiska była wtedy jeszcze taka żwirowa bieżnia i Zdzisiek Kostrzewiński opowiadał mi swego czasu, że niektórzy to po prostu po niej zwiewali, jak Widzew tak mocno napierał. Bywało ostro, grali bardzo „twardo”. Nie było człowieka, który by się nie zastanowił, czy mu czasem nie połamią na stadionie Widzewa nogi. Zaczynało się kunktatorstwo, kalkulacja.

Reklama

Nie ma, że boli. „Jego śmierć była wypadkową tego, co działo się z całym pokoleniem”

Po krótkiej przerwie na dyskusję o współczesnej piłce i odporności piłkarzy na urazy, a także – niejako przy okazji – na dopicie kawy, przeszliśmy do tego, jak ludzie urodzeni w tym samym czasie, co Krzysztof Surlit podchodzili i pewnie nadal podchodzą do wizyt u lekarzy, badań, profilaktyki.

DP: Krzysiek o wszystkich myślał, ale nie o sobie. Z piłkarzy z jego rocznika to chyba nikt nie robił sobie badań. Jego śmierć była chyba w ogóle wypadkową tego, co działo się z całym tym pokoleniem. Oni się nie leczyli, nie mieli też za bardzo u kogo, bo w tamtych czasach lekarz klubowy mówił: „Weź nie marudź, jaka temperatura, przejdzie ci”.

AF: Tak urządzili Wragę, on przecież przez mecz rozegrany z gorączką miał potem poważne problemy ze zdrowiem.

DP: Tak jest, to były takie czasy.

Reklama

KK: Żona pana Krzysztofa mówiła nam też wyraźnie, że był taki moment, w którym ledwo odratowano mu nogę i było naprawdę blisko amputacji. Zresztą Stefan Majewski, kiedy wspominał ten feralny dzień w Szczecinie – ten, w którym Surlit zmarł na boisku – przyznał, że po wszystkim lekarka spytała panów grających z panem Krzysztofem, kiedy się ostatni raz badali.

Grób Krzysztofa Surlita na łódzkim cmentarzu na Zarzewie

DP: I od razu: „Ile macie lat?”. Jeden 52, inny 53, a ostatni raz byli na jakichkolwiek badaniach trzydzieści lat temu. Wyglądały one zresztą tak, że ktoś zrobił EKG, osłuchał płuca, klepnął w plecy i ogłosił, że zdrowy, może iść, do widzenia. A przecież zaraz po wyjściu od takiego lekarza był wyczynowy sport.

Reklama

Trudno więc powiedzieć, czy to dobrze, że Krzysiek podchodził tak bardzo poważnie do wszystkiego, co robił. Znamy takie historie o sparingach z juniorami, nawet młodszymi – Surlit nie uznawał tego, że ktoś jest młodszy i gra sparing z oldbojami. Większość tych starszych chłopaków grała na luzie, ale Krzysiek uznawał, że jak wychodzisz na boisko, to jesteś gotowy na to, że rywal zagra na sto procent. Mój syn grał w takich meczach, przychodził do domu i mówił: „Tata, jak moje ręce wyglądają. Znów graliśmy sparing z oldbojami, a ten Surlit to strzela z całej siły”.

KK: Niektórzy sugerowali, że przez Surlita w sumie rozpadła się ta drużyna oldbojów. Był zbyt ambitny. Nie grał na pół gwizdka. Liczyło się tylko zwycięstwo. Nieistotne, że były to rozgrywki starszych panów po karierze, dla przyjemności. Nie wszyscy potrafili to zrozumieć.

DP: O tak, był zdecydowanie nadaktywny. Niezwykle uczciwy. Walczył o sprawiedliwość z rywalami i sędziami. Na koniec dochodziło do konfliktów z kolegami. Nie potrafił zrozumieć ich bierności.

AF: Ta ambicja przeszła w agresję? Napędzała go frustracja?

Reklama

DP: Chciał, żeby wszyscy grali w takich meczach na sto procent. Czasy się już jednak zmieniły, a on nie dopuszczał myśli, że jest właściwie na emeryturze.

KK: Nie dopuszczał myśli, że to mecz o nic. Każdy był dla niego najważniejszym, jakby był o mistrzostwo świata.

DP: To był niesamowity zawodnik, ale często też przekraczał granice. Czasem mu ktoś mówił, żeby się opanował, że, dajmy na to, naprzeciwko są tylko dzieci, juniorzy. Wtedy Surlit mówił tak: „Wyszli na boisko, to niech walczą”. Może to dobra metoda, ale…

KK: Mam przed oczami jedna historię, którą podzielił się z nami jego były podopieczny, kapitan Zrywu Dąbie, Paweł Miszczak. Trener Surlit bardzo przeżywał wszystkie spotkania, żywo gestykulował. Ktoś mu z przeciwnej drużyny odpyskował niekulturalnie w trakcie meczu, więc Surlit wezwał Miszczaka i mówi tak: „Mnie to nie obchodzi, on ma być skasowany za te słowa”. Mamy to w naszej książce, Miszczak rozłożył ręce i cóż miał w takiej sytuacji zrobić – podszedł i chłopa skasował, choć warto zaznaczyć, że nie zrobił mu krzywdy. A rywal przy następnej okazji podszedł do Surlita i przeprosił za tamtą pyskówkę. Dotarło do niego później, wobec kogo pozwolił sobie na zbyt wiele.

Reklama

Krzysztof Surlit w barwach Widzewa Łódź

AF: Nazwalibyście to wszystko „chorobliwą ambicją”? Może w ogóle jakąś chorobą?

KK: Niesamowitą, ogromną ambicją na pewno tak. Kochał piłkę nożną i Widzew Łódź całym sercem. Często słyszeliśmy w trakcie rozmów z jego najbliższymi. że to piłka była u niego na pierwszym miejscu. Im więcej słuchałem opowieści o tym piłkarzu – o jego niezłomności, uczciwości i ambicji, tym mocniej go podziwiałem. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie wszyscy będą akceptować taką postawę. Zyskał tym jednak ogromny szacunek.

Reklama

DP: Mało było piłkarzy, którzy nie wahali się robić dla Widzewa tyle, co robił dla niego Krzysiek. Podobnie zresztą walczył Surlit za swój klub po transferze do Francji. Ta przygoda zagraniczna, moim zdaniem, nie udała się z dwóch przyczyn. Po pierwsze – on nie miał pojęcia o języku francuskim. Ten transfer wydarzył się nagle, nie było czasu. A druga sprawa jest taka, że kontuzja goniła wtedy kontuzję, on bardzo mocno wyeksploatował swój organizm w Widzewie.

Notesy Surlita. Pilnie strzeżone, w końcu ujrzały światło dzienne

AF: Wtedy wyjeżdżało się też zagranicę w pewnym wieku, na tamte czasy dosyć zaawansowanym.

DP: Tak, Surlit wyjechał jako 28-latek. I tęsknił za rodziną, czuł się tam na pewno samotny, także przez tę barierę językową. Skupiał się wyłącznie na grze w piłkę, a zadanie nie było łatwe. Trafił do Nimes, beniaminka. Można powiedzieć, że nim okrzepł, drużyna spadła z ligi. Nie rozmienił jednak kariery na drobne, był tam we Francji bardzo szanowany, choć zdawali sobie sprawę z tego, że jest bardzo wyeksploatowany latami gry w Polsce. Zadbali też bardzo dobrze o te wszystkie urazy, których się tam nabawił, nie musiał pauzować bardzo długo. Układ był jednak taki, że nie wracał od razu do pierwszego składu, na rozbieg dostawał mecz w rezerwach.

KK: W kontekście Francji warto ujawnić, że Surlit przez całą swoją karierę tworzył skrupulatne notatki, często uzupełnione o wycinki prasowe. Poza granicami Polski też to robił, każdy fragment lądował do jego notatnika, dzięki dostępowi do tych zapisków mogliśmy odtworzyć przebieg jego kariery zagranicznej. Nawet jeśli nie znamy języka francuskiego – w tym miejscu wielkie podziękowania dla Marka Brzezińskiego, wieloletniego korespondenta Polskiego Radia z Francji, który pomógł nam całkowicie bezinteresownie każdą z tych notatek przetłumaczyć.

Reklama

Krzysztof Surlit w barwach francuskiego Nimes Olympique

DP: Surlit nie znał języka, ale widział w gazecie swoje nazwisko i już wiedział, że ten fragment warto wyciąć. A potem grał jeszcze w Finlandii, tam też nie mówił przecież po fińsku.

KK: Skontaktowałem się także z jego trenerem z czasów gry w fińskim Oulu i poprosiłem o kilka słów na temat Krzysztofa. Starszy Pan niemal nie mówił po angielsku, ale pomogli pracownicy klubu, tłumacząc moje pytania na język fiński, a następnie – jego odpowiedzi na angielski. Jeśli chodzi o fińskie wycinki, tu z kolei pomógł mój kolega z Łodzi, który operuje tym językiem. Wszystkie notatki z lokalnej prasy, bo to był jedynie drugi i trzeci poziom rozgrywkowy w Finlandii, też mamy przetłumaczone. Podkreślę jednak, że nie dostaliśmy tych notesów Surlita od razu od jego żony. Po wielu rozmowach, wielu godzinach spędzonych razem, po prostu się do nas przekonała. Po pół roku od rozpoczęcia procesu pisania książki nagle nam powiedziała, że ma dla nas niespodziankę. Musiała nam najpierw zaufać, bo na początku myślała, że to w ogóle zły pomysł, żeby ta książka powstała, bo dziennikarze wiele razy uprzykrzali Krzysztofowi życie. Jesteśmy jej za to zaufanie wdzięczni. To jest niesamowite, że te notatki przeleżały w szafie tak wiele lat. Jakby czekając, aż ktoś je odkryje. Mamy głęboką nadzieję, że tym powodem jest nasza książka. Są tam relacje z meczów i wywiady, których nie znajdzie się już nigdzie.

Istnienie tych notatek pokazuje, jak mocno Surlit w siebie wierzył. Gromadził je od czasów juniorskich – jedna dotyczy nawet tego, jak dotarł do finału spartakiady, a był dopiero nastolatkiem, dobrze zapowiadającym się piłkarzem. Surlit opisuje, że spotkanie o tytuł wygrali, ale z pewnych powodów – nie chcę ich tu zdradzać – musieli poddać mecz walkowerem. Jest tam całe mnóstwo bardzo szczegółowych informacji. Kim był trener w Nimes, kim był trener w Dunkierce, jak to wyglądało w Finlandii, miejscu, o którym z tamtych czasów nie możemy pod względem piłkarskim wiedzieć wiele. Te dzienniki to bezcenne źródło. A fiński trop przynosi jeszcze jedną anegdotę. Bo Surlit grał tam w innym klubie niż Wiesław Wraga, ale mieszkali bardzo blisko siebie i razem też trafili do aresztu.

DP: Poszli na grzyby, ale nie zauważyli, że to jest teren wojskowy…

Jeden z notesów prowadzonych przez Surlita.

Postać niejednoznaczna. Krzysztof Surlit wymyka się łatwym ocenom

AF: Surlit musiał być w jakimś stopniu wyjątkowym facetem. Prowadzenie takich notatek wymaga wręcz pedantyzmu, wcześniej mówiliśmy o jego ambicji, parciu w kierunku zwycięstwa bliskim szaleństwa. Co jeszcze go wyróżniało?

DP: Był niezwykle czuły na punkcie sprawiedliwości. Nie darzył dużą sympatią Tadka Gapińskiego, bo ten rzekomo przekazywał informacje o tym, co się dzieje wewnątrz poza szatnię. Gapiński temu zdecydowanie zaprzeczał, ale konflikt był. Tam był taki numer, że faktycznie Krzysztof nie dostał jakichś pieniędzy i dopiero po jego śmierci klub wyrównał wszystkie zaległości. Ważne były zasady i on bardzo dobrze pamiętał, że ktoś go oszukał, ktoś mu nie zapłacił. A w tamtym okresie załatwiało się na Widzewie wiele rzeczy na ostatnią chwilę albo już długo po niej. Mówiło się wręcz, że tak wygląda załatwianie „po widzewsku”. Właśnie na ostatnią chwilę – to się wręcz stało lokalnym powiedzonkiem.

KK: Był też słynny mecz w Szczecinie, o którym pisał Marek Wawrzynowski w książce “Wielki Widzew”. Niektórzy Widzewiacy dopatrywali się nieczystych intencji Bońka, wtedy jeszcze piłkarza. Uznali, że coś tu nie gra, bo lider drużyny popełnił taki błąd, który zawodnikowi tej klasy nie powinien się zdarzać. Najmocniej miał zareagować właśnie Surlit, niektóre relacje mówią o bójce. Pytaliśmy o to również pana Zbigniewa i on, cóż, zaprzeczył, że doszło do rękoczynów. W książce można przeczytać nieco więcej o ich relacjach.

AF: To niewątpliwie dwa mocne charaktery, choć wydają mi się przeciwstawne. Przyznam jednak, że z waszej opowieści rysuje mi się obraz Krzysztofa Surlita, który nie jest łatwy do jednoznacznego ocenienia. 

KK: Książka też nie jest laurką. W miejscach, gdzie należy mu się hołd, my ten hołd mu oddaliśmy. Staraliśmy się jednak przede wszystkim pokazać Krzysztofa Surlita takiego, jakim był. Bez cukru, uczciwie. Dajemy też dojść do głosu jego kolegom z boiska, którzy pamiętają go z różnych sytuacji.

W kwestii tej tak ważnej dla Surlita uczciwości przypomina mi się jeszcze jedna anegdota. Kiedyś po meczu Krzysztofa z Wiesławem, czyli Widzewa z Szombierkami, meczu, który Widzew przegrał, pani Bożenna zażartowała w towarzystwie swojego teścia, że Widzewiacy odpuścili mecz i mają za swoje. Krzysiek zrozumiał, że to żart, ale jego tata już nie – obrażony wyszedł, bo nie mógł znieść tego, że jego syn mógł się dopuścić czegoś takiego jak odpuszczenie meczu. Udało się go przekonać, że to tylko żart, ale dla mnie to też dowód na to, że niektóre wartości, tak silnie zaznaczone, Surlit wyniósł z domu rodzinnego.

DP: W swoim domu miał natomiast niezbite dowody na pedantyzm. Koledzy śmiali się, że u niego nawet frędzle od dywanu muszą być wyprostowane i równo ułożone.

KK: A kiedy Surlitowie wracali całą rodziną z działki, to Krzysztof nie wyobrażał sobie nie zadbać o dłonie. Mycie pod hydrantem, pilniczek i dopiero można wyjść do ludzi.

Wściekły na Szczepłka. „On tę kartkę wpie**oli”

Jest w tej opowieści jeszcze jedna historia, której w całej rozmowie zabraknąć nie mogło. Historia pokazująca, jak działał umysł Krzysztofa Surlita i jak mocno potrafił się piłkarz Widzewa skupić na kimś, kto mu nadepnął na odcisk. Tę anegdotę poznałem po kolejnym krótkim przerywniku, rozmowa powoli już skręcała na zupełnie inne tory, ale warto było poczekać na jeszcze jeden akcent dotyczący bohatera książki.

KK: Krzysztof Surlit miał taki moment, w którym musiał zrobić się aż purpurowy na twarzy. Chodzi o tekst Stefana Szczepłka, który po tym, jak Surlit strzelił dwa gole na poziomie półfinału Pucharu Mistrzów, napisał w swojej relacji mniej więcej tak: „Paradoksalnym jest fakt, że dwa gole strzelił zawodnik, który był jednym ze słabszych na boisku”. Kiedy koledzy pokazali Krzysztofowi tę recenzję, on wyrwał tę stronę gazety, zwinął ją w maleńki rulonik i powiedział: „Jak ja go spotkam, to on tę kartkę wpie**oli”.

AF: No i zjadł?

KK: Zapytaliśmy go o to, oczywiście na potrzeby książki. Ciekawi byliśmy, czy doszło później do jakiejś konfrontacji. Podobno się spotkali. Widać było niechęć, ale do rękoczynów nie doszło. Pani Bożenna mówi jednak, że tę zadrę Krzysztof trzymał w sercu bardzo długo. I nie tylko zadrę – po dziesięciu latach, co było opisane też w książce Marka Wawrzynowskiego – jeden z kolegów zagadał Surlita i zapytał, czy ten spotkał już Szczepłka. A Surlit wyjął tę kartkę z portfela, pokazał i odpowiedział: „Jeszcze nie, ale jak go spotkam, to na pewno to wpie**oli”.

DP: On naprawdę umiał chować urazy.

AF: Ta kartka gdzieś się ostała, może jest w notatnikach?

KK: Oj nie, ale w sumie… w sumie nie zapytaliśmy, co się z nią stało.

DP: Na pewno nigdzie jej nie ma, to niemożliwe.

***

Niemożliwe. Panowie zostawili mnie w niepewności, którą charakter Krzysztofa Surlita tylko podsyca. Czy ktoś o tak niezwykłym podejściu do życia, ktoś tak zapalczywy, uparty i pamiętliwy mógłby ten temat odpuścić? Zabrał kartkę do grobu, czy jednak znalazł sposób na to, by… Tego książka Dariusza Postolskiego i Kamila Kijanki nie rozstrzyga, ale w środku znajdziecie sporo anegdot ukazujących postać nietuzinkową. Postać, którą trudno ocenić, ale jednocześnie można podziwiać. Za życie – a w sumie i śmierć – na własnych warunkach i zgodnie ze swoimi, bardzo ważnymi zasadami.

Poznaj jego historię! „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter”

Fot. „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter” / Newspix

0 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Fukuda i wyzwanie dla Wszołka. „Jaki byłby sens mojego przyjazdu?” [WYWIAD]

Wojciech Piela
2
Fukuda i wyzwanie dla Wszołka. „Jaki byłby sens mojego przyjazdu?” [WYWIAD]