Nowa Formuła 1? Dominacja Mercedesa i mnóstwo wycofań

Sebastian Warzecha

15 marca 2026, 10:08 • 3 min czytania 2

Reklama
Nowa Formuła 1? Dominacja Mercedesa i mnóstwo wycofań

Grand Prix Chin, drugie w kalendarzu F1 na ten sezon, przyniosło nam drugi dublet Mercedesa. Po raz drugi też za bolidami tej ekipy przyjechali kierowcy Ferrari. Reszta stawki w ogóle w rywalizacji o podium się nie liczy. Ba, część walczy głównie o to, by w ogóle do mety dojechać, a nawet… wystartować w wyścigu.

Formuła 1. Mercedes dominuje

Wyścig o Grand Prix Chin zaczął się… w sumie zanim zgasły wszystkie czerwone światła. Bo już na kilkanaście minut przed końcem z padoku docierały kolejne doniesienia o tym, że kolejne bolidy mogą w rywalizacji nie wziąć udziału. Alex Albon miał ruszać z alei serwisowej po zmianie ustawień bolidu, ale ostatecznie zawiodła w jego pojeździe hydraulika i nawet nie wziął udziału w rywalizacji. Nie wystartował też Gabriel Bortoleto, a do tego oba McLareny – ten Oscara Piastriego (w tym sezonie Australijczyk nie przejechał jeszcze wyścigowego okrążenia!) oraz Lando Norrisa, aktualnego mistrza świata.

W ich samochodach problemem była elektronika. Zresztą po rewolucji technicznej można odnieść wrażenie, że w wielu autach „siada”, co tylko się da. Sama elektronika to częsty przypadek – nową baterię dostał dziś z kolei Isack Hadjar, który tym samym wykorzystał limit… na cały sezon.

Problemy miał również Max Verstappen, u niego chodziło o siłownik tylnego skrzydła. Tę kwestię udało się co prawda rozwiązać, ale Holender zaliczył fatalny start. A genialny – już po raz drugi – był dziełem kierowców Ferrari. Po tym, jak rozpoczął się wyścig, na czele pojawił się Lewis Hamilton, a Charles Leclerc był trzeci. O ile jednak w Grand Prix Australii o tym, że włoskiej ekipie nie powiodła się misja utrzymania lokat na czele zdecydowała po części kiepska strategia, o tyle dziś Mercedes był po prostu lepszy.

Reklama

Bo Ferrari zrobiło właściwie wszystko dobrze. No, prawie. Bo owszem, początkowo dość szybko oddali swoje lokaty na rzecz kierowców brytyjskiej ekipy. Gdy jednak na poboczu wylądował Lance Stroll i pojawiła się żółta flaga, Hamilton i Leclerc wyjechali przed George’a Russella. Pozycje na powrót jednak stracili w dużej mierze przez to, że… powalczyli między sobą, z czego skorzystał Brytyjczyk. Zresztą ta walka Leclerca z Hamiltonem była momentami ozdobą dzisiejszego Grand Prix, bo obaj sobie absolutnie nie odpuszczali.

Lewis szczególnie, walczył przecież o pierwsze wyścigowe podium w barwach Ferrari. Cały poprzedni sezon przejechał bez takiego osiągnięcia.

Dziś, wreszcie, się udało. Mercedesy były co prawda poza zasięgiem – a wyścig ostatecznie przyniósł nam premierowe zwycięstwo Andrei Kimiego Antonellego, który przecież jest jeszcze nastolatkiem – ale w wewnętrznej rywalizacji kierowców Ferarri lepszy był Lewis. I to on uzupełnił podium. Warto jeszcze dodać, że w międzyczasie z rywalizacji wycofali się kolejni kierowcy – Fernando Alonso (wibracje samochodu) i Max Verstappen.

Reklama

Ostatecznie wyścig ukończyło 15 z 22 kierowców. Czterech z siedmiu, którym się to nie udało, nawet nie wystartowało. I to widok, do którego chyba powinniśmy się przyzwyczajać. Choć pomóc w poprawie osiągów bolidów może fakt, że F1 odwołała kwietniowe wyścigi w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej. Zespoły dostaną więc nieco czasu. A ten – patrząc na obecną sytuację – dla wielu z nich jest wręcz zbawieniem.

TOP 10 Grand Prix Chin:

  1. Andrea Kimi Antonelli (Mercedes)
  2. George Russell (Mercedes)
  3. Lewis Hamilton (Ferrari)
  4. Charles Leclerc (Ferrari)
  5. Oliver Bearman (Haas)
  6. Pierre Gasly (Alpine)
  7. Liam Lawson (Visa Cash App RB)
  8. Isack Hadjar (Red Bull Racing)
  9. Carlos Sainz (Williams)
  10. Franco Colapinto (Alpine)

Fot. Newspix

Reklama

Czytaj więcej o motorsporcie i Formule 1:

2 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Formuła 1