Ma 41 lat i ciągle wyróżnia się w PlusLidze – dla wielu najlepszej siatkarskiej lidze świata. Nie znosi zwieszania głowy i odpuszczania. Mówi, że podczas meczu nawet przyjaciel, będący po drugiej stronie siatki, musi stać się wrogiem. Twierdzi, że sport jest dzisiaj za grzeczny. Pochodzący z Ukrainy i mający polskie obywatelstwo Jurij Gladyr nie może pojechać do swojej ojczyzny, bo by z niej nie wrócił. Dlatego zabrakło go na pogrzebie własnej matki… W rozmowie z Weszło Gladyr opisuje, że chciał dać swojemu dziecku wszystko to, czego on sam nie miał. Opowiada też o córce, prześladowanej w szkole, którą to sprawę w ostatnich tygodniach nagłośniły media: – Pragniemy, by sprawiedliwość wzięła górę – mówi.
Jakub Radomski: Rozmawiamy w Warszawie. To właśnie do tego miasta przyjechałeś w 2008 roku, zaczynając granie w Polsce. Przeniosłeś się wtedy z Łokomotywu Kijów do Politechniki Warszawskiej.
Jurij Gladyr, środkowy Aluronu CMC Warty Zawiercie: Liga ukraińska nie była wtedy tak słaba, jak jest dzisiaj. Poziom był naprawdę dobry, choć PlusLiga stała oczywiście na sporo wyższym. Miałem 24 lata i pierwszy raz wyjechałem za granicę. To było nowe doświadczenie i oczywiście przeskok jakościowy. Czułem, że, występując we własnej lidze, doszedłem do sufitu. Chciałem zaistnieć w naprawdę dużej siatkówce. Choć transfer do Politechniki wydarzył się trochę przypadkiem.
Jak to?
Zostałem z Łokomotywem mistrzem Ukrainy. Działacze chcieli, żebym dalej grał w tym klubie. Oferowano mi bardzo dobre warunki finansowe, zdecydowanie bardziej korzystne od tych, jakie miałem później w Politechnice. Ale odmówiłem.
Dlaczego?
Bo moja ambicja nie pozwalała mi kierować się pieniędzmi. Pragnąłem rozwoju. Dlatego stwierdziłem, że odchodzę, ale było już dość późno, a ja nie miałem nowego klubu. Przez kolegę skontaktowałem się z Wiktorem Położewiczem – Ukraińcem, który był wtedy rozgrywającym zespołu z Warszawy. Okazało się, że szukają środkowego, bo jeden im odmówił. Trener Krzysztof Kowalczyk dostał płytę z moją grą. Obejrzeli ją i od razu stwierdzili, że się przydam. Po towarzyskim turnieju w Krośnie podpisałem kontrakt.
W Politechnice trafiłeś m.in. na Damiana Wojtaszka.
Nie zmienił się za bardzo. Już wtedy, mimo młodego wieku, to był charakterny gość. Zadzior. Coraz mniej jest dzisiaj takich zawodników. Mieliśmy fajny zespół, bardzo ambitny, potrafiący sprawiać niespodzianki. Udało nam się dwa razy ograć Jastrzębski Węgiel, choć występowali w mocnym składzie. Trener Kowalczyk był człowiekiem, który umiał podejść do grupy. Dbał o atmosferę: ciągle mieliśmy jakieś wspólne wyjścia, kolacje. Jeżeli ktoś przyjechał samochodem, bo zapomniał, że wieczorem jest wyjście do knajpy, musiał zostawić auto pod halą.

Jurij Gladyr w Politechnice, zdjęcie z 2008 roku
To w Warszawie, po trafieniu do PlusLigi, uczyłeś się zawziętości, z której jesteś dziś znany? W rozmowie z Sarą Kalisz dla TVP Sport mówiłeś, że jako dziecko raczej byłeś nieśmiały.
Sport ukształtował mój charakter, ale to stało się wcześniej, jeszcze na Ukrainie. Patrzyłem na starszych zawodników, na ich zachowanie. W tamtych czasach młodzi mieli ciężko. Nie tak, jak dzisiaj.
Dziś mają za łatwo?
Oczywiście, że tak. Kiedy trafiłem do Jastrzębskiego Węgla i zobaczyłem, jak działa tamtejsza Akademia, stwierdziłem, że za możliwość ćwiczenia w takich warunkach mógłbym oddać nerkę. Młodzi mają tam wszystko, czego potrzebują. Ale pytałeś o Ukrainę: miałem 17 lat i rywalizowałem o miejsce na środku ze starszym graczem, który był doskonałym siatkarzem. On zobaczył we mnie potencjał, ale zauważył też, że gdy wybijam się do ataku, za bardzo lecę do przodu. Zostawał ze mną po treningach, przyklejał mi taśmę i mówił: „Teraz masz skakać pionowo”. I wykonywałem po 30 czy nawet 50 skoków. Tamten kolega nie bał się, że jeżeli poprawię umiejętności, mogę go wyrzucić ze składu. Robił to po prostu z dobrego serca.
Sporo miałem takich sytuacji, choć były też nieprzyjemne. Starsi często targali młodych na zasadzie: „Kup to, przynieś to”. Nie miałeś wyboru. Jeżeli tylko próbowałeś się postawić, często dostawałeś „placka”. Nie powiem ci dziś jednoznacznie, że to jest dobre czy złe. Ale na pewno takie sytuacje sprawiły, że zawsze patrzyłem z szacunkiem na starsze osoby. To jest ważne – dziś młodzi zawodnicy nie mają odpowiedniego dystansu. Podchodzą do tych bardziej doświadczonych i gadają z nimi jak z rówieśnikami.
Wiem, że w Jastrzębskim Węglu, do którego trafiłeś w 2019 roku, miałeś szczególną więź z młodszym o 21 lat libero Maksymilianem Graniecznym, który dziś jest wielką nadzieją reprezentacji Polski.
Podczas wyjazdów na mecze mieszkaliśmy razem w pokoju. Wiele osób nie mogło w to uwierzyć: no bo jak to – ja i taki młody chłopak? Komentowano: „Oj, Maks, chyba nie masz tam łatwo”. A to był bardzo pożyteczny okres, dla mnie też, bo Maks jest naprawdę bystrym chłopakiem, z którym można porozmawiać na wiele tematów. Trochę nas też łączyło.
On miał potrzebę męskiego autorytetu, bo jako 15-latek nagle stracił ojca.
Taka sytuacja zawsze zmienia cię jako osobę, bo jeszcze nie ukształtowałeś się w pełni, a tu dzieje się takie coś. Musisz szybciej dorosnąć. Sam przez to przeszedłem, dlatego powiedziałem w jednym z wywiadów, że Maks przypominał mi mnie, gdy byłem w jego wieku. Wiesz, że ja byłem taki sam, jak on? Dobry, uczciwy, nie piłem, nie paliłem. I też w młodym wieku straciłem tatę.
Jaki był twój tata?
Był duży, wyglądał jak taki „kafar” i myślę, że po nim mam tak rozbudowaną klatkę piersiową. Niezwykle silny człowiek, ale niezbyt lubię wspominać tamten czas, bo ojciec miał spory problem alkoholowy, co odbijało się na rodzinie. To był niestety nałóg. Ale jednocześnie postrzegałem go zawsze przede wszystkim jako dobrego człowieka. Nie lękał się niczego, a jednocześnie nie było u nas w domu jakiejś przemocy czy wielkich awantur.
O mamie opowiadałeś mi kiedyś, że to ona opisywała ci siatkówkę jako wspaniały sport.
Ona uprawiała ten sport za młodych lat, na studiach. Jako dzieciak grałem w piłkę nożną. Byłem bramkarzem. Kibicowałem też miejscowej Worskłej Połtawa, chodziłem na mecze, ale ostatecznie wybrałem inną dyscyplinę. Mama powtarzała mi, że siatkówka jest inteligentna, bo nie dość, że każdy musi coś dać od siebie, to jeszcze musicie współgrać jako grupa i to wszystko jest złożone.
Ja np. uważam, że najważniejszą rzeczą w drużynie nie jest sama atmosfera. Ona musi iść w parze z dobrym graniem. Kluczowe jest to, żeby chłopak, który stoi obok mnie, dał z siebie wszystko. Nie muszę z nim chodzić po meczu na kawę czy piwo. W lidze włoskiej przez cztery lata rządził kiedyś zespół Trento. Słyszałem z dobrych źródeł, że tam wewnątrz drużyny nie było jakiejś super miłości. Mimo to zmiatali wszystkich z parkietu. Mama miała rację, że siatkówka jest złożona.
To, w jakim domu się wychowywałeś, mocno wpłynęło np. na twój stosunek do alkoholu?
Na pewno tak. Nie chciałem, żeby w rodzinie, którą założę, coś takiego miało miejsce. Żeby moja córka widziała takie rzeczy. Tu pomógł też fakt, że poznałem moją żonę – kobietę, która miała bardzo podobne dzieciństwo.
Jak się poznaliście?
Można powiedzieć, że przez siatkówkę. Ona przyszła na mecz, oglądać spotkanie koleżanki. Też tam byłem. Siedzieliśmy obok siebie, zaczęliśmy rozmawiać i tak zawiązała się nasza przyjaźń.

Jurij Gladyr w półfinale PlusLigi przeciwko Projektowi Warszawa
Kiedy ostatni raz byłeś na Ukrainie?
Przed wybuchem wojny. Czyli prawie cztery lata temu.
Twoja mama odeszła pod koniec ubiegłego roku. A ty nie mogłeś pojechać na pogrzeb.
To było niezwykle trudne – że nie mogłem tam być, ale i później nie mogłem pojechać na jej grób. Na szczęście są tam ludzie, m.in. jej kuzynka, którzy pilnują wszystkiego, a ja pozostaję z nimi w kontakcie. Nie jest mi łatwo z tym, że nie mogę wrócić do siebie, żeby odwiedzić grób mamy i spotkać znajomych. Na szczęście mam przyjaciół, którzy pracują w takich branżach, że mogą wyjechać z Ukrainy i do niej wrócić. Od czasu do czasu odwiedzają mnie. Przyjeżdżają na mecz, rozmawiamy. Brakuje mi też ukraińskiej kuchni. Akurat niedawno żona pojechała do ojczyzny, bo wydarzyło się nieszczęście. Zmarł jej brat, który walczył na wojnie.
Nie wiedziałem o tym. Współczuję. Co by się stało, gdybyś pojechał na Ukrainę?
Nie wyjechałbym z niej. Odkąd mam polskie obywatelstwo (Gładyr otrzymał je w 2013 roku – przyp. red.), zawsze wjeżdżałem do ojczyzny na polskich papierach. Pokazywałem polski paszport, auto jest zarejestrowane na Polaka. Po wybuchu wojny dużo ludzi tak robiło, więc zmieniono zasady i dziś, mimo tych dokumentów, w systemie dalej świeciłbym się jako Jurij, czyli obywatel Ukrainy. Dlatego bym nie wrócił.
Opowiadałeś o swoich rodzicach i o tym, jakim ty chcesz być ojcem. 20 grudnia w serwisie „Przegląd Sportowy Onet” Sebastian Parfjanowicz napisał tekst „Lincz za murami prestiżowego warszawskiego liceum”, nagłaśniający historię twojej 15-letniej córki, prześladowanej przez rówieśników. Spytany o tę historię przez Adriana Brzozowskiego po meczu o brąz Klubowych Mistrzostw świata, powiedziałeś, że miałeś ochotę zareagować na to inaczej, ale dziś tak już nie można robić, dlatego postanowiliście to nagłośnić w mediach.
Jesteś rodzicem i słyszysz, że ma miejsce taka nagonka wobec twojego dziecka. Do tego wiesz, że Daria jest bardzo porządną, poukładaną dziewczynką, która ani razu nie usłyszała w domu przekleństwa. Została uczciwie wychowana, a tu rówieśnicy tak brutalnie ją atakują. Nigdy nie przypuszczałaby, że coś takiego może ją spotkać w życiu. A ty jako ojciec jeszcze słyszysz to wszystko. Te nagrania. Te słowa. Gdy dziś pojawia się jakiś artykuł o sprawie córki, te słowa rówieśników tam są załączone. Włączają się. Nie chcesz ich już słuchać, włączasz pauzę, bo to, co ją spotkało, jest tak brzydkie i żałosne.
Jednocześnie takich sytuacji jest teraz bardzo dużo w szkołach. To naprawdę olbrzymi problem, a ludzie często zamykają oczy. Dlatego walczymy o obronę naszej córki, a przy okazji chcemy szerzej naświetlić ten problem. Niech ludzie zobaczą, że takie rzeczy dzieją się wśród nas i niech zastanowią się, dokąd to pokolenie zmierza. Niech rodzice tych młodych osób przekonają się, co z ich dzieci może później wyrosnąć. Jeżeli oni w takim wieku robią takie rzeczy, to nie wiem, co będzie dalej.
Walczymy z niesprawiedliwością, a gdzie w tym wszystkim jest szkoła? Zostało to już opisane: nic nie zrobili, a później mówią, że jednak jakoś reagowali, choć wiemy doskonale, że to nieprawda. Oni nawet przesyłają nam dokument, że córka została skreślona z listy uczniów. Na szczęście, gdy naświetliliśmy tę sprawę, odbiło się to dużym echem i władze liceum postanowiły zawiesić postępowanie skreślenia córki. Czyli zaczęli się trochę wycofywać.
Ale my chcemy walczyć i iść do końca. Dopiąć swego. Pragniemy, by sprawiedliwość wzięła górę. Myślę, że dużo dzieci w podobnych sytuacjach może się zamykać. Bardzo dobrze, że córka na tyle nam ufa, że o wszystkim powiedziała.
Zauważyliście wcześniej jakieś sygnały?
Widać było po zachowaniach Darii, że coś jest nie tak. Była przybita. Otworzyła się, powiedziała, co się stało. Wtedy wszystko ruszyło.
Zakładam, że po publikacjach Przeglądu Sportowego Onet dostaliście dużo wiadomości.
Nadeszła ogromna ilość wsparcia od ludzi. Czapki z głów dla tych, którzy się odezwali. Mnie nie ma w mediach społecznościowych, monitoruje to cały czas moja żona. Wiem, że jedni nas wspierali, inni po prostu dziękowali, że naświetliliśmy ten temat. Na 100 wiadomości było z 95 pozytywnych.
Wyobrażacie sobie, że Daria będzie wciąż chodziła do tej prywatnej szkoły?
Oczywiście, że tak. Bardzo dobrze, że córka chodzi do tej szkoły, bo, pomijając opisywane sytuacje, to miejsce jej się podoba i córka chodzi do niej szczęśliwa. Ma też sporo fajnych relacji z osobami ze starszych klas. Dlaczego miałaby odchodzić? Gdy mówiłem o dopięciu swego, chodziło mi o to, że chcemy, żeby te osoby, które wyrządziły córce krzywdę, poniosły konsekwencje. Chcemy również paru innych rzeczy, ale o tym tutaj nie powiem.

Jurij Gladyr na zagrywce
Co było dla ciebie najważniejsze w życiu, gdy w 2008 roku przyjechałeś do Polski?
Osiągnięcie sukcesu sportowego i zapewnienie własnej rodzinie godnego życia, którego nie miałem jako dziecko. Myślę, że po części wykonałem to zadanie.
A teraz?
Po wybuchu wojny na Ukrainie, w której sporo moich bliskich i przyjaciół odeszło, myślę że najważniejszy jest pokój na świecie i zdrowie każdego z nas.
Masz 41 lat, ale właśnie zdrowia i siły może ci pozazdrościć wielu młodszych zawodników. Skąd czerpiesz dziś motywację do grania w siatkówkę?
Miałem tak od zawsze, ale moją motywacją ciągle jest wygrywanie. Pragnę zwyciężać, walczyć o najwyższe cele. Udało mi się już zdobyć trochę trofeów, ale dalej chcę to robić. Jara mnie to, że jestem w wieku, o którym już wspomniałeś, ale nie mam żadnego problemu z rywalizowaniem z chłopakami, którzy są młodsi o 15 lat. Moja naturalna ambicja nie pozwala mi doprowadzić do sytuacji, w której wychodziłbym na boisko, wiedząc z automatu, że odbiegam poziomem. Że jestem słabszy. Dziś też, zawsze gdy przegrywam, czuję wielki zawód.
Powiedziałeś kiedyś, że odróżniasz porażki, w których twój zespół walczył, ile był w stanie, od takich, kiedy można było dać z siebie więcej. I te drugie mocno cię frustrują.
Ująłbym to trochę inaczej. Nie ma co się wstydzić porażki, ale można wstydzić się stylu, w jakim się przegrywa. Nadrzędną rzeczą jest to, żeby zostawić serce na boisku. Nie może być tak, że wychodzimy na boisko, zaczynamy przegrywać i spuszczamy głowy. Że dostajemy „placka”, ciosy po mordzie i nie ma nas już mentalnie w grze. Drużyna musi reagować jako całość. Jeśli zaczynasz patrzeć, jakiego koloru masz buty, zamiast spoglądać przed siebie z myślą: „Oni fajnie grają, ale ja nie mogę przegrać”, to zaczyna się problem. Jeżeli nawet przegrasz, musisz mieć świadomość, że dałeś z siebie wszystko danego dnia. Nienawidzę, jak ktoś podczas meczu zwiesza głowę, a po nim mówi: „No oni po prostu fajnie zagrali”. To minimalistyczne podejście, elementarny brak ambicji.
Nigdy nie rozumiałem też, jak można przegrać mecz w szatni. Wychodziłem z założenia, że nawet jeśli przeciwnik jest na papierze 100 razy lepszy ode mnie, to ja i tak idę na boisko z myślą, że chcę zmielić go w pył. Niektórzy mówią: „Okażmy przeciwnikowi szacunek”, tak? Ja się z takim stwierdzeniem nie zgadzam. Gdy wychodzisz na mecz, nie powinno być żadnego szacunku. Dopiero później, po spotkaniu, możesz rywalowi uścisnąć rękę i powiedzieć: „Gratuluję walki, to był fajny mecz”. Ale w trakcie spotkania jest bój, który trzeba wygrać. Nawet jeżeli po drugiej stronie siatki stoi przyjaciel, on na ten czas staje się twoim wrogiem.

Gladyr i Jakub Popiwczak – grali razem w Jastrzębiu, teraz grają razem w Zawierciu
W siatkówce nigdy nie było wielu prowokacji. Te zdarzały się dużo częściej np. w NBA.
Wszędzie to odchodzi w zapomnienie. Sport idzie w mało fajną stronę. Jest bardzo grzeczny. Zbyt grzeczny. W NBA kiedyś leciała krew, wylatywały zęby, wjeżdżały łokcie. Teraz wystarczy, że kogoś mocniej dotkniesz albo niewłaściwie spojrzysz i może być faul techniczny. Nowe przepisy zabierają życie na boisku. Zabierają emocje.
Weźmy też przepisy w siatkówce. Od pewnego czasu bardziej toleruje się podwójne odbicie, na przykład przy wystawie. To jest dla mnie porażka. Mamy teraz uczyć młodych adeptów, że tak jednak można, bo to już nie jest błąd?
Jeśli chodzi o prowokacje – były dwie sytuacje, w których ty trochę dałeś się ponieść emocjom, gdy podczas meczu na tle narodowościowym obrażał cię kibic przeciwnej drużyny. Jedna w Gdańsku, druga w Rzeszowie. Po czasie żałowałeś tamtych reakcji, czy wychodzisz z założenia, że w pewnych okolicznościach trzeba reagować autentycznie?
Nie wiem, czy chcę do tego wracać. Odpowiem tak: dla mnie nie ma znaczenia, jakiej narodowości jest dana osoba. Po prostu albo jesteś dobrym człowiekiem, albo jesteś gównem. Jeżeli ludzie na jakimś tle zaczynają rzucać obraźliwe teksty, myśląc, że wyprowadzą mnie z równowagi jako sportowca i zagram gorzej, bo się obrażę, to są w błędzie. Na mnie oddziałuje to w inny sposób. Moja reakcja na boisku – mam teraz na myśli tylko grę – zawsze będzie wybuchowa.
Po ubiegłorocznych mistrzostwach świata przez Polskę przetoczyła się dyskusja, czy reprezentacja Polski wywalczyła aż brąz, czy jednak tylko brąz. A jak ty postrzegasz brązowy medal Klubowych Mistrzostw Świata, po który niedawno sięgnąłeś z Aluronem CMC Wartą Zawiercie?
Znasz mnie, więc pewnie nie zdziwi cię moja odpowiedź. Traktuję ten turniej po prostu jak życiowe doświadczenie. Nigdy dotąd nie brałem w nim udziału, mało tego – generalnie mało mnie interesował i po mistrzostwach w Brazylii wiem, że nie myliłem się w swoich obserwacjach. Nie rozumiem tego hype’u, nakręconego, że to wielkie Klubowe Mistrzostwa Świata. Zajęliśmy w tym turnieju trzecie miejsce na trzy drużyny, które tak naprawdę brały udział. Wiem, że do rywalizacji przystąpiło osiem ekip, ale tych pięć pozostałych – z całym szacunkiem – nie mogło stanowić zagrożenia dla reszty.
ROZMAWIAŁ: JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl