Elektryczna obrona, czyli powrót starego koszmaru

Antoni Figlewicz

27 marca 2026, 00:33 • 5 min czytania 19

Reklama
Elektryczna obrona, czyli powrót starego koszmaru

Nie będę udawał, że jestem teraz wielkim fanem ligi portugalskiej i oglądam ją namiętnie, bo mamy tam Polaków. Słyszy jednak człowiek ze wszystkich stron, że Kiwior i Bednarek stanowią w Porto monolit, postrach wszystkich napastników, no lepszych nie było i nie będzie. Noty dostają bajeczne, wyniki osiągają z zespołem świetne. Nawet widziałem ze dwa ich mecze, no naprawdę fajnie wyglądają. A potem wpadają ci tacy jeden z drugim na kadrę i odwalają… to coś. Nie wiem jak wy, ale ja się czuję po prostu oszukany. Tym bardziej, że nasza defensywa w poprzednich meczach reprezentacji wyglądała naprawdę nieźle.

I sam zwracałem uwagę na to, że zaczyna to być nasz pewny punkt. Bo Bednarek się nie potyka o własne nogi i nie jest już przegrywem z Southampton, tylko kotem z Porto. Bo Kiwior – ceniony przez Mikela Artetę nie przez przypadek, mający swoje atuty, łapiący pewność u boku Bednarka. Bo Wiśniewski z przyzwoitym wejściem do kadry, bo Kędziora i doświadczony, i z niezłymi momentami. Nawet Ziółkowski, niczego sobie. Była taka chwila, w której naprawdę uwierzyłem, że nasza defensywa przestała spędzać kibicom sen z powiek.

No i co, nabrali mnie, może i nawet nas wszystkich. Podpuścili i skasowali, klasyczna taktyka.

FENOMENALNY Szymański. Najlepszy mecz w kadrze! [OCENY POLAKÓW]

Reklama

Nasza obrona wróciła do ustawień fabrycznych

Akcja z golem? Co tu dużo gadać, to był ten Bednarek, o którym już dawno mieliśmy zapomnieć. Przeklęty przez jakiegoś szamana z amuletami i dredami, zamieniający kolejne akcje rywali w rasowy zapalnik. Albo to voodoo? Wiecie, siedzi sobie jakiś bardzo zły człowiek z figurką Jana Bednarka w domu i kiedy tylko widzi, że piłka leci w kierunku polskiego stopera, to wbija mu igiełkę w tyłek czy czoło i masz – kiks czy inne licho. A przez ostatnie pół roku po prostu odpuścił, może był na wakacjach…

Nie będę się porywał na dokładną analizę wszystkiego, co w tej akcji nie zagrało, bo nie zagrał przede wszystkim Bednarek i jego próba przyjęcia. No ale już, zdarza się, okej. Poszło i od teraz będzie w porządku – tak przynajmniej myślałem. Ale nie, gdzie tam.

Dalej było jeszcze ciekawiej.

Słuchałem wczoraj wypowiedzi Enkeleida Dobiego, był gościem w jednym z naszych programów. Albański trener, który pracował w przeszłości dla Widzewa czy Górnika Polkowice, tłumaczył, jak niewiele potrzeba jego rodakom do zdobycia gola. Przekonywał, że dostaną dwie-trzy akcje i spokojnie zrobią z tego bramkę. Dziś dwie-trzy akcje to oni mieli stuprocentowe, a skuteczność nie była ich specjalnie mocną stroną, spokojnie mogli je zamienić na dwa-trzy gole.

Reklama

Faktem jest jednak, że pozwoliliśmy im na niedorzecznie wiele. Drużynie, która z ataku nie słynie nawet w najmniejszym stopniu i zwyczajnie nie kreuje sobie zbyt dużo. Skupia się na zbitej obronie, Sylvinho wymaga od niej dużej dyscypliny taktycznej. A tu dostają prezent za prezentem od naszych asów. Gdybyśmy nie mieli farta – tak, farta – to dziś mielibyśmy narodową stypę. Albo co najmniej dogrywkę.

Powody do niepokoju przed Szwecją? Są

Jan Bednarek zagrał mecz pod wezwaniem starego Jana Bednarka i znów jest powodem do zmartwień. Zacznę od końca, od małego przewinienia – Biało-Czerwoni prowadzą już 2:1, kilka minut do końca regulaminowego czasu gry, Bednarek dostaje piłkę, rywale wysoko, chcą jeszcze gonić. I jakie przyjęcie? Srakie, właśnie srakie. Beznadziejne zwyczajnie, ocieramy się o stratę i kolejną katastrofę. Cały mecz elektryczny, od początku do końca – taki był po prostu Bednarek, którego ostatnio (zasłużenie!) chwaliliśmy za naprawdę solidną grę.

Dziś solidnych momentów nie było.

Właściwie nic nie funkcjonowało w tyłach tak, jak powinno. Kiedy wychodził z akcją Hysaj i dogrywał do Bajramiego, to wszystko wyglądało jak jakaś symulacja. Biegnie sobie rywal, biegnie i biegnie dalej. Kiwior wraca za nim w żółwim tempie, w pewnym momencie prawie znika nam z ekranu, bo rusza się jak mucha w smole. Podobnie w sumie Skóraś, który odpadł z wyścigu jeszcze wcześniej. Za to mający rywala przed sobą Bednarek nie doskakuje, a przy okazji ŻADEN z naszych pozostałych piłkarzy nie kryje czekającego na podanie Bajramiego. A był tam przecież jeszcze Kędziora, który… biegł, tak jak Kiwior, w kierunku Hysaja, chciał widać łatać dziurę po koledze. Efekt był taki, że zobaczyliśmy trzech ludzi zagubionych w czasie i przestrzeni. Użyję jednego wyrazu i ten wyraz to „skandal”.

Reklama

Fot. TVP Sport

W jeszcze innej akcji ten sam Bednarek do spółki z Cashem dostający jakiegoś małpiego rozumu, uratowani przez utrzymującą nas przy życiu interwencję Grabary. Już nawet nie pamiętam, kto tam komu podawał, nazwiska Albańczyków nie są tak istotne – wiem jednak, że złapałem się za głowę, bo polscy obrońcy zachowali się kuriozalnie. Halo, panowie, rywala można atakować, serio. A, no i nie trzeba się pozabijać o własne nogi przy okazji.

Reklama

Fot. TVP Sport

Ale wiecie, czemu Cash zbiegł tak nisko? Ja się domyślam, choć pewności nie mam. Czuć mógł jednak piłkarz Aston Villi, że nasza gra w obronie bliska jest kabaretowi i może warto zdublować pozycję Bednarka. Cash – oczywiście – nie zagrał dziś dobrego meczu, ale to była tylko jedna ze składowych całego obrazu. Obrazu absolutnej bryndzy pod własnym polem karnym i wewnątrz niego. Nie umiem być spokojny przed meczem ze Szwecją. Od pół roku nie czułem takiego niepokoju. Koszmar, który miał już zostać przegoniony, powrócił ze zdwojoną siłą.

Nie mamy chyba na dziś większego zmartwienia. Na elektrykach, jak to na elektrykach, daleko nie zajedziemy.

CZYTAJ WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI NA WESZŁO:

Fot. Newspix

Reklama
19 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

La Liga

Barcelona rozpoczęła rozmowy z obrońcą. To byłby hitowy transfer

Braian Wilma
0
Barcelona rozpoczęła rozmowy z obrońcą. To byłby hitowy transfer

Mistrzostwa Świata 2026