Ohydny. Wstrętny. Okropny. Paskudny. Obrzydliwy. Odrażający. Koszmarny. Odpychający. Tragiczny. Lista synonimów dla pierwszego z wymienionych słów jest bardzo długa i każde pasowałoby do tego, co zobaczyliśmy dziś w Łodzi. Widzew najwyraźniej uznał, że nie ma żadnych szans na pokonanie Górnika Zabrze, więc zaprezentuje najbardziej parszywy dla oka futbol, jaki można sobie wyobrazić i może dzięki temu zremisuje. Zremisował. Gratulujemy.
Widzew w tym sezonie wydał na transfery grubo ponad 20 mln euro. Pewnie niektóre kwoty nieco się różnią od tego, co podają media, ale przecież do tego dochodzą wynagrodzenia zawodników, premie za podpis i prowizje. To całościowo na pewno jeszcze większe pieniądze.
A to wszystko po to, żeby wypełniający stadion do ostatniego miejsca kibice zobaczyli festiwal piłkarskiej żenady i modlenie się o wynik 0:0.
Widzew Łódź – Górnik Zabrze 0:0. Tego nie dało się oglądać
To było jakieś absolutne kuriozum. Do przerwy zero strzałów, zero sytuacji, zero zagrożenia. Raz ładnie na boku uciekł rywalowi Kornvig, ale potem niedokładnie podał. I tyle. Widzew wyglądał jak drużyna, której ostrożne i asekuranckie podejście Aleksandara Vukovicia udzieliło się aż za bardzo.
Można zrozumieć, że serbski trener nie chce ryzykować przy rozgrywaniu od bramki. Trzeba stawiać na solidność w tyłach i waleczność. Okej, też się nie kłócimy. Mimo to nadal mówimy o ekipie, na którą wydano krocie i która indywidualną jakość ma. Są pewne granice.
Wyeksponowanie cech wolicjonalnych nie musi od razu oznaczać parkowania autobusu i nieśmiałych ataków 2-3 zawodnikami, które niemal z góry są skazane na niepowodzenie, bo pozostali koledzy niezbyt ochoczo podbiegają z pomocą. Takim podejściem sami piłkarze utrwalają sobie komunikaty typu: jesteśmy słabi, nie ma się co szarpać, nie dla nas coś ambitniejszego.
Gospodarze do 76. minut nie oddali ŻADNEGO STRZAŁU. Nie strzału celnego – żadnego, choćby niecelnego lub zablokowanego. Dopiero w ostatnim kwadransie Andi Zeqiri najpierw został zblokowany przez obrońców, a potem Szwajcar skiksował przy próbie dobitki i piłka koziołkowała sobie spokojnie obok słupka. Drugi najgroźniejszy moment Łodzian to mało precyzyjna próba Kornviga z dystansu.
Przecież to nawet nie jest śmieszne.
Statystyki meczowe dostarczony przez Superscore
Górnik po pierwszej połowie prezentował się normalnie, czyli wręcz zjawiskowo na tak beznadziejnym tle. Przeprowadził kilka składnych akcji, dwie niezłe sytuacje miał Chłań, raz też Ukrainiec świetnie odnalazł w polu karnym Sadilka, ale ten akurat źle dośrodkował.
Niestety, po zmianie stron goście dostosowali się do tego cyrku i też przestali stwarzać jakiekolwiek zagrożenie. Poprzestali na jednej niecelnej próbie Olkowskiego z dalszej odległości. Widzew nie tracił już piłki po kilku kontaktach, trochę oddalił grę od swojego pola karnego, ale że nie potrafił się zbliżyć do szesnastki przeciwnika, zatem oglądaliśmy festiwal antyfutbolu.
Gdyby było możliwe wymazanie tego meczu z pamięci jednym błyskiem, wzorem „Facetów w czerni”, bez namysłu byśmy skorzystali. Oglądanie takich rzeczy nie pozostaje bez wpływu na psychikę. Sobie i wam życzymy jak najszybszego dojścia do równowagi po tym koszmarze.
Zmiany:
Legenda
Fot. Newspix