Boom! Kilka dni nowego roku, a już Chelsea i Manchester United pożegnali szkoleniowców. Ruben Amorim też nie okazał się nowym sir Alexem Fergusonem. Zwolnienie Portugalczyka zdziwiło środowisko. Czy tak się musiało stać?
Trudno jednoznacznie ocenić pracę Rubena Amorima. Często wydawał się wyczerpany, a wręcz zdołowany. Momentami było go… wręcz szkoda. Jak wtedy, gdy przy wyniku 0:2 w plecy z czwartoligowcem Grimsby Town siedział na ławce, coś tam bezradnie przesuwał na swojej tablicy taktycznej i stał się memem.
Amorim on a cold rainy night in Grimsby Part 2 https://t.co/Y7lE6erBvL pic.twitter.com/Imu7oA0E7Z
— Troll Football (@TrollFootball) August 28, 2025
Albo gdy mówił po sromotnej porażce w derbach Manchesteru: – To moja wina. Nie piłkarzy. Lub po starciu z Brighton, kiedy nazywał swój zespół „być może najgorszym Manchesterem United w historii”. A najczęściej, gdy patrząc na niego zwyczajnie miało się wrażenie, że znajduje się w kompletnie innym, jakimś negatywnym świecie. Bez wyjścia, bez pomysłu, bez wiary.
Tak jakby miał świadomość, że wpadł do dziury, z której nie da się już wyjść. Sposępniał na twarzy, był wiecznie zasmucony. Niewiele mu się podobało. Sam mówił, że czasami nienawidził swoich piłkarzy, a czasami ich kochał. Chyba rzadziej kochał. W tym sezonie Czerwone Diabły zaliczyły najgorszy początek rozgrywek od sezonu 1992/93, zdobywając zaledwie siedem punktów w sześciu pierwszych meczach Premier League. Później się z tego trochę wykaraskały, ale ten progres był widoczny bardziej w samej grze ofensywnej aniżeli w wynikach.
Ruben Amorim nie umiał kłamać
Kiedy 31 grudnia 2024 roku przegrał z Newcastle United, to rozbroił wręcz swoją szczerością. Zapytano go o to, czy Manchester United gra o utrzymanie, a on odparł: – Jest taka możliwość. Musimy być szczerzy wobec kibiców.
No i ta szczerość nie wszystkim się podobała. Amorim wykładał kawę na ławę. Przegraliśmy, bo byliśmy słabi. Za mało zrobiliśmy, nie staraliśmy się tak, jak należało. W tym aspekcie jesteśmy ciency. Tego jeszcze nie potrafimy. Do najlepszych brakuje nam lat świetlnych. I tak dalej. To nie ten typ, który po porażce 0:3 będzie mydlił oczy, że jego zespół to powinien mieć karnego w piątej minucie, a wtedy mecz potoczyłby się zupełnie inaczej. Nie. Zapytany przez nas o opinię Mateusz Rychlak – redaktor naczelny portalu DevilPage.pl – uważa, że Amorim kupił kibiców właśnie takim podejściem do sprawy:
– Nie gryzł się w język po pierwszych meczach. Mówił jasno, że Manchester United jest daleki od optymalnego poziomu. Szczerość i bezpośredniość w komunikacji, która była jego atutem w rozmowach z mediami, była jednak mieczem obosiecznym. O napiętej relacji Amorima z pionem sportowym Manchesteru United w Anglii spekulowano od świąt. Pod koniec grudnia zdał sobie sprawę, że może nie otrzymać odpowiedniego budżetu na zimowe okienko. W ostatnich dniach obserwowaliśmy efekt kuli śniegowej – problem narastał, przed meczem z Leeds pojawiły się pewne sygnały, a po meczu trener „wybuchł”.
Na czym polegał ten wybuch? Stwierdził, że przyszedł do klubu być menedżerem, a nie trenerem. To oznacza, że chciałby mieć wpływ na to, których piłkarzy rzeczywiście ściąga Manchester United i po prostu więcej do gadania niż dyrektor generalny Omar Berrada i przede wszystkim dyrektor sportowy Jason Wilcox, z którym się nie lubił. Coś się święciło, gdy po remisie z Leeds United klub nie opublikował konferencji prasowej na stronie internetowej.
🚨🗣 VIDEO – Ruben Amorim:
„I just want to say that I came here to be the manager of Man Utd, NOT the head coach.
„That’s going to FINISH in 18 months and then everyone is going to move on. That’s the deal, that’s my job.”
Wow. 🤯🤯
[@BeanymanSports] pic.twitter.com/iZxCdmd1RQ
— UF (@UtdFaithfuls) January 4, 2026
Widać było na niej, że Portugalczyk powoli ma tego wszystkiego dosyć: – To jasne. Wiem, że nie nazywam się Tuchel, Mourinho ani Conte, ale jestem menedżerem. Tak będzie przez 18 miesięcy albo do czasu, aż zarząd zdecyduje się na zmianę. Nie zamierzam odchodzić. Będę wykonywał swoją pracę, dopóki ktoś inny mnie nie zastąpi.
Wstał i wyszedł, jakby chciał powiedzieć, że żadnego porozumienia stron nie podpisze, bo ma jeszcze ważny kontrakt. Postawił sprawę jasno: albo mnie zwolnicie i będziecie mi płacić za to, co obiecaliście, albo męczcie się z moim narzekaniem na brak odpowiedniego poziomu i na to, że mówię, ile brakuje nam do najlepszych. Wysoko postawione głowy w klubie wolały tego jednak nie słuchać i decyzja była błyskawiczna – żegnamy pana.
Wcześniej mocno poddenerwowany Amorim powiedział działowi skautingu United i dyrektorowi sportowemu Jasonowi Wilcoxowi, żeby „wykonywali swoją pracę”. Między zarządem a trenerem narastało napięcie. Publicznie stwierdził, że nie prowadzono żadnych rozmów na temat potencjalnych wzmocnień drużyny w styczniowym oknie transferowym. Była to ewidentna szpilka, ponieważ Amorim musiał kombinować, rotować, bo miał sporo kontuzji w drużynie.
Miał zaplanowane spotkanie z dyrektorem sportowym Jasonem Wilcoxem, gdzie szczegółowo omówiono taktykę zespołu. Według Sky Sports News szefowie United uznali reakcję trenera podczas tej rozmowy za bardzo negatywną i emocjonalną.
– Nastąpiły różnice w pomysłach na zespół jakie miał pion sportowy, a jaki Ruben Amorim. Portugalczyk został sprowadzony jako trener, a chciał mieć zakres obowiązków menedżera i wpływ na więcej kwestii, w tym transferowych. Tutaj był największy zgrzyt. Poszło o pieniądze, bo Amorim chciał wzmocnień zimą, a wszystko wskazuje na to, że musiałby na to czekać do lata. Z wyników nikt natomiast nie rozlicza pionu sportowego, a trenera. Widocznie Amorim miał tego dość i stąd wybuchowa konferencja prasowa, a następnie zwolnienie – podsumowuje kadencję trenera redaktor naczelny DevilPage.pl.
Potrwała ona 63 spotkania. Dużo większy kredyt zaufania dostał Erik ten Hag (128 spotkań). Ten przynajmniej nie marudził. Nawet jak Manchester United był drużyną dopuszczającą przeciwników do największej liczby strzałów we wszystkich drużynach z lig TOP 5 (!), to dla niego wszystko było w porządku. Na takiej bajerce długo ujechał.
Manchester United zespołem paradoksów
Pięć ostatnich ligowych spotkań Czerwonych Diabłów to wygrana, trzy remisy i porażka. Sześć punktów na piętnaście. Teoretycznie zespół, który stwarza sobie tyle okazji powinien mieć większą łatwość w gromadzeniu punktów. Manchester City czy Arsenal potrafią strzelić czasami gola z niczego w momencie, gdy wcale nie dominują. Mają xG na sporym plusie. Manchester United jest za to w stanie zmarnować pięć setek z rzędu, a potem przegrać po kontrze lub stałym fragmencie. Wg statystyk Fbref United oddaje średnio w Premier League najwięcej strzałów na 90 minut (15.85; drugi Arsenal ma 15.05) i jednocześnie najwięcej celnych (5.10).
– Dane w Manchesterze United się zgadzały. Wskaźnik oczekiwanych goli był wysoki, liczba strzałów również. Ruben Amorim często podkreślał na konferencjach, że jest widoczna poprawa względem ostatniego sezonu i trudno mu nie przyznać racji. Trzeba jednak pamiętać, jak niskie miejsce zajął Manchester United w tym ostatnim sezonie i do czego się porównujemy. To więc nie atak zawiódł Rubena Amorima, a środek pola i gra w defensywie. Nie bez powodu priorytetem United ma być sprowadzenie topowego środkowego pomocnika – zauważa Rychlak.
Bo właśnie – kiedy przeciwnik ma rzut rożny, to w defensywie panuje panika. Nie zmieniło się to od czasów Erika ten Haga. Portal BBC Sport wyliczał jeszcze przed tym sezonem, że Czerwone Diabły w dwa lata straciły aż 23 bramki po kornerach. To najwięcej w lidze w tym czasie. Drugie Nottingham Forest miało 20. Pierwszy mecz nowego sezonu? Od razu bramka stracona po rożnym. Oczywiście inną sprawą jest tutaj potencjalny faul na Altayu Bayindirze, ale no jednak interweniował dość pokracznie i to metr od bramki.
Drugie spotkanie? Remis z Fulham, 1:1. Piłka fruwała nad głową Altaya Bayindira, który praktycznie po każdym kornerze miał z nią problem. Trzeci? Andre Onana, który zawalił z czwartoligowcem. Komicznie zachował się – a jakże – przy rzucie rożnym, łapiąc muchy w polu karnym i nokautując gracza rywali i jeszcze biednego Harry’ego Maguire’a. Trochę się to teraz poprawiło pod względem baboli. Senne Lammens jest dobrym shot stopperem, potrafi uratować zespół w trudnym momencie. Ale czy zmieniło się systemowe bronienie?
No nie, skoro przed chwilą Wolverhampton też strzeliło gola po rzucie rożnym. Żeby to jeszcze jakiś piłkarz komuś uciekł, wyżej wyskoczył. Skądże. Joshua Zirkzee był dobrze ustawiony przy bliższym słupku i wybił piłkę. Tyle tylko, że na dalszy słupek, gdzie stał sobie Ladislav Krejci, a Patrick Dorgu był od niego za daleko, żeby nawet w ogóle wyskoczyć. No tak się stałych fragmentów nie broni.
Ladislav earns a point on the road 🇨🇿👊 pic.twitter.com/AYK67qTOso
— Wolves (@Wolves) December 31, 2025
Nie jest winą Rubena Amorima, że Mathijs de Ligt, który wreszcie wyrósł na prawdziwego lidera pozostaje niedostępny z powodu kontuzji. Nie ma też Maguire’a. Musi „łatać” kimś tak niespodziewanym jak Ayden Heaven wyciągnięty z kapelusza. Ale to systemowo po prostu nie gra. Kupiony za 52 mln funtów Leny Yoro nie okazał się zbawcą. Przeciwnie, bo wejście miał niezłe, a teraz daje coraz więcej takich powodów jak sprokurowanie karnego przeciwko Crystal Palace. To jednak dopiero 20-latek, z którego można rzeźbić, tylko trzeba widzieć progres albo chociaż trzymać poziom. U niego nastąpił regres. W beznadziejnym Manchesterze United sprzed roku był akurat jednym z niewielu, których byśmy wyróżnili.
Kontuzje kontuzjami, lecz nie można po prostu wypuszczać z rąk takich spotkań jak to szalone z Bournemouth czy z beznadziejnym West Hamem, który nie wydawał się zespołem mogącym jakkolwiek zagrozić, a tu walnął gola na 1:1. A już mistrzostwem świata frajerstwa jest 0:1 z Evertonem, gdy Idrissa Gueye uderzył kolegę z drużyny z plaskacza i The Toffees musieli grać w osłabieniu przez 80 minut. Manchester United nie potrafi wygrać przegranego meczu i odwrócić losów rywalizacji, za to często oddaje punkty, gdy akurat powinien zdobyć trzy.
Amorim nie był elastyczny taktycznie
Ruben Amorim oczywiście nie był święty i nie robił wszystkiego bezbłędnie. Uparcie trzymał się swojego schematu taktycznego – choćby skały srały miało być 3-4-3, wahadełka i koniec gadki, co podkreśla również Mateusz Rychlak z DevilPage.pl: – Z czasem zarzucano Rubenowi małą taktyczną elastyczność, bo kurczowo trzymał się ustawienia 3-4-3, co przy słabszych wynikach nie przysporzyło mu zwolenników. Tak jak mówił Jose Mourinho, niektórzy trenerzy są gotowi gotowi „umrzeć” za swoją taktykę i przekonania. Tak było w przypadku Rubena. Do końca był wierny swoim pomysłom i ideałom. Zapłacił jednak wysoką cenę.
Zarząd nie chciał sprowadzania piłkarzy typowo pod system z wahadłami, patrząc na przykład na to, ile rzeczywiście daje sprowadzony specjalnie pod linijkę Patrick Dorgu, natomiast Amorim nie miał zamiaru od tego pomysłu odejść, co dobitnie pokazał przeciwko Leeds.
Albo będzie grał w ten sposób, albo wcale. Krytykował go za to Gary Neville, a on odparł: – Jeśli ludzie nie potrafią poradzić sobie z Garym Nevillem i krytyką wszystkiego, musimy zmienić klub. Portugalczyk musiał po prostu otrzymać sugestie, że może lepiej byłoby trochę przestawić piłkarzy, ustawić priorytety na inne formacje, na co się oburzył, uważając że nie tak się umawialiśmy, a wszyscy gracze zdążyli się już zaadaptować i zrozumieć jego pomysł.
Próbował na treningach innych wariantów i nawet przeszedł jednorazowo na 4-2-3-1 przeciwko Newcastle. Dwóch stoperów, normalni boczni defensorzy (Dalot i Shaw) oraz dwóch ŚPD – Casemiro i Ugarte. Patrick Dorgu ustawiony na prawym skrzydle strzelił nawet gola, oddał trzy strzały celne. I Manchester ten mecz wygrał! W 60. minucie Amorim jednak źle się z tym wszystkim czuł, bał się wypuszczenia skromnego prowadzenia 1:0 i przeszedł na swój system. Zdjął Casemiro, wprowadził Leny’ego Yoro i znów było 3-4-3. W następnym meczu z Leeds United wrócił już do sztandarowego ustawienia. Zarząd mógł załamać ręce. On jednak najlepiej się czuł w 3-4-3 i koniec.
🔴 Ruben Amorim’s 4-2-3-1 attack is Solskjaer-esque.
Fullbacks and wingers on different lines, #10 roaming free (often on the right with Cunha tucked inside), double pivot & centre backs fixed outside of when Ugarte dropped outside the lines to face infield…
Nice dynamics!
— EBL (@EBL2017) December 28, 2025
Z powodu ustawienia cierpiał też Bruno Fernandes, który musiał pokrywać „głębię”, podczas gdy taki kreator dużo bardziej przydatny byłby z przodu. No i pod Amorimem wszyscy napastnicy wyglądali… pokracznie, jak jakieś piłkarskie kaleki. W Sportingu miał maszynę Gyokeresa – tu natomiast Rasmus Hojlund, Joshua Zirkzee i Benjamin Sesko jakby nie za bardzo pasowali do układanki. Jeśli ktoś „robił robotę”, to piłkarze wbiegający i atakujący bardziej z głębi – Bruno Fernandes, Matheus Cunha czy Bryan Mbeumo, a nawet i potrafił to świetnie Mason Mount.
Jak czytamy w The Guardian, również bagatelizowanie piłkarzy akademii – przede wszystkim chodzi o Kobbiego Mainoo – i rozczarowujące komentarze na temat starszych zawodników, w tym Patricka Dorgu i Benjamina Sesko, nie spotkały się z dobrym odbiorem „góry”.
Każdy będzie się upierał przy swoich racjach. Źródła bliskie klubowi wskazują, że od czasu przybycia Amorima klub wydał około 250 milionów funtów na nowych zawodników, a on sam od początku miał świadomość, że plan zakłada wzmocnienie środka pola dopiero latem, nie teraz. Amorim postawił na swoim, chciał być szefem szefów, ale nie miał za wiele do gadania. Manchester będzie musiał opłacać półtora roku jego kontraktu, a przecież już na jego wykup ze Sportingu wydał 9,25 mln funtów – sporo jak na trenera. Na razie przeciwko Burnley zespół będzie prowadził Darren Fletcher. Szkot pozostanie na swoim stanowisku do czasu powołania tymczasowego menedżera. Klub planuje latem wskazać stałego następcę Amorima.
CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:
- Dlaczego Maresca odszedł z Chelsea. Cztery powody decyzji
- Jak można było uznać gola Wirtza dla Liverpoolu ze spalonego?
- Media: Trener West Hamu krok od zwolnienia. Zadecydować ma najbliższy mecz
Fot. Newspix