Jego droga na siatkarski szczyt jest nietypowa. Yuri Romano miał 24 lata i występował w drugiej lidze, gdy błyszczał w finale mistrzostw Europy odbywających się w Polsce. Ludzie patrzyli na genialnego siatkarza, decydującego o wyniku, i nie wiedzieli, kto to jest. Dziś Romano to topowy atakujący, dwukrotny mistrz świata. Po roku spędzonym w Rosji przeniósł się do Polski. Został siatkarzem PGE Projektu Warszawa. W dużej rozmowie z Weszło opowiada o pasji do Interu Mediolan, szarpaniu za koszulkę i opluwaniu go, oraz o kulisach słynnych meczów z Polakami. Opisuje, w jaki sposób na jego transfer do Warszawy wpłynął… Piotr Zieliński. Tłumaczy też, co najbardziej podziwia u Tadeja Pogacara i Jannika Sinnera.
Yuri Romano o Interze, Pogacarze i Rosji. Wywiad z gwiazdą siatkówki
Jakub Radomski: Jesteś wielkim kibicem Interu, a ja jestem z Polski. Muszę więc zapytać, co sądzisz o Piotrze Zielińskim.
Yuri Romano, atakujący PGE Projektu Warszawa: To na pewno jeden z lepszych piłkarzy Interu. Bardzo duża jakość, świetna technika. Ciekawe jest to, że Zieliński miał pewien wpływ na to, że przeniosłem się do Projektu.
Jak to?
To był chyba styczeń. Działacze klubu z Warszawy przedstawili mi ofertę. Byłem generalnie na tak, ale jeszcze się zastanawiałem. Tamtego wieczoru było spotkanie Interu i Zieliński strzelił gola. Wtedy pomyślałem: „To musi być jakiś znak. Przechodzę do Projektu”.
Jak ta pasja do Interu się w ogóle zaczęła?
Mój tata od lat uwielbia ten klub. Pierwszy raz byłem na San Siro, gdy miałem dwa albo trzy lata. Rzadko zaczyna się aż tak wcześnie (śmiech). Później jeździłem tam regularnie. Przez pięć lat potrafiliśmy być z tatą na wszystkich domowych meczach. Następnie zacząłem grać coraz poważniej w siatkówkę, więc weekendy często miałem zajęte. Ciągle jestem jednak wiernym fanem Interu. To wielka miłość.
Siatkarz PGE Projektu Warszawa dostał wiadomość od Lautaro Martineza. Była krótka
Ulubiony piłkarz?
Kiedyś Ronaldo, oczywiście Brazylijczyk. Uwielbiałem też Adriano. A teraz numerem jeden jest zdecydowanie Lautaro Martinez. Podczas mistrzostw świata w 2025 wymyśliliśmy z Alessandro Michieletto który też jest wielkim fanem Interu, że podczas wbiegania na parkiet będziemy prezentować cieszynki naszych ulubionych zawodników tego klubu. On wybrał Marcusa Thurama, a ja oczywiście Lautaro i, gdy pojawiałem się na boisku, krzyżowałem ręce na klatce piersiowej w stylu Argentyńczyka.
Gdy zdobyliśmy mistrzostwo świata, Inter opublikował w swoich mediach społecznościowych wideo, przedstawiające, jak imitujemy ulubionych piłkarzy. Dostałem też wtedy wiadomość od Lautaro. Napisał krótko: „Gratulacje, mistrzu”. Prosta wiadomość, ale byłem dumny i szczęśliwy. Ulubiony zawodnik. Przez następne dni pokazywałem chłopakom z kadry i znajomym, kto do mnie bezpośrednio napisał.
Dziś jesteś czołowym atakującym świata, ale przez długi czas chciałeś być właśnie piłkarzem, prawda?
Tak. W zasadzie od początku przygody z piłką, przez osiem lat, ustawiano mnie na lewej obronie. Byłem trochę jak Federico Dimarco, bo też bardzo lubiłem podłączać się do ataku (śmiech). Z piłką związany jest mój tata: dziś jest prezydentem Centro Schiaffino, gdzie występowałem, a wcześniej, przez rok, był nawet moim trenerem. Wspominam ten czas bardzo dobrze. Myślę, że byłem dobrym piłkarzem, czerpałem też z tego radość. Pamiętam jedno spotkanie, na szczycie naszej grupy. Zdobyłem w nim bramkę z rzutu rożnego. Wszyscy o tym mówili. Zauważyłem wtedy, że dobrze mi się rozgrywa najważniejsze spotkania.
Gdy miałem 15 lat, widziałem, że koledzy robią postępy, idą do przodu, a ja niekoniecznie. Trochę wynikało to z tego, że byłem coraz wyższy. Dużo rozmawiałem z trenerem i rodziną. W końcu, trochę też pod wpływem innych, podjąłem decyzję, że skupię się na siatkówce. To sport, który uprawiała moja mama.
W rodzinie w ogóle masz dużo sportowych historii.
W momencie, gdy podejmowałem tamtą trudną decyzję, w siatkówkę grała też moja siostra. Miała duży talent, wyjechała do USA na studia, a kiedy wróciła, zdecydowała, że jednak postawi na naukę. Mama natomiast występowała w czwartej lidze.
Mój teść to też ciekawy przypadek. Był zawodowym kolarzem, trochę niestety mu zabrakło, by dostać się do World Touru. Mieliśmy zwyczaj, że w niedzielę często szliśmy na obiad do rodziny żony. Wchodziliśmy i najczęściej w telewizji leciał jakiś wyścig kolarski, a on był skupiony wyłącznie na oglądaniu go. Szczerze? Nigdy nie interesował mnie specjalnie ten sport, ale raz, drugi usiadłem z teściem. On jest prawdziwym ekspertem, zaczął opowiadać mi różne historie. Uwielbia mówić. Typowy Włoch!

Yuri Romano na zagrywce
Gdy sam zacząłem oglądać kolejne wyścigi i zobaczyłem w akcji Tadeja Pogacara, pokochałem kolarstwo. Uważam, że to niesamowity sportowiec. Ta jego mentalność, styl. Jest trochę na tym rowerze jak morderca, kanibal. Chce wygrywać i najczęściej to robi, a jednocześnie pragnie się bawić. Czuć radość i dawać ją widzom. Kolarstwo opiera się dziś mocno na kalkulacjach, ale Pogacar jest inny. Odważnie atakuje, często robi to w momencie, gdy do mety jest jeszcze sporo kilometrów. Strasznie mi tym imponuje.
Ktoś jeszcze z największych sportowców bardzo ci imponuje?
Jannik Sinner. Dyscypliną i tym, jak znosi porażki. Robi to tak, jak ja bardzo chciałbym umieć, ale jeszcze do końca nie umiem. Często przegrana oznacza u mnie wielki smutek, jakby to był prawie koniec świata. Sinner patrzy na to inaczej. Powtarza często w wywiadach, że przegrany mecz zdarza się każdemu i takie spotkanie bywa pożyteczne, bo możesz się z niego bardzo wiele nauczyć. To słowa, które powinno wziąć sobie do serca wielu sportowców.
Yuri Romano przeszedł szkołę życia w niższych ligach we Włoszech. „Kibice mnie opluwali”
Wróćmy do twoich siatkarskich początków.
Miałem 15 lat, gdy skupiłem się na tej dyscyplinie. Na zajęcia chodziłem z siostrą, czasami oglądała je mama. Czułem, że trener ewidentnie coś we mnie zobaczył. Nie mam pojęcia co, bo na początku byłem bardzo, bardzo słaby. Ale zwracał mi uwagę, chciał, żebym stawał się coraz lepszy. Zależało mu na moim rozwoju, podobnie jak kolejnym trenerom.
Twoja droga w siatkówce jest specyficzna.
Śmieję się czasami, że grałem na prawie każdym poziomie rozgrywek. Zaczynałem w Serie D, czyli na piątym szczeblu. Było też Serie B, trzeci szczebel. Olimpia Bergamo to była już Serie A2, czyli druga liga, podobnie jak Emma Villas Aubay Siena. Myślę, że to było dla mnie dobre. Uczyłem się siatkówki, przeszedłem niełatwą szkołę. Pamiętam mecz dla Sieny, wyjazdowy, przeciwko Taviano. Tam grało się wyjątkowo trudno: malutka hala, serwowałeś stojąc obok fanów rywala. Niektórzy łapali cię za koszulkę, lekko szarpali, krzyczeli niezbyt miłe rzeczy. Inni nawet mnie opluwali. To nie było fajne, ale jeżeli przeszedłeś takie coś, jesteś silniejszy.
Dopiero w wieku 24 lat opuściłeś drugoligową Sienę, by przenieść się do Allianzu Milano, grającego w elicie. Zrobiłeś to, będąc mistrzem Europy. Pamiętam tamten finał EURO, w katowickim Spodku. 2021 rok, graliście ze Słowenią. Siedziałem na trybunach, oglądając tie-break wielkiego finału, w którym robiłeś, co chciałeś. Zdobyłeś w tamtym spotkaniu 11 punktów i miałeś 90% skuteczności w ataku, a ja zastanawiałem się, kim jest Yuri Romano i jakim cudem taki gość grał do tamtej pory tylko w niższych ligach.
Dużo osób mnie wtedy o to pytało i do dzisiaj pyta. Ale nie uważam, że marnowałem czas w drugiej lidze. Przede wszystkim chciałem grać, być liderem. To było ważniejsze niż transfer do czołowego klubu, w którym prawdopodobnie byłbym rezerwowym. W Sienie byłem bardzo ważnym zawodnikiem, a zespół bił się o wygranie ligi. Każdy mecz się liczył i tamten czas niesamowicie zbudował mnie mentalnie.

Rok 2021. Romano (z prawej) cieszy się z mistrzostwa Europy
Gdy najpierw pojawiłem się na zgrupowaniu reprezentacji Włoch, a później w klubie z Mediolanu, po prostu czułem, że jestem gotowy. Może jeszcze nie technicznie, ale mentalnie na pewno. Lato 2021 roku było specyficzne. Kiedy ogłoszono szeroki skład na Ligę Narodów, było w nim trochę młodych graczy, ale ja nie znajdowałem się na liście. „Trudno, mam chociaż sporo wolnego” pomyślałem. Gdy byłem na wakacjach, dostałem telefon od człowieka z włoskiej federacji, że jednak widzą mnie w kadrze. Miałem zarezerwowane i opłacone dwa następne wyjazdy: na Formenterę i do Berlina. Musiałem przekazać koledze, z którym miałem się tam udać: „Wybacz, rezygnuję, bo wzywa mnie reprezentacja Włoch”.
Jakie były twoje pierwsze wrażenia na zgrupowaniu?
Na początku nie było z nami największych gwiazd, bo tamtego lata odbywały się też igrzyska olimpijskie w Tokio. Było za to sporo chłopaków, których znałem z boiska. Ale pewnego dnia przyjechali wszyscy najwięksi: Simone Giannelli, Daniele Lavia, Fabio Balaso, Michieletto. Pamiętam, że na stołówce miałem na stałe miejsce obok Giannellego i przez pewien czas bałem się do niego odezwać. To był autentyczny strach. A kiedy czasami on do mnie zagadywał, w głowie było takie: „Wow, Simone coś do mnie dzisiaj powiedział”.
Jaki to jest gość prywatnie?
Typ lidera, który pomaga innym i rozwiązuje problemy, zwłaszcza na boisku. A poza halą? Myślę, że gdybyś znał go tylko trochę, prawdopodobnie byś go nie polubił.
Dlaczego?
Bo może wydawać się chłodny, zdystansowany. Simone lubi spędzać czas sam. Wiele osób z północy Włoch ma taką osobowość. Ale jeżeli poznasz go naprawdę dobrze, jest inaczej. Dziś jesteśmy dobrymi kolegami i z wielu rzeczy lubimy się pośmiać.
Ale wspominałeś w pytaniu o tamtym finale EURO 2021, przeciwko Słowenii. Zacząłem jako rezerwowy i trener Ferdinando De Giorgi mówił mi podczas meczu: „Yuri, jeszcze dwie rotacje i wchodzisz”. Tyle że pierwszy, drugi i trzeci set skończyły się szybciej, więc ciągle stałem w kwadracie. Gdy w czwartym w końcu doszło do zmiany i pojawiłem się na boisku, nie było we mnie żadnego strachu, a jedynie radość. Ekscytacja, że tu jestem, gram w finale mistrzostw Europy. Czułem, że mi idzie, że mam flow i muszę się tym cieszyć. Kiedy jedna z drużyn wzięła challenge i była przerwa, rozejrzałem się po trybunach. Były wypełnione ludźmi, kibice przeżywali mecz. Pierwszy raz w czymś takim uczestniczyłem, ale bardzo mi się to podobało.
Kulisy finału mistrzostw świata. To powiedział Włochom przed meczem z Polską Ferdinando de Giorgi
W 2022 roku rozgrywałeś finał mistrzostw świata. Znów Katowice, Spodek. Tym razem w spotkaniu o złoto rywalizowaliście z Polską.
I czuliśmy, że to ona jest faworytem, ale takie myśli nam pomogły. Przed meczem De Giorgi zebrał nas w szatni i powiedział coś takiego: „Panowie, hala będzie zapełniona do ostatniego miejsca. Polscy kibice będą szaleć na punkcie swojej drużyny. Ale chcę, żebyście wiedzieli jedno – kiedy będziemy prowadzić albo po prostu bardzo dobrze grać, na hali zapanuje cisza i ona będzie głośniejsza niż aplauz”.
Pierwszy set był bardzo wyrównany, ale go przegraliśmy. W drugim poprawiliśmy naszą grę, wiele nam wychodziło. I w tym momencie stało się to, o czym mówił trener. Cisza. Wielka hala, tyle osób, ale nie było już tego szału, okrzyków. Polscy kibice milczeli. To nas tylko nakręciło, graliśmy coraz lepiej, byliśmy niezwykle pewni siebie i wygraliśmy 3:1. Wiesz, co jest ciekawe? Że ja dziś nie pamiętam dobrze żadnej konkretnej akcji z tamtego spotkania. Bardziej właśnie tę zmianę na hali, słowa De Giorgiego i jak to na nas podziałało. Wszystko działo się naturalnie.

Romano atakuje w finale mistrzostw świata przeciwko Polsce. 2022 rok
Gdybyś miał wybrać jedno spotkanie, które uważasz za swoje najlepsze…
To trudny wybór, ale wahałbym się między półfinałem a finałem ostatnich mistrzostw świata. Ten pierwszy mecz rozgrywaliśmy przeciwko Polsce. Niby wygraliśmy 3:0, ale w każdym secie oni byli z przodu i musieliśmy odrabiać stratę. Myślę, że wygraliśmy tamten półfinał, bo byliśmy zjednoczeni. Stanowiliśmy zwartą grupę, która się nie poddała. To był dla nas najważniejszy mecz turnieju na Filipinach. Półfinał z Polską był na pewno trudniejszy od finału z Bułgarią.
Pamiętam nasze nastawienie przed tamtym meczem. Mówiliśmy do siebie: „Jeżeli zagramy bardzo dobre spotkanie, może uda się wygrać 3:2. A jeśli zaprezentujemy się tak sobie, na pewno przegramy, może nawet do zera”. Uważam, że to był nasz bardzo udany występ, a Polska też nie zagrała źle. Była niezła, radziła sobie jako tako. Nie spodziewaliśmy się, że tamten półfinał możemy wygrać 3:0. A spotkanie o złoto z Bułgarią? Było szczególne, bo obroniliśmy tytuł, w drugim secie zagrałem pięć asów serwisowych z rzędu i zostałem jeszcze później wybrany najlepszym atakującym całej imprezy.
Mówisz o podejściu do meczów z Polakami. Przed tegorocznym EURO byłem przekonany, że w finale obejrzymy mecz Polska – Włochy, ewentualnie Polska – Francja. Tymczasem wy, grając u siebie, przegraliście 2:3 ćwierćfinał z Finlandią. Co się stało?
Gorsze spotkania się zdarzają. Oni prezentowali się świetnie, my mieliśmy trudności, ale zaczęliśmy sobie z tym wszystkim radzić. Doprowadziliśmy do piątego seta i jeszcze w nim prowadziliśmy. Było 11:8. I wtedy zaczęliśmy popełniać błędy. Posypaliśmy się trochę. Finlandia była wspaniała, ale my jesteśmy Włochami, gramy u siebie i takie mecze po prostu musimy wygrywać. Jeżeli wracasz do spotkania, mimo tylu trudności, i w tie-breaku masz 11:8, to musisz być sportowym kanibalem, jak Pogacar i doprowadzać do zwycięstwa, cokolwiek by się nie działo.
Nam się nie udało. W szatni panowała cisza. Nie krzyczeliśmy na siebie, dominował smutek. Wieczorem wyszedłem na miasto z Riccardo Sbertolim i Fabio Balaso. Siedzieliśmy, był wieczór. Rozmawialiśmy o meczu, a później o wszystkim innym. Nie tylko o sporcie. Chcieliśmy spędzić ten czas razem. Noc po meczu i kolejne dni były dla mnie bardzo ciężkie. Przebywałem w domu, gdy Polska grała o złoto z Francją. Nie chciałem oglądać tego meczu, ale żona poprosiła, żebym włączył telewizor. Obejrzeliśmy finał. Całkiem dobry mecz, ale nie było mi łatwo z myślą, że stawką jest złoto mistrzostw Europy, wszystko odbywa się w Mediolanie, a ja jestem w domu, a nie tam, na środku hali.
W ubiegłym sezonie Yuri Romano grał w lidze rosyjskiej. Opowiada, jak wspomina ten czas
Miałeś przed 2025 rokiem oferty zagranicznego transferu?
Kilka było, ale nic konkretnego i poważnego.
Roberto Zucca, doświadczony włoski dziennikarz, 13 marca 2025 roku opublikował emocjonalny tekst w serwisie VolleyNews, w którym opisuje twoją drogę jak z amerykańskiego snu, ale jednocześnie wyraża też pewien żal, że cię nie doceniono i nie zatrzymano w Italii. Grałeś w Milano, później broniłeś barw Piacenzy, ale ostatni sezon spędziłeś w rosyjskim Fakiele Nowy Urengoj.
Moja umowa z Piacenzą się kończyła. Rozmawialiśmy o ewentualnym przedłużeniu, patrzyłem też na inne możliwości. Moja córeczka miała pięć, może sześć miesięcy. Ustaliliśmy z żoną, że najlepiej byłoby pozostać we Włoszech, ale nie dostałem żadnej interesującej oferty. Musieliśmy więc zmienić myślenie i zastanowić się nad tym, jak żyłoby nam się za granicą. Zdecydowaliśmy się na przenosiny do Rosji. Teraz jesteśmy w Polsce, bo dostałem bardzo ciekawą propozycję z Projektu i nie ma w nas przekonania, że najlepiej byłoby we Włoszech. Dobrze żyje nam się w różnych zakątkach świata.
Wiem, że nie chcesz rozmawiać o Rosji w kontekście politycznym. Ale spytam o kwestie sportowe. Jaki jest poziom tej ligi? Pytam, bo ze zrozumiałych względów nie oglądamy w telewizji rosyjskich drużyn, a Rosjanie mają w przyszłym roku wrócić do rywalizacji. Michał Kubiak w podcaście Łukasza Kadziewicza powiedział, że siatkówka w Rosji stoi w ostatnich latach na niesamowicie wysokim poziomie.
Poziom jest wysoki, zgadzam się, choć w ubiegłym sezonie był być może nieco niższy niż kilka lat wcześniej. Poziom zagranicznych graczy w Rosji jest obecnie bardzo różny, ale jednocześnie jest wielu bardzo utalentowanych rodzimych zawodników. Na pewno kiedy Rosjanie wrócą do rywalizacji, ich przeciwników czekają bardzo trudne mecze.
To w ogóle jest inna siatkówka, bardziej fizyczna. Tam nie pracuje się wiele nad techniką, jak robi się to we Włoszech czy Polsce. Często chodzi o to, żeby jak najmocniej uderzyć. W Rosji musiałem atakować bardzo wysoko i z dużą siłą. Sporo jest tam np. środkowych o parametrach podobnych do Bartłomieja Lemańskiego [który ma aż 217 cm wzrostu – przyp. red.]. We Włoszech miałem wokół siebie zawodników, jak Yoandy Leal, Ricardo Lucarelli czy Robertlandy Simon, którzy też zdobywali sporo punktów. W Rosji pierwszy raz byłem graczem, do którego szło zdecydowanie najwięcej piłek. Rywale w bloku koncentrowali się na mnie. Myślę, że to mi pomogło. Stałem się lepszy.
Co przekonało cię do transferu do PGE Projektu Warszawa?
Dostałem dobrą ofertę. Od początku byłem przekonany, że działacze z Warszawy bardzo mnie chcą. Wiedziałem też, że PlusLiga, teraz już Tauron Liga, stoi na bardzo wysokim poziomie i w praktycznie każdej hali jest świetna atmosfera. Kiedy przyjeżdżałem w przeszłości do Polski z reprezentacją Włoch, zawsze miałem w głowie: „Granie w tym kraju, dla tych ludzi, musi być czymś szalonym i fantastycznym”.

Romano w barwach Projektu
Roberto Piazza był już moim trenerem, w Milano, ale gdy rozmawiałem z działaczami Projektu o transferze, nie wiedziałem, że to on obejmie zespół. Mówili mi tylko, że chcą zatrudnić topowego szkoleniowca. Myślę, że udało im się to zrobić, a dla mnie to jeszcze lepiej, że mam tutaj trenera właśnie z Włoch.
Co Projekt może w tym sezonie osiągnąć?
Znam historię i wiem, że ta drużyna cztery razy w sześciu ostatnich sezonach zajmowała trzecie miejsce. Teraz chcemy zagrać o złoto, awansować do wielkiego finału. Ważny będzie początek rozgrywek, bo w zespole są nowi zawodnicy i nowy trener, co oznacza trochę inną siatkówkę i wymaga czasu. Ale czuję, że będzie bardzo dobrze.
ROZMAWIAŁ JAKUB RADOMSKI
Fot. Newspix.pl