Mogło się zacząć bardzo źle dla Wisły, skończyło się dla tej samej Wisły… w gruncie rzeczy kiepsko, ze sporym niedosytem. Od babola Łubika, który niedługo po rozpoczęciu spotkania podawał piłkę prosto pod nogi Alvareza, Biała Gwiazda przeszła do coraz bardziej składnych akcji i wydawało się, że jej wygrana jest naprawdę nieunikniona. Bo Widzew nadal gra bez mapy, a na takich zagubionych najczęściej spadają najcięższe plagi. Tym razem Łodzianie mieli jednak kupę szczęścia.
Cały Widzew był trochę taki, jak strzał Alvareza po tym wspomnianym błędzie bramkarza Wisły. Niezmiennie trudno powiedzieć, o co tej drużynie chodzi – dokładnie tak, jak nie było wiadomo, czy Alvarez chce lobować, po prostu kopnąć na alibi, oddać piłkę Łubikowi czy… no właśnie, nie wiadomo co. Goście generalnie mają w tym sezonie swoje cechy charakterystyczne. Potrafią ładnie, szybko rozegrać fazę przejścia z obrony do ataku. Wiedzą, że ich siła ofensywna tkwi w Ertlthalerze czy Rodado. Środek pola z Dudą na kierownicy wygląda bardzo fajnie. Ogólnie rzecz ujmując mają Krakowianie tożsamość – której Widzew nadal ewidentnie szuka – i liderów.
Tych Widzew w sumie też nadal szuka.
Widzew Łódź – Wisła Kraków 0:0. Kolejny gorzki wieczór łódzkich kibiców
Łodzian musi martwić sytuacja w środku pola, gdzie braki są po przerwie reprezentacyjnej bardzo widoczne. Alvarez – na którym Widzew chciałby oprzeć kreowanie sytuacji pod bramką rywali – znów zagrał kiepskie zawody. I niech nie przesłoni tego jego inna próba, gdy dobijał strzał Gazibegovicia i zmusił do sporego wysiłku parującego piłkę na obramowanie bramki Łubika. Najlepszą notą wystawioną Hiszpanowi jest bez wątpienia zdjęcie go już w przerwie. Trener Stolarski stwierdził ewidentnie, że czterdzieści pięć minut wystarczy, trzeba szukać kogoś innego, kto ten zespół pociągnie.
Tylko kogo? Wchodzącego z ławki Shehu, tak samo bezbarwnego? Kompletnie nieefektywnego Fornalczyka, który robił dziś tylko szum? Odciętego od zespołu Świderskiego, który sam też nie załatwi sprawy? Nie ma komu tego pociągnąć, kompletnie.
Tym bardziej powinien Widzew dziękować losowi za to, że ten dziś przy alei Piłsudskiego ewidentnie sprzyjał gospodarzom. Bo nawet gdy napędził czerwono-biało-czerwonym stracha, to szybko postanowił odpuścić. Ręka rozgrywającego do tego momentu niezłe zawody Visusa mogła zaważyć na wyniku, może nawet powinna sprawić, że Wisła wywiezie z Łodzi komplet punktów. Po analizie VAR sędzi Szczerbowicz wskazał przecież na wapno, do piłki miał podejść Rodado, Widzewiacy czekali na nieuniknione.
A Rodado huknął w poprzeczkę.
Dobrze mieć liderów, ale i oni mogą mieć gorszy dzień
Dowód na to, że z jednej strony dobrze wiedzieć, kto ten twój wóz ciągnie, ale z drugiej słabszy występ kluczowych piłkarzy odbija się na drużynie bardzo wyraźnie. A Rodado miał okazje do pokonania Drągowskiego, nie tylko ten jeden rzut karny. Pracował na gola, lecz nie mógł się wstrzelić, co ostatecznie zaburza ocenę całego meczu. Bo patrzysz na wynik, myślisz sobie, że Widzew sprawnie poradził sobie z naprawdę dobrą w ofensywie Wisłą. A to nie do końca tak było.
Trochę koniny w defensywie Łodzianie odstawili, tyle że błędy nie postanowiły się na nich mścić. Bo przecież podawał do rywala Kapuadi, wszystko gdzieś w okolicach 25. metra od własnej bramki. Raz pomylił się w rozegraniu Drągowski. Regularnie groźne straty zaliczali w środku pola pomocnicy Widzewa, swoje dorzucali kiepscy skrzydłowi. I nic, jakoś tak wyszło, że Wisła nie ukąsiła.
Możecie tej statystyki nie lubić, ale pokazuje ona, jak wiele zrobiła Biała Gwiazda by w Łodzi wygrać i zarazem jak niewiele zrobił Widzew, by jakkolwiek na te jej ambicje odpowiedzieć. 2,50 gola oczekiwanego Białej Gwiazdy, a po stronie Widzewa marne 0,58. Z czego w całej drugiej połowie 0,07. Z całych, uwaga, dwóch strzałów. Ale jednego takiego, że Mariusz Jop był już pewnie w połowie drogi do egzorcysty.
Gazibegović sprawdził Łubika. O krok od kuriozalnego rozstrzygnięcia
Końcówka meczu dała, jak nigdy, nadzieję Widzewowi. Po faulu na Kornvigu do rzutu wolnego podszedł Gazibegović i zapodał nam chyba najlepszy moment całego meczu – strzał bliski wymarzonego, dokręcający się w samo okienko bramki Łubika. Łubika, który ten strzał wyjął i pokazał, że nawet będąc bezrobotnym przez większość drugiej połowy można zachować czujność.
Ale wiecie co? Takie pojedyncze, maleńkie plusiki nie ukryją tego, że Widzew wygląda beznadziejnie na tle mającej na siebie pomysł Wisły. Trudno było powiedzieć, kto tu jest beniaminkiem. Trudno było powiedzieć, który zespół budowano za miliony. Bez mapy, bez głowy, ale z furą szczęścia. Dziś Widzew ewidentnie zdobył punkt, choć nie powiemy, że na niego solidnie zapracował. A Wisła? Wisła mimo niezbyt udanego wieczoru może być o siebie spokojna.
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix