Koszykarska Legia królową Sosnowca. W finale poszło wyjątkowo łatwo

Patryk Idasiak

27 września 2026, 20:06 • 5 min czytania 0

Reklama
Koszykarska Legia królową Sosnowca. W finale poszło wyjątkowo łatwo

Legia Warszawa miała dwóch kozaków, którzy w finale Superpucharu Polski byli nie do zatrzymania. Mistrz kraju odjechał w trzeciej kwarcie na kilkanaście punktów przewagi i na tym w zasadzie skończyły się emocje. Mecz był szybki, często akcja za akcję, zdecydowanie najbardziej ofensywny z całego miniturnieju w Sosnowcu. Legia pokonała Zastal 110:96, a Michał Kolenda mógł wznieść kolejne trofeum. 

Reklama

Nowa rzeczywistość finalistów sprzed roku

Legia Warszawa uczy się innej gry. Straciła bowiem najlepszego zawodnika naszej ligi, który wyruszył na podbój Hiszpanii. Trudne zadanie zastąpienia Andrzeja Pluty Jra, czyli MVP poprzedniego sezonu czeka etatowego reprezentanta Łotwy – Kristersa Zoriksa. W półfinale rzucał sporo, ale punktów za wiele nie uzbierał, spudłował choćby wszystkie trójki. W finale już Łotyszowi szło lepiej.

Gyorgy Goloman to kolejny nowy zawodnik w składzie. Mistrzowie Polski pokonali Trefl Sopot 93:89, a kluczowa była trzecia kwarta, w której odjechali rywalom na +12. Goloman spisał się tam świetnie.

Reklama

Przyszedł czas na klasyk, grany niczym stara i zdarta płyta z najlepszymi przebojami. Oba teamy dopiero co biły się do oporu, aż do final game, w którym to wygrali Wojskowi i obronili tytuł mistrza. Zastal Zielona Góra rok temu był niespodzianką, bo omal nie wygrał z pozycji numer… osiem w sezonie zasadniczym. Przecież to zespół, który musiał przejść play-in! Tym razem zobaczyliśmy starcie dwóch ekip już po przetasowaniach w składach.

Zastal stoi powrotami. Serbski środkowy Veljko Brkić wrócił do Zielonej Góry po rocznej przerwie i świetnym sezonie w rumuńskim zespole Petrolul Ploiești. Jest jeszcze stary-nowy Beau Beech, znany z występów w Słupsku. Inny ciekawy gracz to Trazarien White (rzucający obrońca/niski skrzydłowy), który nie ma problemów z geograficzną egzotyką – występował w lidze libańskiej i australijskiej.

Zastal znalazł się w finale po pokonaniu Dzików Warszawa 81:77.

Mocny start Zastalu

W meczu półfinałowym koszykarze Zastalu mieli 10 trójek, a tutaj minęły ledwie dwie minuty i… siadało dosłownie wszystko! Zaczął Beau Beech, poprawił Trazarien White i jeszcze raz dołożył Beech. Trenerowi Legii Heiko Rannuli taka obrona na obwodzie się nie podobała, więc błyskawicznie wziął czas.

Reklama

Mieliśmy bardzo szybkie tempo, dobre flow złapał też po drugiej stronie Conley Garrison. Ogólnie trochę obok meczu przechodzili środkowi. Bardzo mało było gry i w ogóle szukania podkoszowych, a sporo rzutów z półdystansu i dystansu. Świetne wejście zaliczył rezerwowy Estończyk Markus Ilver. Trafił swoje obie trójki i dołożył jeszcze raz punkty za dwa.

Było 29:28 dla Legii po pierwszej kwarcie i aż wściekał się coach Zastalu Arkadiusz Miłoszewski, że obrona pozwoliła trafić Danielsowi w zasadzie z końcową syreną.

Reklama

Drugą kwarta dobrze rozpoczęła Legia, ale zaczęło się już robić bardziej chaotycznie. Nie trafiali i jedni, i drudzy, choć większe kłopoty miała Zastal. Trójki przestały kompletnie siedzieć Beechowi, pojawiły się proste straty czy nawet banalne faule w ataku.

W cztery minuty Zastal dopisała na konto tylko sześć punktów. Zbiórki w ataku też niewiele dawały, kiedy piłka latała z jednej części na drugą. Zastal musiała zmienić strategię. Postawiła na to, żeby przedostawać się pod sam kosz, no więc ładnym wsadem wyrównał na 38:38 Veljko Brkić. Jeszcze wtedy mecz był wyrównany.

Goloman także włączył się bardziej do gry w drugiej kwarcie. Legia z kolei uciekła rywalom dzięki dobrej postawie Jakuba Andrzejewskiego.

Reklama

Zbudowała sobie kilkupunktową przewagę i zeszła na przerwę z wynikiem 56:49. Najlepszy zawodnik tej części gry? Markus Ilver. Wcale nie górował w liczbie minut spędzonych na parkiecie, a dorzucił od siebie aż 12 punktów. Na sześć wykonanych rzutów trafił czterokrotnie, w tym 2/2 trójki.

Reklama

Popis Legii w trzeciej kwarcie – trójka za trójką i Ilver show

Trzecia kwarta zaczęła się od ładnej dwójkowej akcji Zoriks – Goloman. Następnie łotewski rozgrywający sam walnął trójkę, była też akcja Devona Danielsa 2+1 i przewaga wzrosła do +15. Ewidentnie Legia złapała wiatr w żagle i zaczęła odjeżdżać, a potwierdzeniem tego były kolejne trójki – trafili Piśla i Andrzejewski. Dosłownie wszystko wpadało. Wystarczyły raptem trzy minuty, a Legia odjechała na +17.

Ilver też nie zamierzał się zatrzymywać i popisał się jedną z najefektowniejszych akcji indywidualnych, kiedy to zawisnął na obręczy.

Reklama

Legia pilnowała tej przewagi, nie pozwalała na jakąś serię rywalom, kontrolowała to. Mecz wszedł znów w dynamiczne, szybkie tempo, choć z udziałem tylko jednej drużyny. Dość powiedzieć, że Zastal zdobył 81 punktów w półfinale, a tutaj Legia miała tyle na trzy minuty przed końcem… trzeciej kwarty.

Wicemistrzowie Polski próbowali gonić, wpadła po drodze jakaś trójka, ale co z tego, skoro totalnie nakręcony był Ilver. W zasadzie wszystko mu wychodziło, trójki, półdystans, nawet jakieś trudne akcje, gdy był faulowany.

W czwartej kwarcie Legia wyszła nawet na prowadzenie +20, ale Zastal nie odpuszczał. Hala w Sosnowcu mocno się ożywiła po spektakularnej akcji Trazariena White’a. To było jednak tylko na pocieszenie.

Reklama

Ilver potwierdził, że tego dnia nie ma na niego mocnych i skończył ten mecz z dorobkiem 25 punktów. Z całą pewnością jako drugiego kozaka można wskazać też Zacha Freemantle’a, który zanotował perfekcyjne 5/5 za dwa i 2/4 za trzy. Mając takich dwóch zawodników Legia po prostu nie mogła tego przegrać. A oficjalną nagrodę otrzymał… jeszcze inny gracz – Devon Daniels, autor dziesięciu asyst i także kilku ważnych akcji.

Po drugiej stronie takich liderów brakowało.

Conley Garrison miał swoje momenty i też trafiał niemal wszystko, ale robił to za rzadko. To było za mało na mistrza Polski, który w końcówce dał już pograć głębokim rezerwowym jak Niedziałkowski, Jasiewicz i Czapla.

Reklama

Legia Warszawa – Zastal Zielona Góra 110:96

Fot. Newspix

0 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Koszykówka

Reklama