Janczyk ze Szwecji: Nie wińmy sędziego. Polska sama pomogła sobie przegrać

Szymon Janczyk

01 kwietnia 2026, 21:12 • 12 min czytania 15

Reklama
Janczyk ze Szwecji: Nie wińmy sędziego. Polska sama pomogła sobie przegrać

Im więcej czasu upływa od meczu ze Szwecją, tym bardziej martwi mnie, że dyskusja o tym, co się stało, częściej krąży wokół błędów sędziego, niż naszych własnych. O ile nie powinniśmy Slavko Vincicia usprawiedliwiać czy uniewinniać, tak rozliczanie musimy zacząć od siebie. W końcu reprezentacja Polski straciła w barażach cztery gole nie tylko dlatego, że sędzia nie dostrzegł spalonego czy podyktował dyskusyjny rzut wolny.

Brian Porter Szucs to autor znakomitej książki „Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii”. Nie podważa w niej tego, co przeszliśmy jako naród, lecz udowadnia, że bardzo często patrzymy na to, co nam się przytrafiło z przesadną pewnością, że nie da się znaleźć kogoś, kto przeżył podobne katastrofy i tragedie. Tymczasem, po spojrzeniu na sprawę z dystansu, okazywało się, że nie byliśmy jedynymi męczennikami na tej planecie.

Bardzo łatwo byłoby w taki sposób spojrzeć na finał baraży, który pozbawił nas mundialu. Ba, można nawet dopisać do niego zgrabne nawiązanie do przeszłości. W końcu Samuel Łaski zdobył Sztokholm „samodwunast” ze swoimi rozbitkami – odwracając tę opowieść wyjdzie, że teraz Szwedzi w dwunastu stolicę obronili. Z zamysłem takim, że dwunastym członkiem ich składu był Slavko Vincić.

Tylko czy brnięcie w tę narrację nie sprawi, że zgubimy mapę, którą tak bardzo chcemy odnaleźć – mapę do zrozumienia, co mamy robić, żeby wykorzystać potencjał naszego zespołu?

Reklama

To nie wina sędziego. Polska sama pomogła Szwedom awansować na mundial

Powiedzmy to sobie wprost – nie mieliśmy w Szwecji pecha, nie wydarzyła się też dziejowa niesprawiedliwość. Sam w emocjach czułem ogromne rozczarowanie i niedosyt, że najlepsza od dawna gra sprawiła, że znów mówimy o pięknej porażce, bo zapracowaliśmy na inny finał tej historii. Tyle że gdy prześledziłem dokładnie poszczególne sytuacje, kiedy usiadłem do spokojnej, chłodnej analizy, trochę zmieniłem zdanie o tym spotkaniu. Nie o sto osiemdziesiąt stopni, bo nadal nie uważam, że Polska zasłużyła na porażkę i zagrała słabo.

Natomiast zrobiliśmy naprawdę wiele, żeby Szwedzi zrobili to, co ostatnio zaczyna im świetnie wychodzić.

Wielu widzi w finale baraży nawiązanie do mistrzostw Europy. Zgadza się wynik, zgadza się to, że goniliśmy wynik tylko po to, żeby otrzymać cios w ostatnim momencie tego starcia. Powtórzyło się nawet to, że drużyną zawiadywał wtedy entuzjasta proaktywnego, dominującego i odważnego futbolu. I fakt, sam przebieg gry wygląda bliźniaczo, lecz okoliczności bardziej przypominają mi odwrotność tego, co przeżywaliśmy w barażu ze Szwedami przed czterema laty.

Reklama

Polska zatrudniła wówczas nowego selekcjonera na ostatnią chwilę, z nadzieją na to, że uda się uratować awans poprzez baraże. Czesław Michniewicz częściowo z uwagi na filozofię, którą wyznaje, częściowo dlatego, że gonił go czas, postawił na pragmatyzm, który skończył się dla nas wspaniale:

  • błąd rywala przyniósł rzut karny i pierwszego gola,
  • kolejny błąd rywala przyniósł świetną szansę i drugiego gola.

Czy nie tak wyglądał finał baraży w wykonaniu Szwecji? Graham Potter, który objął kadrę na krótko przed barażami, w fatalnej sytuacji, postawił na pragmatyzm, co skończyło się dla Szwedów wspaniale. Może pierwszy gol nie wyniknął z oczywistego błędu, ale w strzeleniu dwóch kolejnych wydatnie rywalom pomogliśmy. Zależało im na chaosie, stałych fragmentach gry, dokładnie tak samo, jak nam w Chorzowie.

Głupie błędy i świetna gra – oceniamy mecz Szwecja vs Polska

Robert Lewandowski, Krzysztof Piątek

Reklama

Szwecja nie wygrała meczu w eliminacjach i jedzie na mundial. Polska też korzystała z nowych przepisów

Sytuacji tej nie uznaję za wierną kalkę tylko dlatego, że choć Polska ratowała eliminacje w barażach, to jednak dostała się do nich w inny sposób. Była drugim najlepszym zespołem w grupie, ustępując tylko Anglikom. Awans na mundial Szwedów, którzy w eliminacjach zajęli ostatnie miejsce w stawce, wywołał pomruki niezadowolenia nie tylko nad Wisłą. Szwecja okazała się pierwszym w historii krajem, który nie będąc gospodarzem mundialu, zagra na nim mimo braku choćby jednego zwycięstwa w kwalifikacjach.

Nie dziwi, że kibice patrzą na to i powątpiewają w sens istnienia europejskich „repasaży” w takiej formule. Zwłaszcza że mundial ominie nie tylko Polaków, którzy w pięciozespołowej (czyli większej niż szwedzka) grupie do końca deptali po piętach silnym Holendrom, ale i kadrę Kosowa, która dwukrotnie opędzlowała Szwedów w eliminacjach i dała się wyprzedzić tylko Szwajcarom. Oraz odpalonych wcześniej przez Szwecję Ukraińców, którzy też finiszowali drudzy, przegrywając jedynie z Francuzami.

Tylko czy z polskiej perspektywy wypada robić wyrzuty akurat o to, że rywal wszedł na wielką imprezę tylnymi drzwiami? Nie pieśćmy się sami ze sobą – szczera prawda brzmi tak, że w ostatnich latach, gdy przez kolejne decyzje Cezarego Kuleszy nasz futbol i nasza kadra pikowały, sami mieliśmy szczęście do trafiania na takie otwarte na oścież furteczki.

  • Baraż ze Szwecją wywalczyliśmy na boisku, ale atak Rosji na Ukrainę dał nam „dziką kartę” do finału, skrócił drogę do awansu do zwycięstwa w pojedynczym spotkaniu – ogromne ułatwienie sprawy.
  • Baraż z Walią wygraliśmy bez celnego strzału na bramkę, w półfinale dostaliśmy wtedy mizerną Estonię.

Trochę sobie na to zapracowaliśmy, choćby postawą w Lidze Narodów (w czym pomogła nam reforma rozgrywek po pierwszym sezonie, która utrzymała nas w elicie), ale przecież Szwedzi zrobili dokładnie to samo. W eliminacjach meczu nie wygrali, w UEFA Nations League natomiast nie przegrali. W Chorzowie zagrali lepiej i przegrali, w Solnie zagrali gorzej i wygrali.

Reklama

Tu nie chodzi nawet o los, który raz daje, raz zabiera, ani o legendarnych futbolowych bogów. Po prostu trzeba zakładać, że gdy zawierzasz systemowi, w którym wszystko zależy od pojedynczego spotkania w tak losowym sporcie jak futbol, musisz spodziewać się, że czasami wylądujesz pod wozem nawet wtedy, gdy nie do końca na to zasłużysz.

Zresztą, niech ostatecznym powodem, dla którego nie powinniśmy tego argumentu używać, będzie fakt, że owa fatalna Szwecja strzeliła nam tylko jedną bramkę mniej niż w całych eliminacjach. Jeśli uznamy, że był to zespół tak słaby, że nie zasłużył na drugą szansę na grę o mundial, to tym bardziej nie wypadało nam dać się w taki sposób sponiewierać.

Lepiej się bronić czy grać odważnie? Polska nie radziła sobie lepiej parkując autobus

Fakt, że tym razem pięknie przegraliśmy, podczas gdy wcześniej brzydko wygrywaliśmy, spowodował oczywiście powrót do dyskusji o tym, do jakiego futbolu reprezentacja Polski się nadaje, a do którego niekoniecznie. Zaraz znaleźli się ci, którzy przecież ostrzegali, że radosne szarżowanie imienia Jana Urbana skazane jest na zgubę, bo finały się wygrywa, nie rozgrywa.

Reklama

Międzynarodowa rywalizacja szczególnie premiuje piłkę pragmatyczną, bo gdy czasu na wdrożenie idei nie ma wiele, na znaczeniu zyskują proste środki. Przeciwnicy ofensywnego futbolu od czasów Paulo Sousy wytykają, że wycofany, ostrożny styl gry drużyny sprawdzał się znacznie lepiej i utożsamiają go z sukcesami w kluczowych dla ostatnich lat momentach. Bo wygrywaliśmy w ten sposób baraże. Bo wyszliśmy z grupy na mundialu.

Bardzo wygodnie jednak pamiętać tylko to, co skończyło się dobrze i ignorować to, co działo się w tak zwanym międzyczasie. Pragmatyzm nie uchronił nas przed tym, że w meczu o wyjście z grupy modliliśmy się, żeby przypadkiem Argentyna nie chciała nam nastukać bramek. Albo o to, żeby lepiej panować nad nerwami i nie pomylić się w serii rzutów karnych. To, że reaktywne podejście przynosiło nam szczęśliwe zakończenia, nie oznacza, że jest ono lepsze. Rzucaliśmy monetą, graliśmy w ruletkę i akurat podpasowały nam wyniki, ale to wciąż było igranie z ogniem.

Polska w Solnie spróbowała przejąć kontrolę nad meczem i… to w zasadzie nam wyszło. Można kontrować, że Szwedom w to graj, żeby oddać piłkę rywalowi, bo oni z tego żyją. Może tak, lecz jeśli oddanie przeciwnikowi pola skończyło się stratą dwóch goli, to gwarantuję, że jednak nie taki był plan Grahama Pottera na finał. Taktyka kontrolowanego chaosu czy po prostu wykorzystania faz przejściowych powinna doprowadzić do tego, że:

  • zmniejszasz liczbę kontaktów rywala z piłką w polu karnym oraz jakość sytuacji, z których oddaje strzały;
  • zwiększasz losowość poprzez nieustanne wybijanie przeciwnika z rytmu i zmniejszenie efektywnego czasu gry.

Żadna z tych rzeczy Szwedom nie wyszła. Według Hudl WyScout zaliczyliśmy dwadzieścia jeden kontaktów z piłką w szesnastce przeciwnika, gdy przykładowo w roku 2024 – bo wtedy częściej niż w następnych miesiącach rywalizowaliśmy z zespołami z podobnej lub wyższej półki – notowaliśmy ich 17,23. W ostatnich spotkaniach też zresztą regularnie kręciliśmy się w okolicach tego wyniku.

Reklama

Z liczb Hudl WyScout wynika też, że Polska przekroczyła pół godziny efektywnego czasu gry – niemal dwukrotnie dystansując Szwedów. Gra była całkiem płynna, nie ma mowy o skutecznym złodziejstwie sekund, minut, na przestrzeni całego meczu. Drużyna trenera Jana Urbana zanotowała trzydzieści dwa podania w pole karne, trzykrotnie więcej niż Szwecja. Ba, Szwedzi zanotowali ich mniej niż my nawet gdy uwzględnimy tylko celne zagrania naszych zawodników.

Nie dam sobie wmówić, że plan Urbana nie zwiększał naszych szans na świetny wynik tak samo, jak nie dam się przekonać, że Potter liczył na właśnie taki mecz.

Przemysław Wiśniewski i Robert Lewandowski

Szwedzi zatrudnili fachowca od stałych fragmentów gry. Daliśmy im prezent

Postawię nawet tezę, że Polska, która od początku kadencji Jana Urbana robi postępy z piłką przy nodze, była zadowolona z tego, że Szwedzi oddawali nam ją raz za razem. Nie to stanowiło problem, była nim nieodrobiona lekcja z półfinału. Kto ma oczy, ten zwracał uwagę na to, że jeśli w meczu o mundial będziemy bronić w taki sam sposób, nie możemy się łudzić, że wygramy w Solnie. Istotnym szczegółem będzie podkreślenie, że chodzi nie tyle o obronę jako taką, lecz o obronę pola karnego.

Reklama

Zwróćcie uwagę, że wszystkie gole dla Szwedów padły z absolutnie kluczowego sektora w szesnastce – światła bramki. To, co mieści się na wprost słupków w górę, aż do równoległej względem obramowania linii szesnastego metra, musi być chronione za wszelką cenę. Tymczasem rywale oddali stamtąd pięć strzałów! Zarówno przeciwko Albanii, jak i Szwecji przegrywaliśmy pojedynki w tej strefie, samemu prosząc się o kłopoty.

Samo to stanowi zagrożenie, lecz trzeba powiedzieć o pozostałych prezentach. To, jak wiele nie zagrało w akcji zakończonej zwycięskim golem Viktora Gyokeresa, świetnie omówił Michał Kołkowski w osobnym tekście. O fatalnym w skutkach gapiostwie Nicoli Zalewskiego wspomniałem w relacji pomeczowej oraz korespondencji ze Szwecji. Ten wątek można jednak jeszcze rozszerzyć, bo wypada zorientować się, jak wielką radość uczyniliśmy w szwedzkich domach tym niepotrzebnym popchnięciem.

Tak się bowiem składa, że Graham Potter ściągnął do pracy wybitnego fachowca od stałych fragmentów gry. Andreas Georgson pracę w kadrze łączy z obecnością w sztabie Spurs. Wcześniej odpowiadał za ten segment w United, ale przede wszystkim – w opartym na liczbach Brentford. Na angielskim rynku jest ceniony jak mało kto.

Jasne, można się nadal upierać, że sędziowie powinni dopatrzeć się spalonego przy kluczowym dla losów akcji wybloku na Robercie Lewandowskim. Niemniej prezentowanie tak głupich, niepotrzebnych stałych fragmentów komuś, kto tak mocno wierzył w ich rolę w kwestii awansu, że dokooptował do sztabu mistrza w tej dziedzinie, brzmi nawet gorzej niż samo to, że Zalewski zapomniał, że ma za plecami jednego z najszybszych piłkarzy świata.

Reklama

Oczywiście w takich momentach zwykło się rzucać bezradne: co może zrobić trener, gdy piłkarz się tak zachowa? Przecież za niego nie zagra. Nie, ale nie oznacza to, że bezkrytycznie podchodzę do Jana Urbana. Michał Zachodny, który tak jak ja należy do kościółka promującego odważną grę, słusznie zauważył w pomeczowym komentarzu, że brawura selekcjonera była nawet przesadna, że gdy nadszedł moment, żeby trochę zwolnić, nie tankować rywalowi baku do pełna, plan taktyczny wciąż zakładał szarżę, co stworzyło Szwedom wspomniane i przez Zachodnego, i przez Jespera Karlstroema w strefie mieszanej momentum.

Ekspert zauważył, że zmiana Świderskiego na Pietuszewskiego zdestabilizowała zespół, zabrała nam ważny atut i wepchnęła nas w środek, gdzie – zgodnie z planem Pottera – było bardzo ciasno. I nie, nie trzeba teraz grillować trenera za coś, czego każdy wymagał, czyli w ogóle za wpuszczenie skrzydłowego FC Porto na boisko, lecz o to, że jednak mógł lepiej wyczuć moment na taki ruch

Oskar Pietuszewski

Domino decyzji i problem dwóch ciał z Porto

Dodam tu zresztą coś od siebie, bo wydaje mi się, że i w temacie Oskara, i Sebastiana Walukiewicza, selekcjonera dogoniło domino decyzji, które podejmował w przeszłości. Pietuszewski nie byłby nieopierzonym debiutantem, który nie do końca dźwignął wagę meczu (mówił o tym sam Jan Urban, wypominając żółtą kartkę i dzieląc się obawą o to, czy w przypadku dogrywki nie będzie trzeba ściągnąć go z boiska), gdyby selekcjoner powołał go do kadry znacznie wcześniej, zamiast próbować nas wszystkich przekonać, że mamy na to czas.

Reklama

Podobnie w przypadku Walukiewicza. Wiadomo, że gdy mleko się rozleje, najłatwiej mówić o tych, których nie było (ale być mogli i – w co zawsze się w takich przypadkach wierzy – na pewno wyszłoby nam to na dobre). Pytanie tylko, czy cała chryja o to, kto z kim nie mógł się skontaktować, była konieczna. Czy załatwienie tego w taki sposób, że Sebastiana w kadrze nie było i nie ma, faktycznie było rozwiązaniem najlepszym dla drużyny?

Pokładaliśmy nadzieję w tym, że skoro mamy ten wyjątkowy w międzynarodowym futbolu komfort w postaci dwóch stoperów grających ze sobą i w klubie, i w kadrze, to w defensywie będziemy tylko lepsi. Nic takiego, w dwóch barażowych meczach straciliśmy cztery gole, co jest wynikiem praktycznie skreślającym szanse na powodzenie misji. Są na to dowody – od początku XXI wieku w europejskich barażach tylko dwukrotnie zespoły, które dostały minimum cztery sztuki w dwóch meczach, pojechały na wielki turniej:

  • Szwajcarzy w 2006 roku, gdy awans dały im gole strzelone na wyjeździe z Turcją;
  • Czesi w 2026 roku, gdy awans dwukrotnie dała im seria rzutów karnych.

Pozostałe trzynaście przypadków, wliczając Polskę, oznaczało fiasko. Mało tego – gdy rozszerzymy próbę o dziesięć drużyn, które straciły trzy gole w dwóch meczach barażowych, okaże się, że jedynymi dodanymi na listę zwycięzcami są… Szwedzi Grahama Pottera, którzy sami wpakowali przeciwnikom dwukrotnie więcej goli (sześć).

Nawet takie wątpliwości sprawiają, że nie chcę, żeby oczywiste błędy i pomyłki Slavko Vincicia przykryły naszą sytuację wewnętrzną i sprawiły, że będziemy żyć w tym niezdrowym, nieprawdziwym przekonaniu, że skrzywdził nas świat, a nie my sami. W Sztokholmie odwiedziłem Muzeum Wazy, wraku okrętu wojennego, który poszedł na dno zanim zdążył wypłynąć w morze. Jednej z wystaw towarzyszy pytanie:

Reklama

Jak do tego doszło? Czy był to Gniew Boży czy sabotaż Polaków?

Gdybyśmy odłożyli na bok martyrologię – po obu stronach barykady – to po finale baraży po stolicy Szwecji powinno krążyć to samo pytanie. Setki lat temu zrzucanie winy na karb polskiego sabotażu było założeniem błędnym. Szwedzi pokonali siebie sami. Zupełnie tak, jak my w walce o mundial.

Czytaj więcej o reprezentacji Polski na Weszło:

Reklama

fot. FotoPyK

15 komentarzy
Szymon Janczyk

Liczby, transfery i reportaże. Dobrych historii szukam na całym świecie - od koła podbiegunowego po Rijad. Na Weszło od lat staram się przekazać, że polska piłka też jest ciekawa.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Piłka nożna

Szokujące oświadczenie byłego piłkarza Milanu. „Toksyczny układ”

Jan Broda
2
Szokujące oświadczenie byłego piłkarza Milanu. „Toksyczny układ”

Mistrzostwa Świata 2026