Biedacy w końcu odnaleźli się na salonach. Historyczna wygrana Gazelec Ajaccio.

Piotr Tomasik

25 października 2015, 15:16 • 3 min czytania

Reklama
Biedacy w końcu odnaleźli się na salonach. Historyczna wygrana Gazelec Ajaccio.

Stało się! 77 dni sezonu 2015/16 potrzebowali zawodnicy absolutnego beniaminka francuskiej Ligue 1, Gazelec Ajaccio, by odnieść pierwsze w tym sezonie – a co za tym idzie pierwsze w całej swojej historii – zwycięstwo w najwyższej klasie rozgrywkowej we Francji. Zwycięstwo o tyle zaskakujące, że odniesione nad będącą w niesamowitej formie OGC Nicea.

Reklama

Zderzenie dwóch przeciwieństw – gospodarzy, prezentujących siermiężny futbol, futbol polegający na prostym podaj-uderz, schowanych za podwójną gardą, z zaledwie czterema strzelonymi bramkami kontra zespół przynoszący oglądającym ich kibicom mnóstwo radości, mnóstwo zabawy, dziesiątki fantastycznych akcji i równie wiele goli (gdyby nie Bayern Monachium najlepszy atak w Europie z najsilniejszych lig miałaby właśnie Nicea – 24 trafienia w 9 meczach).

Z jednej strony mieliśmy najuboższą drużynę w historii Ligue 1, o czym bez wahania i z rozbrajającym uśmiechem przyznawał ich dyrektor generalny (o czym pisaliśmy tutaj), z drugiej strony nastawiony w pełni na ofensywę młody zespół Claude Puela z dowódcą Hatemem Ben Arfą na czele, który na nowo budzi się z piłkarskiego letargu i zaczyna udowodniać olbrzymi potencjał, jakim 10 lat temu obsypywano tego zawodnika. Zespół bez gwiazd kontra ekipa z gwiazdą w pełni blasku – 7 bramek i 2 asysty w 9 spotkaniach wystarczyły, by na nowo odżyły dyskusje o powołaniu krnąbrnego Francuza do kadry Les Blues.

Image and video hosting by TinyPic

77 dni – sami odpowiedzcie, czy to dużo czy mało. Ponad dwa miesiące czekania, w czasie których zawodnicy Gazelec Ajaccio siedmiokrotnie schodzili po ostatnim gwizdku sędziego z opuszczonymi głowami, bez uśmiechu, a trzykrotnie tylko jedna bramka dzieliła ich od historycznego wyczynu. Tak niewiele, by zatrząść Korsyką i wyzwolić we wszystkich szampański nastrój.

Reklama

Dziś, w niedzielny poranek, większość kibiców Gazelec Ajaccio pomału budzi się do życia, próbując przypomnieć sobie, jak potoczył się wczorajszy wieczór. Przypomnieć sobie każdą akcję, każde podanie, każdy wślizg i uderzenie. Niektórzy głośno wykrzykują datę 24 października 2015, powtarzając raz za razem niczym mantrę: „udało się! Wreszcie! Mamy pierwsze zwycięstwo w Ligue 1!”

Sto pięć lat czekali, by wywalczyć sobie awans do Ligue 1, a tylko 33 sekundy wystarczyły, by objąć prowadzanie w sobotnim spotkaniu. Bramka równie piękna, co kontrowersyjna – Gregory Pujol uderzył w stylu Marco Van Bastena, cudownym wolejem z prawej strony pola karnego, a jej kontrowersja polega na mgle, która nie opuściła do końca stadion Stade Ange Casanova i mogła utrudnić interwencję obrońcom oraz bramkarzowi. Zresztą, właśnie ta mgła była powodem, przez który spotkanie rozpoczęło się z kilkuminutowym opóźnieniem.

gaz

Bramka w pierwszej minucie spotkania, samobójcze trafienie gospodarzy, które zapewniło wyrównanie Nicei, podwyższenie wyniku tuż przed przerwą i czerwona kartka – oto czynniki, które składają się na historyczne, pierwsze zwycięstwo Gazelec Ajaccio w pierwszej lidze francuskiej. Cztery gole, 3:1 – żadnej miałkości, żadnego ziewania, od samego początku mieliśmy trzęsienie ziemi, którego wstrząsy trwały aż do ostatniej, dziewięćdziesiątej minuty.

Reklama

Nikt nie mówi o tym, że to zwycięstwo niewiele zmienia dla wyglądu tabeli i beniaminek wciąż nie opuścił strefy zagrożonej spadkiem, będąc drugim najgorszym zespołem w lidze. Czy to dziś takie ważne? Nie. Dziś każdy z zawodników, który wyszedł o 20.00 na murawę najmniejszego stadionu we Francji (pojemność 5 tys.) ma swoje pięć minut chwały. I nie zapominajmy o trenerze – Thierry Laurey okazał się szachistą z odwagą pokerzysty, wymieniając aż sześciu zawodników podstawowego składu od zeszłotygodniowej potyczki z Saint-Etienne (0:2).

Jeszcze nie tak dawno wyrokowaliśmy sezon pełen wstydu i zażenowania dla kibiców klubu z Korsyki, którzy obawiali się wyrównania niechlubnego rekordu Arles-Avignon z rozgrywek 2010/11, czyli 20 punktów w 38 spotkaniach, co jest najgorszym wynikiem w historii ligi. Dziś wróżby te zostały schowane do szuflady, a stres związany z katastrofą zakrywa wielki uśmiech – bo skoro pokonali będące w świetnej formie OGC Nice, to co stoi na przeszkodzie, by pokonać dziesięć innych zespołów?

Jakub Golański 

Najnowsze

Reklama
Piłka nożna

Conte rozczarowany zachowaniem Lukaku. „Nawet nie przyszedł się przywitać”

Braian Wilma
0
Conte rozczarowany zachowaniem Lukaku. „Nawet nie przyszedł się przywitać”