Nie da się wygrywać meczów i walczyć o awans do Ekstraklasy w stylu, jaki pokazała dzisiaj Wisła Kraków. Zastanawialiśmy się przez dobre kilkadziesiąt minut, co drużyna trenera Jopa zamierza osiągnąć, robiąc “człap, człap” na połowie Znicza, a Znicz “strzał, gol” w polu karnym Wisły.
Jedni nabijali posiadanie piłki i wykręcali na papierze niezłe statystyki, a drudzy mieli sposób na to, jak coś dobrze zrobić, ale się nie narobić. Dosłownie każdy atak Znicza pachniał bramką, ale nie mogło być inaczej, skoro obrońcy “Białej Gwiazdy” gubili mapę przy każdym lepszym dośrodkowaniu.
Paradoksalnie jednak to nie wrzutka była dla Wisły zabójcza. Prędzej bierność i trudno wytłumaczalna bylejakość w doskoku do rywala. Nie wiemy, w Krakowie chyba ostatnio nie robili kilometrów po górach. Mamy pierwszą kolejkę po zimowych wakacjach dla pierwszoligowców, a ci wyglądają tak, jakby wczoraj wnosili kamienie na Giewont. Wolni, przewidywalni, bez przekonania, że Znicz da się ograć.
Znicz zrobił swoje
Co innego myśleli piłkarze Znicza, którzy w przeciwieństwie do gospodarzy potrafili robić przewagę podaniami i mądrze grać ruchem bez piłki. Właśnie dzięki temu padła bramka Moskwika, który wyrósł w polu karnym jak spod ziemi. Wyjście do piłki, wcześniej dobrze przygotowana akcja, strzał prawie pod ladę. Książkowy sposób na to, jak zrobić krzywdę Wiśle. A takich sytuacji, kiedy piłkarze Wisły nie nadążali, było więcej.
Oczywiście nie było też tak, że bramkarz Znicza był bezrobotny. Trochę musiał się rozruszać choćby przy sytuacyjnym strzale Zwolińskiego, ale ani to, ani inne uderzenia z pierwszej połowy nie dawały wrażenia, że Wisła jest bliska strzelenia gola. Powiedzmy sobie wprost: męczyła bułę, grając na jednym biegu właściwie bez żadnego pomysłu, jak to zmienić. A najdziwniejsze jest to, że w Wiśle, która przecież walczy o baraże, przez pierwsze 45 minut trudno było znaleźć ofensywnego piłkarza z dobrym dryblingiem i wrzutką. Chyba się zgodzicie, że to małe, malutkie nieporozumienie.
Nieskuteczna Wisła
Wiśle pozostały tylko dwa sposoby na strzelenie gola: swojak Znicza (to było mało prawdopodobne) lub spamowanie wrzutkami, które oczywiście miało miejsce ze wzmożoną częstotliwością przez ostatnie pół godziny. Nie twierdzimy, że to złe, zwłaszcza przy nisko postawionej linii obrony. Ale od takiego klubu powinniśmy wymagać więcej, czegoś ekstra, a nie liczenia na to, że któreś z kilkuset dośrodkowań wreszcie się opłaci. Co prawda Wisła podkręciła tempo, grała szybciej i wrzutki były już lepsze, ale żadna nie okazała się tą kluczową.
Oddajmy jednak Wiśle, że kilka razy było blisko. Raz Zwoliński strzelał głową tuż nad poprzeczką, innym razem obił słupek. Dodając strzał z dystansu Igbekeme czy Duarte, można by wręcz powiedzieć, że “Biała Gwiazda” zasłużyła na wyrównanie. Ale po meczu, wbrew miażdżącym statystykom, ma się poczucie, że to wszystko było zbyt toporne i na siłę. Że tak naprawdę Wisła, nawet grając 180 minut, nie byłaby w stanie pokonać Misztala, bo Znicz był tak dobrze przygotowany taktycznie.
Potknięcie na starcie rundy wiosennej stało się faktem. Znicz zagrał mądrze i ambitnie, ustawiając sobie mecz przy 1:0. A Wisła, która chyba jeszcze nie wybudziła się z zimowego snu, nie była w stanie tej dobrze postawionej defensywy z Pruszkowa rozerwać.
#WISZNI: Porażka.
Wisła
:
Znicz | 90’ pic.twitter.com/pMo9v6fubk
— Wisła Kraków (@WislaKrakowSA) February 15, 2025
Wisła Kraków – Znicz Pruszków 0:1 (0:1)
- 0:1 – Moskwik 27′
WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Bóg w karierach piłkarzy. Od tanich wymówek do boskiego powołania
- Łabojko: Prezes Brescii nie lubił liczby 17, więc trening zaczynał się o 16:59 [WYWIAD]
- Trela: Czas Skandynawii. Jak europejski futbol zakochał się w ludach północy
- Czy NBA zdoła uratować Mecz Gwiazd?
Fot. Newspix