Reklama

Mistrz Bielsa naucza na Copa America

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

07 lipca 2024, 14:20 • 8 min czytania 21 komentarzy

Marcelo Bielsa sposępniał. Przewiduje, że piłka nożna w kolejnych latach stanie się sportem niestrawnym. Nieprzyjemnym do oglądania i pozbawionym elektryzujących piłkarzy. Irytuje go też światowa tendencja do szukania winnych, kozłów ofiarnych, zderzaków dla plujących hejtem. W międzyczasie prowadzi Urugwaj do zwycięstwa w Copa America. 

Mistrz Bielsa naucza na Copa America

Bielsa to pan selekcjoner. Jego Urugwaj właściwie zapewnił już sobie udział w mistrzostwach świata 2026. W eliminacjach do mundialu po sześciu meczach zajmuje bowiem drugie miejsce w Ameryce Łacińskiej, po drodze pokonał Brazylię (2:0) i Argentynę (2:0). Dla Albicelestes była to pierwsza porażka po zdobyciu Pucharu Świata. Lionel Scaloni mówił, że z nikim jego podopiecznym nie grało się tak niekomfortowo. Leo Messi dodawał, że czuć było w grze rywali rękę Bielsy.

Idylla szaleńca

68-letni trener cieszy się zasłużoną renomą szaleńca, który od kilku dekad goni za futbolową utopią. – Jeśli piłkarze byliby maszynami, wygrywałbym co tydzień – rzucał kiedyś „El Loco”. Jego filozofia to przede wszystkim umiłowanie ruchu: popieprzonej intensywności, nieustannych skoków pressingów, jeżdżenia na tyłku w defensywie i ofensywie. Żołnierski dryl Bielsa wprowadzał wszędzie: i w Espanyolu, i w Argentynie, i w Chile, i w Athletic Club, w Marsylii, i w Lille, i w Leeds, i teraz w Urugwaju. Pep Guardiola pojechał swojego czasu do Rosario, żeby przez jedenaście godzin dyskutować z nim o nowinkach taktycznych. Hiszpan z podobną dla siebie skłonnością do zachwytów nad innymi wybitnymi umysłami komplementował starszego kolegę słowami, że to najlepszy szkoleniowiec współczesnej ery piłki nożnej.

To hipnotyzuje, łatwo się w tak prezentujących drużynach zakochać, ale koszty też bywają straszne: po jakimś czasie część kadry notuje spadek formy, a zawodnikom, którzy – o dziwo – nie są maszynami, przydarza się coraz więcej kontuzji, stają się zmęczeni codziennym dokręcaniem śruby i projekt się wypala. Taki schemat powtarzał się właściwie w każdym miejscu pracy Bielsy. Najdłużej w piłce klubowej utrzymał się w Leeds, które przeszło pod jego wodzą drogę od Championship do jednej z rewelacji Premier League, stając się przy tym niemal popkulturową sensacją (jeden z aktorów z „Gry o Tron” u Jimmy’ego Kammela poprosił publiczność o powtarzanie za nim: „In Bielsa We Trust”!). Nawet jednak tam „Murderball” w pewnym momencie się wypalił.

Naiwnością byłoby więc twierdzenie, że Bielsa poszukiwania utopii zakończy w Urugwaju. Pewnie prędzej czy później po Copa America odezwą się stare demony, które nie pozwalają „El Loco” na ostateczne przemienienie swoich piłkarzy w maszyny. Na razie jednak związek Bielsy z „La Celeste” jest idylliczny.

Reklama

Poturbowany raj

Przejął Urugwaj pół roku po bardzo nieudanym mundialu w Katarze. Selekcjoner Diego Alonso poległ wtedy okrutnie. Przed turniejem mówił, że na MŚ jedzie po złoto. Zamiast tego po beznadziejnych występach z Koreą Południową (0:0) i Portugalią (0:2) jego kompetencje publicznie podważali urugwajscy zawodnicy. Jose Maria Gimenez stwierdził, że nie wychodzą na boisko, żeby wygrać. – Chcesz wiedzieć, co się z nami dzieje? Zapytaj Diego Alonso. On ci wszystko wyjaśni – dodawał Edinson Cavani.

W Katarze następował zmierzch pokolenia, które wcześniej przez prawie sześć tysięcy dni z sukcesami prowadził nestor Oscar Tabarez. Powołania dostali Diego Godin, Martin Caceres, Luis Suarez i wspomniany Cavani. Alonso nie był w stanie zdiagnozować, że po latach opierania zespołu na wybitnych napastnikach nadszedł czas przesunięcia środka ciężkości do drugiej linii, gdzie narodziły się nowe potencjalne gwiazdy: Federico Valverde, Rodrigo Bentancur, Lucas Torreira czy Manuel Ugarte. Pod jego wodzą Urugwaj stał się przewidywalny, bezzębny, pozbawiony duszy.

Marcelo Bielsa od razu wiedział, jak przeprowadzić rewolucję. Zażyczył sobie za nią grubą kasę, jest najlepiej zarabiającym trenerem trwającego Copa America. Ale Urugwajczykom się to opłaca. To kraj, który jest ewenementem na skalę świata, równać może się z nim chyba tylko Chorwacja. Mieszka w nim niecałe 3,5 miliona ludzi – dwa razy mniej niż w Rio de Janeiro, cztery razy mniej niż w aglomeracji Buenos Aires czy w samym Sao Paulo. Czternaście na szesnaście drużyn ze słabej lokalnej Primera División de Uruguay siedzibę ma w Montevideo. A jednak Urugwajczycy nie tylko osiągali w ostatnich latach dobre wyniki na MŚ (IV miejsce w 2010, ćwierćfinał w 2018), ale też są trzecim największym eksporterem zawodników do La Ligi. 

Ich metodę tłumaczyć można pięknymi zdaniami z książki „Futbol w słońcu i w cieniu” Eduardo Galeano, że tak jak w innych rejonach świata ludzi żywią się wojnami, tak tam futbolem. Albo słowami Diego Godina, że miłość do piłki każde urugwajskie dziecko wysysa z mlekiem matki, a ich późniejsza przewaga nad sąsiadami z Brazylii i Argentyny bierze się z lepszego przystosowania do rywalizacji: od malucha tłuką się na boiskach z innymi rodzimymi piłkarskimi świrami. Ale nic nie wzięło się z przypadku, do szczytnych ideałów w sukcesie Urugwaju dochodzi wielopoziomowa metodologia, filozofia sięgająca głęboko do XX wieku.

Kilka lat temu kapitalnie pisał o tym Paweł Grabowski w tekście Zamknięte na miesiąc z powodu futbolu. Fenomen Urugwaju, najbardziej żyznej gleby kopanej na Newonce Sport, oto fragment: „Jest tu tzw. „Baby Football”, system lig młodzieżowych w widełkach 6-13 lat z 60 tysiącami dzieci. Urugwaj już w 1968 roku stworzył Narodową Organizację Dziecięcej Piłki Nożnej (ONFI). Były prezes Alfredo Etchanda mówi, że najważniejsza jest dostępność. Każde dziecko w kraju może kopać piłkę i mierzyć się z rówieśnikami. – Przywoziliśmy do Montevideo 10-latków ze wsi, którzy pierwszy raz w życiu widzieli ruchome schody – opowiada. Żadna inna organizacja w kraju nie ma tylu wolontariuszy. Żadna nie ma tak pozytywnej otoczki, bo „Baby Football” to też weekendowe spotkania rodziców, wspólne plotki, grille i picie mate. „El Pais” zaczął głębiej badać fenomen małego kraju i już na starcie zauważył ogromny sukces piłki amatorskiej. 300 tysięcy ludzi co weekend ogląda w Urugwaju mecze dzieci. Takich lig jest 64, zespołów 700, a co trzeci brzdąc jest gdzieś zarejestrowany. Od kilku lat dołączają do nich też dziewczyny, co tworzy masowość, przy jakiej inne kraje mogą wybałuszyć oczy”.

Reklama

Rewolucja po urugwajsku

Bielsa przez rok pracy w Urugwaju przetestował ponad pięćdziesięciu zawodników. Na mecze towarzyskie przed samym Copa America powołał nawet 24-letniego Waltera Domingueza, napastnika z półamatorskiego poziomu, autora trzydziestu ośmiu goli w kilkunastu meczach. Historia wirusowo rozeszła się po internecie, ale dla selekcjonera nie było w tym nic sensacyjnego, co zgrupowanie szukał optymalnego konkurenta dla Darwina Nuneza. Równie szybko o tych konkurentach zapominał, Dominguez zagrał u niego jedenaście minut w spotkaniu z Kostaryką. I zniknął, maszyną nie jest.

68-letni trener przeprowadził rewolucję pokoleniową, na południowoamerykańskim turnieju wystawia jedne z najmłodszych jedenastek spośród wszystkich uczestników, przywrócony do kadry Luis Suarez mimo wielkiego nazwiska siedzi u niego na ławce. Rezerwowymi w jego systemie są również Bentancur z Tottenhamu czy Gimenez z Atletico. W pierwszym składzie wychodzą za to piłkarze, którzy nigdy nie grali w Europie – Nicolas de la Cruz i Maximiliano Araujo.

Amerykańskie media rozpisują się oczywiście często, że w Urugwaju nie mają z Bielsą łatwo. Zdarzało mu się już krytykować władze tamtejszej federacji za urządzanie się w wygodnickiej kulturze. W skrócie: że nie chce im się pracować. Carlos Manta, jeden ze związkowych dygnitarzy, opowiadał w ESPN, że Argentyńczyk przywołał go na spotkanie. Na już, choć dzieliło ich jakieś dwieście kilometrów. Gdy ten przyjechał trochę spóźniony, „El Loco” nie był zainteresowany rozmową. – Powinien mi chociaż za paliwo oddać – śmiał się Manta. O zwrocie nie było mowy. Wymagania ekscentrycznego szkoleniowca są wygórowane, często szalone, dalece przekraczające granice pracoholizmu, więc po drodze kilka osób z otoczenia reprezentacji i sztabu jego ekipę opuściło. Ale tak samo kilkanaście lat temu było u Oscara Tabareza, który zastał reprezentację drewnianą, a zostawił murowaną.

Szaleństwa Bielsy bronią również wyniki. Urugwaj w Copa America zdmuchnął Panamę (3:1) i Boliwię (5:0), pokonał Stany Zjednoczone (1:0), a teraz po rzutach karnych wyeliminował pogrążoną w kryzysie Brazylię. Z Canarinhos nie był to ich popis wielkiego futbolu, nie była to żadna pełna dominacja i żadne zmiażdżenie rywala, ale pomysł „El Loco” jest niezmienny i widoczny: pressing i intensywność na najwyższym poziomie. Bielsa obserwuje to wszystko z perspektywy lodówki, na której siedzi przy linii bocznej. Podobno tylko w ten sposób może widzieć wszystko, przez lata w Europie robił zresztą to samo.

Przy tym wszystkim 68-letni geniusz jest bardzo ludzki. Po serii jedenastek z Brazylią pocieszał smutnego Raphinhę, swojego byłego podopiecznego z Leeds. Wygłosił też w czasie Copa America przemówienie wymierzone w spiralę nienawiści, napędzaną przez media społecznościowe. – Wcale nie musimy uczestniczyć w manii poszukiwania winnych. To nie jest atmosfera, w której jakikolwiek piłkarz powinien wychodzić na boisko – mówił. Wyraźnie smuci też Bielsę, że piłka nożna zmierza w nudziarską stronę: wygrywają ci najbezpieczniejsi, obserwujemy to chociażby na Euro 2024.

On jest kimś

W półfinale „La Celeste” zmierzą się z Kolumbią. Mają wielką szansę na szesnasty triumf w Copa America w historii. W Urugwaju go kochają. Bielsa mówi, że może zostać tu na dłużej, bo to kraj, w którym szanuje się kobiety. Ponoć przekonał się o tym, gdy z żoną Laurą przemierzał urugwajskie ziemie za pomocą transportu publicznego, żeby zasiadać na trybunach przestarzałych stadioników i oglądać setki meczów: dzieci, nastolatków, dorosłych, wszystkich.

Jeden z kibiców przed Copa America spytał go, czy będzie mógł obejrzeć trening „La Celeste”, droga do Miami w końcu trochę mu zajęła. Na Florydzie spadł deszcz, godziny zajęć się przesuwały, ochrona zdecydowała, że powinny odbyć się bez udziału fanów. Bielsa poprosił nieznajomego o numer telefonu. Po wszystkim do Urugwajczyka zadzwonił i opowiedział mu o przebiegu treningu. Dziennikarze poprosili tego faceta o komentarz: „Jestem nikim. On dał mi poczuć, że jestem kimś”.

Czytaj więcej o piłce nożnej:

Fot. Newspix

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

Media: Sarina Wiegman może zastąpić Garetha Southgate’a w reprezentacji Anglii

Patryk Fabisiak
16
Media: Sarina Wiegman może zastąpić Garetha Southgate’a w reprezentacji Anglii

Copa America

Anglia

Media: Sarina Wiegman może zastąpić Garetha Southgate’a w reprezentacji Anglii

Patryk Fabisiak
16
Media: Sarina Wiegman może zastąpić Garetha Southgate’a w reprezentacji Anglii

Komentarze

21 komentarzy

Loading...