Reklama

O.J., czy trafiłeś do piekła?

Kacper Marciniak

Autor:Kacper Marciniak

15 kwietnia 2024, 16:59 • 26 min czytania 34 komentarzy

O.J. Simpson chełpił się, że na emeryturze ma dobre życie. Nie pracował. Grał w golfa kilka razy w tygodniu. Wieczorami wychodził ze znajomymi na kolacje. Ludzie stawiali mu drinki i robili sobie z nim zdjęcia. Wszystko wyglądało tak, jak wymarzył sobie jeszcze w czasach dzieciństwach, kiedy modlił się o sławę. Ta nie opuściła go nigdy, ale przeszła transformację. W oczach dużej części amerykańskiego społeczeństwa pokonał drogę od sportowca, przez celebrytę, do mordercy. Według niektórych obecnie smaży się w piekle.

O.J., czy trafiłeś do piekła?

Orenthal James Simpson zmarł 10 kwietnia 2024 roku. W swojej ostatniej wiadomości do opinii publicznej, niespełna dwa miesiące wcześniej, oznajmił, że choć zmaga się z pewnymi problemami, jego zdrowie jest w porządku i liczy, że za parę tygodni wróci na pole golfowe. Ostatecznie przegrał jednak walkę z rakiem.

Ani Buffalo Bills, ani uczelnia USC nie zabrały głosu w sprawie jego śmierci. Nie opublikowały żadnego stosownego oświadczenia. Choć w ich księgach rekordów do dzisiaj widnieje nazwisko O.J. Simpsona, niegdyś wybitnego futbolisty amerykańskiego.

Przez Caitlyn Jenner, urodzoną jako Bruce Jenner, O.J. został pożegnany słowami „good riddance”, czyli „dobranoc” (albo „krzyżyk na drogę”).

W social mediach znacznie łatwiej niż na kondolencje dla rodziny czy hasło „rest in peace”, można trafić na memy. Albo przerobionego screena, na którym O.J. Simpson przekazuje na platformie „X”: „Tak żebyście wiedzieli, zrobiłem to gówno”.

Reklama

O.J. Simpson. Życie, kariera i zbrodnia

Kawał historii, ale już nikt ważny

Podwójne morderstwo. Byłej żony, Nicole Brown (czy też Simpson), oraz jej przyjaciela, Rona Goldmana. To zbrodnia, o którą w czerwcu 1994 roku oskarżony został O.J. Simpson. W tamtym momencie żyły nią całe Stany Zjednoczone, a wszelkie kolejne wątki przedostawały się też do światowych mediów. Ostatecznie Amerykanin – za to konkretne przestępstwo – za kratki nie trafił. Został uniewinniony.

W trzeciej dekadzie XXI wieku kurz po tym wszystkim zdążył opaść. Minęło zbyt wiele czasu, jednak jeszcze więcej od okresu, w którym O.J. królował na boiskach futbolu amerykańskiego. Z każdym kolejnym rokiem coraz mniej osób pamiętało czasy sportowej świetności Simpsona czy jego życie w roli uwielbianego celebryty. Wśród młodszego pokolenia kojarzony był głównie z zabójstwem, jednak niewątpliwie stracił już status osoby, o której się mówi, o której się myśli i o którą się walczy.

O.J. Simpson w ostatnich paru latach na tym świecie mógł grać w golfa i okazyjnie wrzucać filmiki na Twittera (obecnie „X”), pod którymi (o ile chciał) czytał słabe dowcipy na swój temat. Oczywiście, nigdy – jak sam podkreślał – nie pozbył się sławy, ale nie był już człowiekiem, który wzbudza narodową sensację.

Tego na pewno mu brakowało.

Byłby dla ciebie miły

Osobowość narcystyczna kojarzy się z uwielbieniem własnej osoby, ale ma też inną bardzo istotną cechę. Potrzebę uznania innych ludzi. Potrzebę bycia lubianym. Nad tym, jakie schorzenia psychiczne dokładnie miał O.J. Simpson, możemy tylko spekulować, ale na pewno pod wieloma względami można go podpiąć pod wspomnianą charakterystykę.

Reklama

– Był narcystyczny. Tyle mogę powiedzieć. Nie rozumiał, czym jest smutek. Chciał sławy za wszelką cenę […]. Najważniejsze dla niego, żeby był w wiadomościach – wspominała w piątek dziennikarka Ruby Wax, która w 1998 roku miała okazję przeprowadzić wywiad z Simpsonem.

Tamtego spotkania nie zapomni do końca życia. Po przeprowadzonej rozmowie O.J. zapukał do jej pokoju hotelowego, po czym za pomocą banana zaczął udawać, że dźga ją nożem. „Uznał, że to dobry żart”powiedziała Ruby. Inny numer O.J. wykręcił jej na Prima Aprillis. Zadzwonił do dziennikarki i rzucił: „Tu O.J. Zrobiłem to”. Po czym się rozłączył.

Z tej historii można wywnioskować, że Simpson nie był kimś, w kogo towarzystwie chciało się przebywać. Ale nic z tych rzeczy. Niewykluczone, że O.J. zrobiłby karierę, nawet gdyby nie został sportowcem. Przez większość życia jego kartą przetargową była bowiem charyzma. Być może to właśnie ona sprawiła, że w pewnym momencie życia poczuł się nietykalny.

– Kiedy gdzieś z nim chodziłeś, to drzwi zawsze same się otwierały – wspominał w dokumencie „O.J. Simpson. Made In America” agent sportowy Joe Kolkowitz. – Mówiłem do niego: Hej, Juice, jak się tam dostaniemy? Nie mamy biletów, zaproszeń. On wtedy wskazywał na swoją twarz i odpowiadał: to nasz bilet.

Nieważne, o którym etapie życia mówimy. O.J. Simpson miał w sobie chęć do poświęcenia każdemu czasu i zyskania jego sympatii. A do tego umiejętności interpersonalne, aby to robić.

– Kiedy pojawiał się na na kampusie, to każdy wołał: o, to O.J.! Mogłeś do niego podejść i powiedzieć: dobra robota, O.J.! On wtedy się szeroko uśmiechał, a ty czułeś się jak milion dolarów. Czułeś się fantastycznie – wspominał Simpsona z czasów studenckich Joe Saltzman, profesor na uczelni USC.

– Kochał być kochanym i robił bardzo wiele, żeby ludzie czuli się przy nim wyjątkowo. Nie unikał nikogo. Nieważne skąd pochodziłeś, jaki miałeś kolor skóry. Chciał wszystkim sprawiać radość – opowiadał J. D. Hill, kolega Simpsona z NFL.

– Coś przejmuje nad tobą kontrolę, kiedy jesteś w jego towarzystwie. Zabiera cię z podłej sytuacji, w której prawdopodobnie siedzisz naprzeciwko mordercy. Złe myśli uciekają i chcesz mu wierzyć. Chcesz wrócić z nim do czasów, kiedy wszystko było okej. Jego przyjaciele nazywali to „efektem O.J.”. Ten efekt to bycie oczarowanym – mówiła dziennikarka Celia Farber, autorka reportażu „Esquire” z 1998 roku o Simpsonie.

Jako człowiek z jednej strony obdarzony wielkimi fizycznymi możliwościami, a z drugiej brylujący w towarzystwie, O.J. Simpson swoje marzenie o sławie realizował bez większych przeszkód. Jego koledzy ze szkoły wspominali, że już jako nastolatek mówił, że będzie kimś. Grając w futbol amerykański na uczelni USC stał się narodową sensacją. W NFL sprawił, że dzieci chciały nosić koszulkę z numerem „32” i krzyczeć, że są Simpsonem. Po zakończeniu kariery postanowił, że przedostanie się do świata filmu, będzie grał w reklamach, zyska sympatię majętnych i popularnych ludzi. Udawało mu się wszystko.

W końcu być może udało mu się ujść bez wyroku z morderstwem. Ale w 1995 roku, w sali sądowej, byłby bez szans, gdyby nie to, czego dokonywał w latach sześćdziesiątych oraz siedemdziesiątych.

Awans społeczny

„Pewnego dnia przeczytacie o mnie w gazetach” – zwykł mówić O.J. Simpson w rodzinnym domu w San Francisco. Jego siostra, Shirley, odpowiadała wówczas: „tak, w policyjnym raporcie”. Typowa dla rodzeństwa złośliwość to jedno. Ale trudno było biednej, czarnej rodzinie wierzyć w świetlaną przyszłość.

Ojciec opuścił rodzinę, kiedy O.J. był niemowlęciem. Pracował jako kelner w klubie nocnym, a w pewnym momencie życia zaczął występować jako draq queen. Matka, będącą jedynym żywicielem rodziny, dorabiała natomiast jako sanitariuszka w szpitalu w oddziale psychiatrycznym. Była jedyną osobą, jaka używała imienia „Orenthal”. Dla całej reszty świata chłopiec był O.J. lub Juicem.

Po przebytej w wieku kilku lat chorobie O.J. miał powykrzywiane palce u kończyn. Rówieśnicy dokuczali mu też ze względu na rzekomo wielką głowę, która była nieproporcjonalna do reszty jego ciała. Z czasem jednak Simpson wydoroślał, jego problemy zdrowotne ustąpiły dzięki ortezom na nogi oraz specjalnym masażom, a on sam nabrał zawadiackiego charakteru.

– Często graliśmy w uliczny futbol amerykański [sandlot football – przyp. red.]. Ale nie lubiłem grać w tej samej drużynie co O.J.. Był strasznym tyranem. Nawet go nie lubiłem. Zresztą, większość jego obecnych znajomych go wtedy nie lubiło – wspominał Al Cowlings, przyszły zawodnik NFL i przyjaciel Simpsona.

W dużym skrócie: nastoletni O.J. był łobuzem. Zaczepiał słabszych rówieśników w szkole, zdarzało mu się kraść ze sklepów. W końcu starszy chłopak z osiedla postanowił, że trzeba znaleźć sposób, aby uratować schodzącego na złą ścieżkę dzieciaka. Udało mu się przekonać Williego Maysa, wielką gwiazdę baseballu, do spędzenia czasu z Simpsonem. To spotkanie miało zmienić życie młodego rzezimieszka.

Istotna była jednak też interwencja jego matki. Ta starała się pilnować, żeby Orenthal chodził do szkół, w których najtrudniej będzie mu sprawiać kłopoty. Zamiast do Mission High, placówki pełnej trudnej czarnoskórej oraz latynoskiej młodzieży, Juice dostał się do szkoły parafialnej. Tam obdarzony fizycznie nastolatek błyszczał pod kątem sportowym. Podobnie zresztą jak na pierwszych dwóch latach studiów, które spędził w City College w San Francisco. Nie była to elitarna placówka, ale do innej trudno było mu się dostać, przez bardzo słabe wyniki w nauce.

W pewnym momencie stało się jednak jasne, że umiejętności sportowe mu wystarczą. Uczelnie przestały „wybrzydzać” i pod koniec drugiego roku studiowania Simpson mógł już przebierać w ofertach. Ostatecznie zdecydował się na tę z USC (Uniwersytet Południowej Kalifornii). Uczelni, która słynęła z silnego programu sportowego, a także wysokiego statusu. To była nie tylko szkoła futbolu, ale „szkoła Hollywood”. Pełna blichtru i poczucia odizolowania od niższych drabinek społecznych. Wychowany w trudnych warunkach O.J. trafił do kompletnie nowego świata.

Simpson opowiadał w wywiadach, że był zachwycony… białym koniem, który pojawiał się na stadionie USC przed meczami i po zdobytych przyłożeniach. Mówiło się też, że liczył na większą ekspozycję medialną, którą mogło zapewnić mu granie w topowym uniwersytecie w Stanach. Na końcu ważne było również, że USC (co w tamtych czasach nie było oczywiste) nie dyskryminowało czarnoskórych graczy. W 1965 roku inny Afroamerykanin (Mike Garrett) grający na Uniwersytecie Południowej Kalifornii zdobył nagrodę Heismana, dla najlepszego zawodnika uczelnianych rozgrywek.

Ta statuetka na koniec studiów trafiła też w ręce Simpsona. Juice stał się wielką gwiazdą. Był centralną postacią ofensywy USC i już wówczas miał w sobie wspomniany magnetyzm, którym przyciągał kibiców i wszystkich wokół do siebie. Ale przede wszystkim błyszczał na boisku – w 1967 roku był bohaterem akcji, która przeszła do historii jako „The Run”. Przebiegł 64 jardy, zaliczył przyłożenie i pozwolił USC pokonać odwiecznego kalifornijskiego rywala, jakim było UCLA.

Sportowiec dla każdego

Dwa lata później Simpson grał już w NFL. Tam sprawił, że modna stała się drużyna, na którą nikt wcześniej nie zwracał uwagi – Buffalo Bills. – O.J. był naszym światowym ambasadorem. Ludzie mogli żartować tyle, ile chcieli, ale mieliśmy najwybitniejszego zawodnika futbolu amerykańskiego na świecie, który tak się składa, jest też gwiazdą Hollywood – wspomniał aktor Nick Bakay w „The Athletic”.

Bills w 1964 oraz 1965 roku wygrywali co prawda mistrzostwo rozgrywek AFL, ale kiedy dołączył do nich Simpson, lata świetności mieli dawno za sobą. Byli w kryzysie, z którego – jak się okazało – wyciągnąć nie potrafił ich nawet najlepszy zawodnik na swojej pozycji (running back) w lidze. W trakcie kariery w Billls O.J. tylko raz zagrał w fazie play-off. I odpadł po pierwszym meczu.

Jeśli jednak chodzi o wyniki indywidualne – Juice był wybitny. Pięciokrotnie wystąpił w Pro Bowl (swego rodzaju Mecz Gwiazd), a w 1973 roku został nawet MVP rozgrywek. To był jego najlepszy sezon w karierze. Simpson przebiegł wówczas 2003 jardy w zaledwie 14 meczach. Ustanowił tym samym rekord, który do dzisiaj pozostaje aktualny – 143.1 przebiegniętych jardów na mecz.

– Bez żadnych wątpliwości, jest najlepszym graczem, z którym kiedykolwiek grałem. Nikt nie potrafił robić rzeczy, które robił O.J. Na dodatek trenował ciężej niż ktokolwiek, kogo znałem. Nie mogłem uwierzyć, że supergwiazda pracuje tak ciężko. Nauczył mnie, czym jest wysiłek – wspomniał Joe DeLamielleure, były zawodnik Bills.

– Juice był fantastyczny – wspominał Jim Brown, legenda NFL, w swojej książce „Out of Bounds”. – Musiałem zobaczyć go bez ochraniaczy, żeby docenić, jak olbrzymią siłę ma w swoich barkach. Do tego posiadał światowej klasy szybkość i wyczucie, kiedy dokładnie przyspieszyć. Zawsze biegł do przodu i nigdy nie wahał się tuż przed byciem obalonym.

Już jako zawodnik NFL Simpson zaczął też odnosić komercyjne sukcesy. Przez magazyn „People” został nazwany „pierwszym powszechnie kochanym czarnym sportowcem w Stanach Zjednoczonych”. Tuż po skończeniu studiów podpisał trzyletni kontrakt warty 250 tysięcy dolarów z Chevroletem, ale absolutnie kluczowy okazał się dla niego udział w reklamie Hertz (firma od wynajmu pojazdów), w której biegnie przez lotnisko. Po latach O.J. żartował, że występ w niej dał mu więcej popularności niż gra w NFL.

Dlaczego Simpson był tak atrakcyjny z perspektywy marketingowej? Nie kojarzył się jako ponury, agresywnie nastawiony i walczący o prawa czarnoskórych sportowiec, w typie Kareema Abdula-Jabbara czy Muhammada Alego. Jakkolwiek to nie zabrzmi: w amerykańskim społeczeństwie Simpson wzbudzał tylko pozytywne emocje. Sam tłumaczył to w ten sposób:

– Ludzie utożsamiają się ze mną. Nie jestem dla nikogo obraźliwy. Słyszałem, że nie mam koloru. Każdy mnie lubi. Staram się trzymać z daleka od polityki, nie staram się ratować ludzi w imię Pana, no i wreszcie: nie wyglądam źle w garniturze.

Dziennikarz Bob Padecky na łamach „Press Democrat” wspominał swoje spotkanie z Simpsonem po meczu San Francisco 49ers (do których Juice dołączył w 1978 roku). W trakcie wywiadu, O.J. powiedział, że musi pójść odebrać telefon, bo dzwoni menadżer jego firmy. To był dla wielu osób zgromadzonych wówczas w pomieszczeniu prawdziwy szok. Pod koniec lat 70. większość sportowców w USA mogło tylko pomarzyć o własnej firmie, a co dopiero zatrudnianiu w niej ludzi, żeby pracowali na ich rachunek.

Simpson odnosił więc niebywałe sukcesy w sporcie, reklamach oraz filmie (w 1974 roku zagrał w oscarowym „Płonącym wieżowcu”, a w kolejnych latach m.in. wystąpił w trzech częściach „Nagiej Broni” z Lesliem Nielsenem). A w pewnym momencie uznał, że podbojów brakuje mu również w życiu prywatnym.

Nicole, czyli jego największa słabość

Pierwszą żoną Juice’a była Afroamerykanka Marguerite Whitley, którą poznał jeszcze w czasach szkolnych. Początkowo spotykała się z Alem Cowlingsem, ale według anegdoty Simpsonowi udało mu się ją odbić. Jakim sposobem? Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni zadecydowała charyzma. Cowlings nawet nakrył tę dwójkę w samochodzie, zaczął się do niego dobijać, ale został zatrzymany przez (byłą?) dziewczynę. A potem uznał swoją porażkę i dalej przyjaźnił się z Simpsonem.

Marguerite towarzyszyła Simpsonowi przez kilkanaście lat jego życia. Ożenił się z nią w 1967 roku, kiedy on miał 20, a ona 18 lat. To właśnie jako mąż Whitley posmakował wielkiej popularności na uczelni, stał się gwiazdą NFL i pobił tam wiele rekordów. Już na początku latach siedemdziesiątych małżeństwo miało jednak swoje problemy i kilkukrotnie się od siebie separowało. Ich przyczyną, jak podkreślał O.J. w 1979 roku, była sława, jaką się cieszył. – To doskwierało nam najbardziej – mówił Simpson. – Moja żona była skrytą osobą, a nie mogliśmy przejść przez ulicę bez wzbudzania zamieszania.

Czy pierwszy związek futbolisty faktycznie nie miał trupów w szafie? Oczywiście, że miał. Simpson regularnie zdradzał małżonkę. Kwestię przemocy domowej wykluczyła jednak sama Marguerite. Po pierwsze, w 1995 odmówiła zeznawania w sądzie na temat swojego byłego męża. Po drugie, w tym samym roku w wywiadzie z Barbarą Walters podkreśliła, że jeśli już, to agresja występować mogła… ale z jej strony: – Czy mnie uderzył? Gdyby to zrobił, to w jego głowę poleciałaby patelnia. Nie ma takiej możliwości, żebym na to pozwoliła.

Relacja Simpsona z Whitley na dobre miała upaść w 1979 roku, kiedy w domowym basenie utonęła ich córka, Aaren. Jak wspominali przyjaciele Simpsona – nie był w stanie tego przeboleć. Za jej śmierć zaczął obwiniać swoją byłą żonę. I dopiero kiedy kompletnie pozbył się Marguerite ze swojego życia, zdołał „zapomnieć”, co stało się z jego drugim dzieckiem.

Do rozwodu doszło jednak dwa lata przed tragedią. To właśnie w 1977 roku Simpson poznał Nicole Brown. Choć być może to naciągana anegdota, która ubarwia całą historię, to Simpson widząc ją po raz pierwszy, miał powiedzieć: „ożenię się z tą dziewczyną”. Co było o tyle zaskakujące, że w kuluarach Simpson uchodził za nieuleczalnego kobieciarza, który (mając żonę) raczej gustował w krótkich relacjach. Był też imprezowiczem, nie będącym obojętnym na kokainę. Inaczej mówiąc: lubił się bawić. I wcale nie zamierzał przestać, ale w 18-letniej blondynce zobaczył coś więcej niż przygodę na jedną noc.

Jak możemy przeczytać w książce „Raging Heart: The Intimate Story of the Tragic Marriage of O.J. and Nicole Brown Simpson”: po randce z Simpsonem Nicole skończyła z podartymi spodniami. Kiedy jej współlokatorka okazała współczucie, 18-latka miała odpowiedzieć: „Nie, nie, ja go lubię”. I trzy dni później poszła na drugą randkę, która miała miejsce już w jej apartamencie, nieopodal mieszkania, w którym O.J. żył z Marguerite.

Ta relacja od początku miała swoje czerwone flagi. Nicole była nastolatką, pracującą jako kelnerka w klubie dla celebrytów, „Daisy”. On miał niespełna trzydzieści lat, olbrzymią sławę, pieniądze i możliwości. Było jasne, że dziewczyna będzie od niego pod wieloma względami uzależniona. Ale nawet według wspomnień ich przyjaciół, w początkowej fazie związku Simpson i Brown naprawdę się kochali.

O.J. rozstał się ze swoją pierwszą żoną najszybciej, jak tylko mógł (choć ta początkowo nie chciała wyprowadzać się z jego posiadłości, jak podawał prawnik sportowca). Kiedy przyszły dziewiętnaste urodziny jego nowej wybranki, podarował jej w prezencie czerwone Ferrari. Ponadczasowy symbol luksusu, wejścia w wyższą klasę społeczną. Rodzina nastolatki była oczywiście oczarowana jego szczodrością. A sama Nicole ubrała wówczas ciemne okulary, aby zasłonić siniaka pod okiem, którego nabił jej O.J.

Simpson uwielbiał chwalić się swoją młodszą dziewczyną. Mówił, że to „jego dupka”. I nie potrafił jej nie kontrolować. – Był naprawdę zaborczy. Była jego własnością. Chciał, żeby była atrakcyjna, ale tylko dla niego, i zawsze to podkreślał. Stawał się niezwykle zazdrosny o wszystko. Ale ona była mu bardzo oddana – wspominała Dominique, siostra Nicole.

Ta relacja miała jednak drugą stronę medalu. O.J. oraz Nicole żyli niezwykle wystawnym oraz towarzyskim życiem. Organizowali imprezy, wyjazdy, kupowali swoim znajomym drogie prezenty. – To były tak dobre czasy. Tak dobre. Ale to, co złe, zachowywali dla siebie – wspominała ich przyjaciółka Linda Schulman. – Zawsze mieliśmy coś fajnego, na co mogliśmy czekać. To było wspaniałe życie – mówiła z kolei Kris Kardashian Jenner.

Nie minęło wiele czasu, aż O.J. stał się głównym źródłem utrzymania w rodzinie. I mowa tu nie tylko samej Nicole, ale wszystkich jej bliskich. Pomógł jej ojcu zbudować fundamenty w biznesie. Opłacał czesne na studiach jej siostrom. Nieważne, jaka sprawa się pojawiała, Simpson zawsze chętnie dzielił się pieniędzmi.

Nie możemy z całkowitą pewnością założyć, że w ten sposób O.J. chciał kompletnie uzależnić żonę od siebie, ale tak się właśnie stało. Więc kiedy z biegiem lat miewał niezliczone romanse i dopuszczał się brutalnej przemocy domowej, Nicole próbowała zaciskać zęby. W końcu nie mogła już tego robić i zaczęła dzwonić na policję. Ale kiedy ta przyjeżdżała na miejsce, była gwiazda NFL raz po raz unikała odpowiedzialności.

Dopiero w 1989 roku, kiedy funkcjonariusze zostali wysłani pod mieszkanie Simpsonów po raz dziewiąty, i znaleźli Nicole ciężko pobitą, aresztowali jej męża. O.J. został skazany za znęcanie się nad współmałżonką, ale otrzymał tylko wyrok w zawieszeniu, grzywnę i uniknął więzienia. Niedługo później – w ramach prac społecznych – zorganizował turniej golfa dla celebrytów, a także wybielał się w wywiadach. – Oboje byliśmy winni. Nikomu nie stała się krzywda. To nie było nic wielkiego i ruszyliśmy dalej z naszym życiem – mówił na antenie ESPN.

W 1992 roku para się rozwiodła, ale Simpson nie zamierzał oddać tego, co wyjątkowo sobie cenił. Czyli kontroli nad Nicole. Wysyłał ludzi, żeby ją śledzili. Nawiedzał ją w miejscach, gdzie przebywała. Podglądał jej stosunek z Keithem Zlomsowitchem, z którym weszła w krótki związek. Nie był chociaż na chwilę w stanie zniknąć z jej życia.

W końcu zresztą ponownie zszedł się z Nicole. Ale nie musiało minąć wiele czasu, aż ta w nocy ponownie zadzwoniła na policję, mówiąc: „On wrócił”. Jak mogliśmy usłyszeć na nagraniach, nie wdawała się w większe szczegółów. Nie podawała rysopisu, nie mówiła, że to czarnoskóry mężczyzna, były mąż. Po prostu przekazała: „chodzi o O.J. Simpsona. Wiecie, co się teraz dzieje”.

Tym samym ich związek upadł po raz kolejny. I po raz ostatni. Simpson zaczynał się domyślać, że nie odzyska już Nicole. A ona zaczęła rozumieć, że może bez niego żyć. To zrozumienie prawdopodobnie nie zadziałało jednak w obie strony.

Według niektórych czarę goryczy u byłego męża mogło przelać to, że Nicole zaczęła spotykać się z Marcusem Allenem, czasem nazywanym „młodszą kopią O.J.”. Allen również był futbolistą, również studiował na uczelni USC, również został gwiazdą NFL i nawet grał na tej samej pozycji co Simpson. Dwójkę panów swego czasu łączyła zresztą bliska przyjaźń. Marcus wziął nawet ślub w domu starszego sportowca.

Powszechną opinią, a także późniejszym ewentualnym motywem zbrodni, było jednak po prostu to, że Simpson nie mógł sobie odpuścić byłej żony. Nie był w stanie się pogodzić z tym, że mu ucieknie. I tym, że nie będzie miał nad nią żadnej kontroli.

Właśnie to wszystko mogło popchnąć go od morderstwa. Co natomiast sprawiło, że nie został za nie skazany?

Jaki miał kolor?

„Nie jestem czarny, jestem O.J.” – to nie tylko fragment utworu Jay-Z, ale słowa, które Simpson miał w swoim życiu wypowiadać wielokrotnie. Tak, według aktywisty Harry’ego Edwardsa, brzmiała jego odpowiedź na pytanie, czy dołączy do Muhammada Alego i wspomoże próbę bojkotu igrzysk olimpijskich w Meksyku. Tak też według dziennikarza Roberta Lipsyte’a podsumował sytuację, w której biała dziewczyna (w wulgarnych słowach) zaproponowała mu opuszczenie stolika, przy którym siedzieli czarnoskórzy i dołączenie do jej przyjaciół.

Trudno powiedzieć, co dokładnie w głowie miał O.J. Simpson. Ale fakty były takie, że szczególnie po zakończeniu kariery sportowej otaczał się wianuszkiem białych przyjaciół. Na stałe zamieszkał w miasteczku Brentwood, nieopodal San Francisco, w którym sąsiadował z gwiazdami filmu i biznesmenami. Kiedy w 1994 roku odjeżdżał stamtąd w policyjnym radiowozie, otoczony przez tłum czarnych gapiów, miał rzucić do oficera: „Co te czarnuchy robią w Brentwood?”

Buntuję się przeciwko przynależności do danej grupy, bo wtedy ludzie czegoś od ciebie oczekują. Stałem się tym, kim jestem, poprzez bycie sobą – tłumaczył O.J. pytany o kwestię rasy, co uwieczniono na archiwalnym nagraniu. – Kiedy wdaję się w dyskusje z ludźmi z mojej społeczności, czarnej społeczności, mówię: zaakceptowałem Jezusa Chrystusa jako swojego zbawiciela, staram się traktować innych, jak sam chcę być traktowany, a poza tym moje życie jest moje. Robię to, co jest moralnie właściwe. Nie jestem uprzedzony. Ba, mam białą dziewczynę.

Z jednej strony Simpson obracał się kręgach towarzyskich, w których dominowali biali, majętni ludzie. Z drugiej, ani w latach sześćdziesiątych, w czasach największej aktywności ruchów społecznych w Stanach Zjednoczonych, ani nigdy później nie angażował się w kwestie rasowe, nie wypowiadał się o zamieszkach czy tematach, którymi czasami żyło całe USA. O.J. zrobił naprawdę dużo, aby odsunąć od siebie Amerykanów o takim samym kolorze skóry jak on.

Kiedy jednak w połowie lat dziewięćdziesiątych Simpson znalazł się w sytuacji bez wyjścia, uratowała go w dużej mierze właśnie sympatia czarnoskórych.

Od morderstwa, do show na sali sądowej

– Łatwo się przyzwyczajamy, a przez ostatnie 25 lat określaliśmy Simpsona, jednego z najlepszych zawodników NFL wszech czasów, jako jednego z najmilszych gości na świecie. Pamiętacie uśmiechającego się Simpsona, chętnego do rozdawania autografów, szukającego okazji, żeby zażartować? – czytamy w artykule „Esquire” z 1994 roku. – W życiu publicznym O.J. Simpson tyle razy udawał się do szpitali na spotkania ze śmiertelnie chorymi dziećmi, że prześmiewczo nazywał się Aniołem Śmierci. A teraz jest oskarżony o morderstwo Nicole oraz jej młodego przyjaciela, Ronalda Goldmana.

Gdyby nie był gwiazdą, do końca życia siedziałby w więzieniu. To opinia nie tylko przeciwników O.J. Simpsona, ale nawet… jego samego. Choć nigdy nie przyznał się do zbrodni, wiedział, jak mocno jego status wpłynął na to, w jaki sposób została poprowadzona jego sprawa oraz jaką opinię na jego temat miała opinia publiczna, a przede wszystkim ławnicy, mający decydujący głos w amerykańskim sądownictwie w sprawach karnych.

Prokurator Marcia Clark po latach podkreśliła, że nigdy nie brała udziału w sprawie, w której było aż tak wiele dowodów zbrodni. DNA Simpsona znajdowało się na ciele zmasakrowanej Nicole Brown, na ciele jej przyjaciela Ronalda Goldmana, na śladach krwi obecnych w jej mieszkaniu w Brentwood czy przy drzwiach samochodu Simpsona pod jego posiadłością. Aresztowany następnego dnia O.J. miał przecięty palec, a nie miał z kolei żadnego twardego alibi. Było jasne wyłącznie, że kilkadziesiąt minut po morderstwie pojechał na lotnisko, skąd wyleciał do Chicago. Na miejscu zbrodni znaleziono też rękawice, na których, ponownie, znajdowało się DNA całej trójki.

Te wszystkie fakty wypłynęły już podczas trwania procesu. Wcześniej jednak Simpson wdał się – z obecnej perspektywy – w historyczną ucieczkę przed policją w Fordzie Bronco, w czasie której przystawił sobie broń do głowy. Ostatecznie prowadzący pojazd Al Cowlings odstawił sportowca pod domem, a Juice po długich negocjacjach z policją wysiadł z samochodu. To wszystko działo się w dniu, kiedy oficjalnie oskarżony o podwójne morderstwo sportowiec miał stawić się pod posterunkiem policji.

Simpson był w sytuacji, która mogła wydawać się nie mieć wyjścia. Posiadał jednak sporo pieniędzy. Zatrudnił więc zespół najlepszych w branży prawników, który dołączył do stojącego po jego stronie Roberta Shapiro. I choć przy pierwszej wizycie w sądzie był jeszcze widocznie roztrzęsiony emocjonalnie, to rozpoczął walkę.

Jak to wszystko się potoczyło? Po 274 dniach procesu białe społeczeństwo Stanów Zjednoczonych było jeszcze mocniej przekonane o jego zbrodni. A czarne – o niewinności. A to cały czas mowa o O.J. Simpsonie, który chciał mieć jak najmniej do czynienia z tym drugim i jak najwięcej z tym pierwszym.

Nie ma jednak wątpliwości, że to temat rasowy był największym asem w rękawie „drużyny marzeń” Simpsona. W amerykańskim społeczeństwie panowało wówczas spore napięcie wśród Afroamerykanów, po niesławnej sprawie Rodneya Kinga, który w trakcie kontroli drogowej został brutalnie pobity przez uniewinnionych następnie w sądzie policjantów. O.J. był zatem sławny, bogaty i niekojarzony ze społecznością afroamerykańską, ale finalnie jednak miał ciemny kolor skóry. I jego ewentualne „wygranie niewinności” mogło posłużyć jako rewanż za krzywdę wyrządzoną Kingowi.

Prawnicy, wśród których kluczowe role odgrywali Shapiro, Robert Kardashian, Johnnie Cochran czy F. Lee Bailey doskonale o tym wiedzieli. Kiedy prokuratura zabrała ławników do domu oskarżonego, podmienili większość jego fotografii z białymi przyjaciółmi na fotografie z czarnymi osobami. Wycisnęli też jak najwięcej z niechlubnej przeszłości policjanta Marka Fuhrmana, któremu udowodniono używanie rasistowskich obelg i który jako pierwszy pojawił się w domu Nicole w Brentwood. Obrońcy Simpsona – w dużym skrócie – sugerowali, że silnie uprzedzony funkcjonariusz mógł podłożyć rękawicę na miejsce zbrodni.

Przełomowy był też moment, w którym na prośbę prokuratury Simpson przymierzał wspomniane rękawiczki. Okazało się bowiem, że – mimo bycia w rozmiarze XL – kompletnie nie pasują na dłonie futbolisty. Jak potem to tłumaczono: mogły o tym decydować drugie, lateksowe rękawiczki, które Simpson musiał mieć na sobie, aby przymierzyć zabezpieczony przedmiot z miejsca zbrodni. Jego agent, Mike Gilbert, po latach tłumaczył natomiast, że O.J. w trakcie procesu przestał brać swoje lekarstwo na zapalenie stawów, przez co jego ręce zaczęły puchnąć. I nie mieściły się już we wspomniane rękawiczki.

Na koniec procesu miało miejsce jeszcze niemałe show, kiedy adwokat Cochran w finalnej przemowie do ławników użył chwytliwego rymu („If it doesn’t fit, you must aquit” – jeśli nie pasują, musicie uniewinnić), a także porównał Marka Fuhrmana z Adolfem Hitlerem. Być może według logiki, że nie ma mocniejszego argumentu, niż argumentum ad hitlerum.

Skład ławników, wśród których dominowały czarnoskóre kobiety, miał sporo czasu na ogłoszenie werdyktu. Ale zrobił to po upływie zaledwie dwóch i pół godziny. Po latach jego członkini, Carrie Bess, potwierdziła, że 3 października 1995 roku miał miejsce „rewanż za Rodneya Kinga”. A ktoś bardziej radykalny mógłby dodać, że również odpłacenie się za dziesiątki lat społecznych niesprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych.

„Juice is loose” – skandowano na ulicach Ameryki. W jej innych rejonach wołano z kolei: „Murderer”.

O.J., czyli życie po życiu

Simpson liczył, że wszystko wróci do normy. Wygrał. Został uniewinniony. I wkrótce znowu będzie O.J. Simpsonem. Szybko się jednak zorientował, że sympatii, którą miał przed 1994 rokiem, już nigdy nie odzyska. Ale mimo tego próbował to robić. Udzielał wywiadów, z których jeden – „O.J. Simpson. The Interview” – został nagrany na kasetę i sprzedawany w sklepach video za niespełna 30 dolarów. Chętnych na kupno nie brakowało. Bywał na polach golfowych i innych miejscach, w których był kojarzony. Ale i tak regularnie słyszał, że jest mordercą. Widział nieprzychylne transparenty. Obserwował złowrogie spojrzenia.

W 1997 roku natomiast wziął udział w procesie cywilnym. Nie był on już transmitowany w telewizji. A O.J. nie miał pod ręką drużyny prawników-celebrytów. Sąd tym razem orzekł o jego winie. I nakazał wypłacić mu 33 miliony dolarów na rzecz rodzin zamordowanych Nicole oraz Ronalda. Sęk w tym, że Simpson, który w trakcie poprzedniego procesu płacił swojemu zespołowi 50 tysięcy dolarów dziennie, nie dysponował już taką fortuną.

Tym samym wszelkie jego dobra (te, których O.J. nie zdążył przetransportować do domów swoich przyjaciół) zostały przejęte i wystawione na sprzedaż. Simpson wkrótce wyprowadził się na Florydę. Miał do dyspozycji emeryturę wypłacaną ze strony NFL (wynoszącą 20 tysięcy dolarów miesięcznie), ale zaczął też zarabiać na podpisywaniu oraz sprzedaży autografów. Na dodatek wydał książkę pod tytułem „If I did it”, w której przedstawia hipotetyczny proces morderstwa Brown oraz Goldmana. Po latach utrwaliła się teoria, że wszelkie szczegóły w niej zawarte mógł znać tylko prawdziwy zabójca. Choć według byłego menadżera Simpsona, Normana Pardo, publikacja została w całości napisana przez ghostwritera.

Niesława, z którą zmagał w pierwszej dekadzie XXI wieku Simpson, widocznie go dotknęła. Zaczął otaczać się towarzystwem, na które nawet nie spojrzałby w Kalifornii. Czyli towarzystwem mniej lub bardziej powiązanym ze światem przestępczym. W końcu sam stał się jego częścią – w 2007 roku zorganizował włamanie z bronią palną do pokoju hotelowego w Las Vegas, w którym znajdowały się pamiątki z jego kariery sportowej (jak sam tłumaczył: mające dla niego sporą wartość sentymentalną).

Ostatecznie skazano go za kilka różnych zarzutów. Usłyszał wyrok wynoszący 33 lata więzienia, z możliwością warunkowego zwolnienia po co najmniej dziewięciu latach odsiadki. Dwanaście lat po tym, jak wygrał „proces stulecia”, trafił tam, gdzie za wszystkie skarby świata trafić nie chciał. Ale wokół niego nie było tylu kamer co kiedyś. Proces nie był krajowym wydarzeniem.

W przypadku O.J. Simpsona Stany Zjednoczone były już wyprute z emocji. Nie były w stanie poświęcić mu całej swojej uwagi. Nie po raz kolejny.

Szczęśliwy emeryt, który nie zapłacił za grzechy?

Simpson z więzienia wyszedł 1 października 2017 roku. Ostatnie lata życia spędził żyjąc jak zamożny emeryt. Choć dalej momentami był Juicem. – Wielu ludzi postrzega mnie jako legendę – mówił dla „The Athletic”. – Sława jest dziwną rzeczą. W tych czasach nie ma znaczenia, czy jesteś dobrą osobą czy złą. Jeśli jesteś sławny, to masz przewagę w Ameryce. Sława wyprzedza to, czy jesteś dobry czy zły, i dlatego każdy goni za sławą.

– Jak wielu Amerykanów, nawet obecnie, nie chciałoby żyć moim życiem? Nie pracuję. Gram w golfa cztery czy pięć razy w tygodniu. Czasem wyjdę wieczorem na kolację z moimi przyjaciółmi. Ludzie chcą stawiać mi drinki. Zawsze robię sobie z kimś zdjęcie. Panie mnie przytulają – opisywał O.J.

W czerwcu 2019 roku, po półtora roku wolności i milczenia, Simpson założył konto na Twitterze. Regularnie pozdrawiał tam swoich „fanów” oraz dzielił się przemyśleniami (wyłącznie w formie wideo), zazwyczaj na temat sportu. Jego pierwsze posty uzyskiwały kilkadziesiąt tysięcy polubień, „retweetów” oraz komentarzy. Z czasem użytkownicy platformy przyzwyczaili się jednak do obecności Juice’a w sieci i nie zalewali go reakcjami.

Sprawa oraz historia O.J. Simpsona na zawsze pozostanie częścią amerykańskiej popkultury. Ba, nawet w kultowym „Shreku 2” znalazła się scena pościgu inspirowana jego ucieczką. Nawiązania do jego osoby pojawiły się też w serialach „30 Rock”, „The Sopranos”, „The Simpsons” czy „South Park”.

Dla młodszego pokolenia największym echem odbiła się być może jednak teoria spiskowa, według której Simpson jest ojcem celebrytki Khloe Kardashian. Futbolista w czasach swojej świetności doskonale znał się bowiem z Robertem Kardashianem (który w 1995 roku był nawet jednym z jego adwokatów) oraz jego pierwszą żoną, Kris Kardashian Jenner. Według niektórych internautów istnieje podobieństwo między Juice’em, a jedną z córek tej ostatniej. Nieprzypadkowo zresztą Khloe w ostatnich dniach otrzymywała złośliwe kondolencje.

– Zawsze myślałem, że Kris jest uroczą dziewczyną. Była bardzo miła. Ale wiecie, umawiałem się z supermodelkami (śmiech). Ta plotka nie jest prawdą. Nie jest nawet bliska bycia prawdą – mówił O.J. w grudniu 2022 roku w programie „FULL SEND PODCAST”. Odpowiadał na może nieco niepoważne, ale jednak na pytanie, które ponad trzydzieści lat po morderstwie, budziło wokół jego osoby największe zainteresowanie.

O.J. Simpson nigdy nie stracił tego, o co się modlił. Był na świeczniku przez trzy czwarte swojego życia. Czasem bardziej, czasem mniej. Najpierw go kochano, potem głównie nienawidzono.

Teraz ci którzy nienawidzili, liczą na ponowny sąd. Z wyrokiem skazującym na miejsce w piekle.

***

Rodzina Goldmanów w 2007 roku przejęła 90 procent dochodów ze sprzedaży książki „If i did it” (a także uzyskała do niej prawa i zmieniła design wydania na taki, w którym słowo „if” ma malutką czcionkę). Obecnie wciąż walczy o pieniądze Simpsona. Jak zapewnił jednak prawnik Malcolm LaVergne, który realizuje testament futbolisty, dołożone zostaną wszelkie starania, aby rodzina zamordowanego Rolanda nie otrzymała „więcej niż jednego dolara”.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl

Źródła cytatów: „O.J. Simpson. Made in America”, „ESPN”, „Sky.com”, „The Athletic”, „Esquire”, „Raging Heart: The Intimate Story of the Tragic Marriage of O.J. and Nicole Brown Simpson”, „Press Democrat”, „The New York Times”, „Vogue”, „The Times”, „Out of bounds”.

Czytaj więcej:

Na Weszło chętnie przedstawia postacie, które jeszcze nie są na topie, ale wkrótce będą. Lubi też przeprowadzać wywiady, byle ciekawe - i dla czytelnika, i dla niego. Nie chodzi spać przed północą jak Cristiano czy LeBron, ale wciąż utrzymuje, że jego zajawką jest zdrowy styl życia. Za dzieciaka grywał najpierw w piłkę, a potem w kosza. Nieco lepiej radził sobie w tej drugiej dyscyplinie, ale podobno i tak zawsze chciał być dziennikarzem. A jaką jest osobą? Momentami nawet zbyt energiczną.

Rozwiń

Najnowsze

Polecane

Ekstraklasa

Grosicki znów był świetny, ale na nagrodę MVP bardziej zasłużyli inni

Kamil Warzocha
55
Grosicki znów był świetny, ale na nagrodę MVP bardziej zasłużyli inni
Ekstraklasa

Grosicki: Mam nadzieję, że za rok przyjadę na galę z drużyną, która zdobędzie mistrzostwo

Piotr Rzepecki
21
Grosicki: Mam nadzieję, że za rok przyjadę na galę z drużyną, która zdobędzie mistrzostwo

Komentarze

34 komentarzy

Loading...