Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Języczki u wagi. Gdzie się wygrywa i przegrywa mistrzostwo Polski

Michał Trela

Autor:Michał Trela

08 grudnia 2023, 17:41 • 10 min czytania 8 komentarzy

W każdym meczu można zdobyć trzy punkty, więc wszystkie spotkania są tak samo ważne. Tyle w teorii. Przecież jeśli ogra się rywala, którego główni rywale nie zdołali ograć, takie punkty są szczególnie cenne, bo pozwalają zbudować przewagę. W ciągu ostatnich lat ujawniły się w Ekstraklasie drużyny, które szczególnie mocno mieszały w walce o tytuł, samemu w niej nie uczestnicząc. Kto był w stanie je złamać, sięgał po mistrzostwo Polski.

Języczki u wagi. Gdzie się wygrywa i przegrywa mistrzostwo Polski

Przy okazji każdych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych mówi się o tzw. swing states, co można przetłumaczyć jako „stany chwiejne”. W niektórych częściach kraju demokraci i republikanie mają na tyle bezpieczną przewagę, że zwycięstwo drugiej strony jest praktycznie niemożliwe. Wynik ogólnokrajowej rywalizacji rozstrzyga się więc w stanach niepewnych, w których liczba zwolenników jednej i drugiej strony jest porównywalna. To tam kierowana jest lwia część pieniędzy i zaangażowania z całej kampanii. Kto przekona do siebie niezdecydowanych i zgarnie więcej głosów elektorskich w swing states, wygra wybory.

W odniesieniu do sezonu piłkarskiego też czasem używa się słowa kampania, co jest oczywiście kalką z języka angielskiego. Jeśli jednak chodzi o metafory, zwykle porównuje się go do maratonu. Czegoś, co rozstrzyga się na długim dystansie. Można też jednak spojrzeć na sezon jak na serię małych batalii. 34 korespondencyjnych pojedynków. Jest na mapie osiemnaście ośrodków. Kto podbije najwięcej z nich, jednocześnie odpierając najwięcej ataków we własnej twierdzy, sięgnie po mistrzostwo. Tu też są bitwy decydujące dla losów całego sezonu. Punkty potracone w miejscach, w których rywal do tytułu je zdobywał. Albo przeciwnie, wyrwane na terenach przez nikogo niezdobytych. Ekstraklasa też ma swoje swing states albo – jeśli ktoś woli – języczki u wagi. Miejsca kluczowe dla losów całej kampanii.

NIE KAŻDA WYGRANA WAŻY TYLE SAMO

Do sprawdzenia, na których terenach najczęściej rozstrzygały się losy mistrzostwa Polski, niech posłuży sześć ostatnich sezonów. Wcześniej obowiązywał przez kilka lat system z dzieleniem punktów, który sprawiałby, że wszelkie porównania byłyby utrudnione. Poza tym skład lig zmieniał się na tyle drastycznie, że miałby niewiele wspólnego z obecną stawką. Założenie jest proste i opiera się na tabeli krzyżowej: ile punktów czołowe drużyny ligi w danym sezonie zdobywały na poszczególnych rywalach. Ważniejsza niż sama liczba punktów jest jednak różnica między czołową trójką. Jeśli mistrz zdobył na czerwonej latarni ligi sześć punktów na sześć możliwych, nie musi to mieć większego znaczenia dla losów tytułu, o ile wicemistrz i zespół z trzeciego miejsca też zdobyły ze spadkowiczem komplet punktów. Jeśli jednak mistrz zdobył sześć, a jego główni konkurenci przegrali oba mecze z outsiderem, potyczki z nim okazały się decydujące dla tabeli: dały mistrzowi dwanaście punktów przewagi nad głównymi rywalami (po sześć punktów przewagi nad każdym). Czasem może być jednak zgoła przeciwnie: mistrz potyka się na terenie, przez który jego rywale przeszli suchą stopą. Wtedy dany przeciwnik spowodował dla mistrza straty, które musiał odrobić na innych stadionach, by ostatecznie cieszyć się z tytułu. Za każdy mecz można dostać trzy punkty, ale nie wszystkie punkty w końcowym rozrachunku ważą tyle samo.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

W każdym z ostatnich sześciu sezonów pojawiała się drużyna neutralna, która dla losów walki o tytuł nie miała żadnego znaczenia: w poprzednim sezonie był to Widzew Łódź, który sprawiedliwie i solidarnie odebrał każdemu z finiszujących na podium po dwa punkty. Zremisował u siebie z Rakowem i Lechem, a na wyjeździe z Legią. Ostatecznie więc spotkania z drużyną Janusza Niedźwiedzia nie dały nikomu przewagi w rywalizacji o mistrzostwo Polski. Dwa i trzy sezony temu podobnie było z Piastem Gliwice, w sezonie 2019/20 neutralny był ŁKS, który przegrał z całą czołówką tak jak w rozgrywkach 2018/19 Górnik Zabrze. Ciekawiej jest jednak tam, gdzie występują największe dysproporcje.

Sporo w poprzednim sezonie mówiło się o meczach z Miedzią Legnica jako jednym z czynników wpływających na walkę o mistrzostwo. Faktycznie tak było: Raków ograł beniaminka dwukrotnie, lecz jego konkurenci nie potrafili tego zrobić. Zarówno Legia, jak i Lech remisowały w Legnicy, co było dla częstochowian warte cztery punkty przewagi. Zdecydowanie cenniejsze były jednak dla ekipy Marka Papszuna inne skalpy. Na Pogoni Szczecin, która do końca biła się o podium, zdołali zdobyć komplet punktów, podczas gdy Legia sięgnęła w tych starciach tylko po jeden, a Lech po dwa punkty. Ostatecznie na bazie starć czołówki z Portowcami przyszły mistrz wypracował dziewięć punktów przewagi nad głównymi konkurentami – pięć nad Legią, cztery nad Lechem.

Niemal równie istotne było dla Rakowa uniknięcie potknięć ze Śląskiem Wrocław, który do samego końca walczył o utrzymanie, ale urwał dwa punkty Legii, a aż sześć Lechowi, czy z Wisłą Płock, która ostatecznie spadła, lecz wcześniej pozbawiła drużyny ze stolicy i z Wielkopolski łącznie sześciu punktów. Najwięcej wysiłku Raków kosztowały natomiast potknięcia z Jagiellonią i Koroną Kielce. Legia i Lech zdobyły w meczach z nimi po cztery punkty więcej niż Raków. Częstochowianie musieli to więc odrobić w innych miejscach.

CRACOVIA PROBIERZA DECYDUJĄCA O MISTRZOSTWIE

Zeszłoroczny przypadek istotnych meczów z Portowcami jest dość naturalny. Mowa bowiem o drużynie, która skończyła sezon na czwartym miejscu, do końca bijąc się o podium. Można więc się spodziewać, że będzie w stanie urywać punkty ścisłej czołówce i kto zdobędzie na niej komplet, ma pewien handicap. Znacznie bardziej zaskakujący i jeszcze bardziej jaskrawy był natomiast przykład meczów z Cracovią w sezonie 2019/20, gdy podium stworzyły Legia Warszawa, Lech Poznań i Piast Gliwice. Wówczas obowiązywał jeszcze system z podziałem na grupy, więc z drużynami z górnej ósemki czołówka musiała się mierzyć po trzy razy.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

„Pasy”, prowadzone przez Michała Probierza, zajęły wtedy ledwie siódme miejsce, ale na półmetku były wiceliderem. Przez długą część rozgrywek były więc dla wielu trudnym i niewygodnym rywalem. Ostatecznie umiejętność złamania go, okazała się warta mistrzostwa. Legia Aleksandara Vukovicia wygrała z krakowianami wszystkie trzy ligowe spotkania. Drugi w tabeli Lech tylko jedno, dwa razy z Cracovią przegrywając. Piast ugrał natomiast na tym rywalu zwycięstwo, remis i porażkę. Rywalizacje z Pasami przyniosły Legii dziewięć punktów, ale jeszcze ważniejsze było jedenaście punktów, które Cracovia zabrała jej bezpośrednim rywalom. Zwłaszcza że Kolejorz skończył wówczas sezon tylko trzy punkty za Legią. Gdyby umiał lepiej grać z Cracovią, to on mógł zdobyć wtedy mistrzostwo.

To zresztą można już uznać za pewną regułę. W ostatnich sześciu latach to Pasy były w naszej lidze najważniejszym języczkiem u wagi. Przyszli mistrzowie przy ich pomocy wyrobili sobie w tym okresie aż 23 punkty przewagi nad głównymi konkurentami. Nie było w stawce drugiej drużyny, która z podobną regularnością z jednej strony nie radziłaby sobie w starciach z przyszłymi mistrzami, a z drugiej tak dobrze radziłaby sobie w potyczkach z ich głównymi kontrkandydatami. W pięciu ostatnich sezonach Cracovia zawsze „pracowała” na rzecz mistrza, czyli pomagała mu wyrobić przewagę nad grupą pościgową. W najbardziej spektakularny sposób zrobiła to w sezonie 2021/22, gdy trzy kolejki przed końcem zremisowała w Częstochowie z Rakowem, a równocześnie Lech wygrał swój mecz z Piastem i wyskoczył na prowadzenie, którego nie oddał już do samego końca. Znamienne, że nawet w zeszłym sezonie, gdy Pasy też przecież ograły Raków, ostatecznie przysłużyły się przyszłemu mistrzowi: Legii zabrały aż pięć punktów. A gdy wiosną częstochowianie rozbili zespół Jacka Zielińskiego, powoli stawało się jasne, że nikt nie zdoła już ich zatrzymać.

ŚLĄSK MIESZAJĄCY W GRZE O TYTUŁ

Bardzo blisko Cracovii jest pod tym względem w ostatnich latach także Śląsk Wrocław. Drużyna z Dolnego Śląska minimalnie mniej przyczyniała się do budowania przewagi przyszłych mistrzów (22 punkty na ich korzyść), ale za to bardziej niż ktokolwiek inny rozdawała karty w grze o tytuł – czasem na korzyść, czasem na niekorzyść późniejszego zwycięzcy. Przed rokiem ogrywanie wrocławian było ważną umiejętnością przyszłego mistrza, ale już w sezonie 2019/2019, gdy triumfował Piast, Śląsk rzucił mu bardzo poważne kłody pod nogi, zabierając mu trzy punkty, a nie zabierając żadnego wicemistrzowskiej Legii. Mecze ze Śląskiem Wrocław miały więc kolosalne znaczenie, nawet zanim ten klub sam zaczął bić się w tym sezonie o mistrzostwo Polski. Trzecie miejsce w stawce języczków u wagi zajmuje Wisła Płock, która na przestrzeni minionych sezonów pozwoliła mistrzom na łącznie dwadzieścia jeden punktów przewagi nad konkurentami.

Ciekawym i trudnym do wytłumaczenia przykładem jest natomiast Jagiellonia Białystok, która też regularnie miesza w czołówce, ale w zupełnie przeciwny sposób niż Cracovia: utrudnia przyszłym mistrzom zdobywanie tytułów. Od lat drużynie z Podlasia znacznie lepiej układają się mecze z drużynami, które wygrywają ligę, niż z tymi kończącymi ją na niższych stopniach podium. W poprzednim sezonie Raków wprawdzie wygrał w Białymstoku, ale za to zremisował u siebie, podczas gdy Legia i Lech zdobywały komplety w obu spotkaniach. W sezonie 2020/21 Legia Czesława Michniewicza zdobyła na Jagiellonii tylko punkt, podczas gdy Pogoń Szczecin aż sześć. Rok wcześniej Legia Vukovicia z białostoczanami uzbierała pięć punktów, podczas gdy goniący ją Piast dziewięć. Łącznie w ostatnich latach białostoczanie pozwolili pretendentom do tytułu odrobić do przyszłego mistrza aż 24 punkty. To bezsprzecznie najlepszy wynik w lidze. Jagiellonia jak nikt inny dba, by emocje w walce o tytuł utrzymywały się jak najdłużej. Kolejne miejsca w stawce zajmują Radomiak i Stal Mielec, które dla jednych drużyn są niewygodnymi i trudnymi do złamania rywalami, podczas gdy inni gładko sobie z nimi radzą. Ta dysproporcja ma potem znaczenie w tabeli.

A jak sprawa wygląda w obecnym sezonie? Oczywiście liga jest dopiero na półmetku i nie wszystkie drużyny zdążyły nawet ze wszystkimi zagrać, ale czołowa trójka akurat ma w dorobku po siedemnaście spotkań. Największą przewagą Śląska nad goniącymi ją Jagiellonią i Lechem są na razie mecze w Szczecinie: wrocławianie tam wygrali, podczas gdy białostoczanie i poznaniacy przegrywali. Zgoła przeciwnie było przeciwko Stali Mielec: lider potknął się z rywalem, którego Lech i Jagiellonia ograły. Podobnie jak w przypadku rywalizacji z Zagłębiem Lubin i Ruchem Chorzów. Największą przewagą ekipy Jacka Magiery są jednak mecze bezpośrednie. W starciach z Jagiellonią i Lechem zdobyła sześć punktów, podczas gdy pozostali członkowie podium tylko po jednym. Łącznie wrocławianie uzbierali więc na tych starciach dziesięć punktów przewagi – po pięć nad każdym z najbliższych rywali.

MISTRZOSTWO W ZIMNE POPOŁUDNIA W STOKE

To jednak nie jest norma. Powtarza się często, że mistrzostwo zdobywa się nie w bezpośrednich starciach, a w rywalizacji z ligową szarą masą. Sześć ostatnich sezonów potwierdza, że coś w tym jest. Przed rokiem bezpośrednie mecze dały Rakowowi tylko dwa punkty przewagi nad Legią i Lechem, czyli nieporównywalnie mniej, niż „zarobił” na starciach ze Śląskiem czy Wisłą Płock (odpowiednio osiem i sześć punktów). Rok wcześniej Lechowi bezpośrednie mecze członków podium pozwoliły po prostu wyjść na zero: przewagę zbudował sobie gdzie indziej. Na przykład tym, że nie potknął się ze Śląskiem albo Wisłą Płock.

W ostatnich latach jedynie Legia Michniewicza zdobyła tytuł w dużej mierze dzięki bezpośrednim meczom, które dały jej łącznie aż trzynaście punktów względem głównych rywali. Tamten zespół zdobył tylko punkt na przedostatniej Stali Mielec i trzy na Podbeskidziu Bielsko-Biała, więc był zaprzeczeniem tezy o mistrzostwie zdobywanym w „zimne, deszczowe popołudnia w Stoke”. Na dystansie kilku sezonów ta teza jednak się broni. W ostatnich latach wcale nie było normą, że to mistrz był najlepszy w małej tabelce zespołów finiszujących na podium. Tak było wręcz tylko w dwóch na sześć ostatnich sezonów. Legia Vukovicia w tabeli bezpośrednich meczów z Lechem i Piastem byłą trzecia, ale za to nie straciła żadnego punktu ze spadkowiczami. Jagiellonia Ireneusza Mamrota wypadała zdecydowanie najlepiej w meczach z Legią i Lechem, ale zgubiła pięć punktów na Sandecji Nowy Sącz i Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Mistrzostwo faktycznie zdobywa się więc rzetelnym wykonywaniem cotygodniowych obowiązków, a nie wygrywaniem hitowych spotkań.

No i przede wszystkim ogrywaniem Cracovii i Śląska Wrocław. Trudno rozstrzygnąć, jak będzie w przypadku Śląska, który pierwszy raz od lat sam jest w ścisłej czołówce tabeli, ale akurat Pasy mają wszelkie szanse, by w tym sezonie umocnić swój status „swing state” Ekstraklasy: zabrały już punkty Lechowi i Rakowowi, a oddały Śląskowi i Jagiellonii. Zbliżający się grudniowy dwumecz z tym rywalem w ciągu kilku dni może więc i dla Legii Warszawa okazać się języczkiem u wagi, decydującym, czy runda jesienna zostanie oceniona jako udana, czy jednak rozczarowująca.

CZYTAJ WIĘCEJ TEKSTÓW MICHAŁA TRELI: 

Fot. FotoPyK

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

8 komentarzy

Loading...