Reklama

„Rotowanie kadrą i minutami piłkarzy jest dla Legii i Rakowa kluczowe”

Maciej Wąsowski

Autor:Maciej Wąsowski

05 października 2023, 14:10 • 18 min czytania 11 komentarzy

Michał Adamczewski to trener przygotowania fizycznego, który pracował w kilku ekstraklasowych klubach, ale współpracował też z reprezentantami Polski różnych innych dyscyplin, głównie z siatkarzami i lekkoatletami. Często ma dość kontrowersyjne i oryginalne tezy. Nie zgadza się on ze słowami trenera Rakowa Dawida Szwargi o tym, że granie co trzy dni w lidze i europejskich pucharach jest inną dyscypliną sportu. Mistrzowie Polski rozegrają w jesienią 34 spotkania. To tyle samo, ile większość klubów w Ekstraklasie rozgrywa przez cały sezon. Liczba rozegranych meczów nie powinna być tutaj żadnym wytłumaczeniem. Mówienie o tym już teraz jest wspaniałym „dupochronem” i ucieczką od odpowiedzialności mówi w swoim stylu nasz rozmówca.

„Rotowanie kadrą i minutami piłkarzy jest dla Legii i Rakowa kluczowe”

To lektura z nutką nauki w tle, po której nieco inaczej będziecie można spojrzeć na występy Rakowa i Legii w europejskich pucharach oraz w lidze. Zapraszamy i polecamy!

***

Panuje powszechna opinia, że polskie kluby mają problem z łączeniem skuteczniej gry w europejskich pucharach z występami w lidze. Trener Rakowa Dawid Szwarga w rozmowie opublikowanej na Weszło przyznał nawet, że według niego granie co trzy dni jest zupełnie inną dyscypliną sportu. Jak pan jako trener przygotowania fizycznego patrzy na całą sprawę?

Michał Adamczewski (trener przygotowania fizycznego, pracował m.in. z Koroną Kielce, Lechią Gdańsk i Jagiellonią Białystok): 

Reklama

Nie mogę powiedzieć, że się zgadzam ze zdaniem trenera Szwargi, dlatego że wtedy zaprzeczyłbym teorii sportu. Wielu dobrych trenerów udowodniło, że organizm ludzki, jeżeli chodzi o aspekty wytrzymałościowe, regeneruje się do swojej wyjściowej formy startowej, co 72 godziny. Więc tak naprawdę ten bodziec meczowy lub zbliżony do meczowego możemy mieć co 72 godziny, czyli właśnie co trzy dni. Tutaj bym odbił troszeczkę piłeczkę w stronę trenera Szwargi i spytał: co autor miał na myśli? Bo jeżeli granie co trzy dni ma być inną dyscypliną sportu, to sorry, ale ja tego nie kupuję.

Trener Szwarga w tamtej przytoczonej rozmowie podkreślał, że przy tak częstych meczach najważniejsza jest regeneracja. To jest faktycznie tak istotne?

Rzeczywiście tak jest. Regeneracja powinna być rozplanowana dokładnie by w ciągu 72 godzin wracać do optimum, czyli osiągać gotowość organizmu do największego wysiłku. Niby to powinno być proste, ale do każdego profesjonalnego sportowca – a takim jest piłkarz – dochodzi jeszcze element emocji, który wynika z rozgrywania meczu. To rodzi też stres i wpływa na poziom regeneracji. Zmniejszona jest wtedy odporność na wytracanie energii. Nie każdy jest na coś takiego gotowy. Być może o to chodziło trenerowi Szwardze? Osobiście uważam, że w wielu najlepszych ligach na świecie zawodnicy grają co 72 godziny i nie mają z tym wszystkim problemu. Taki Kamil Glik w czasach występów w Monaco był jednym z najbardziej obciążonych polskich piłkarzy, jeżeli chodzi o liczbę minut rozgrywanych przez sezon. Licząc z meczami pucharowymi i reprezentacji rozgrywał w rok ponad 4500 minut. I dawał radę. Myślę, że trener przygotowania fizycznego z Rakowa Michał Garnys absolutnie o tym wszystkim wie. Te słowa o innej dyscyplinie sportu mocno mnie zastanawiają. Niemniej jednak dla klubów, które traktują piłkę nożną jak biznes i występują na arenie międzynarodowej, granie co 72 godziny jest całkowicie czymś normalnym. To jest po prostu kwestia odpowiedniego zarządzania zawodnikiem. Trzeba odpowiednio planować gry, obciążenia treningowe i regenerację.

No tak, ale każdy zawodnik jest inny. Jedni dochodzą szybciej do swojej optymalnej dyspozycji fizycznej, a drudzy dłużej. Raków od 28 września do 8 października rozegra cztery mecze w 10 dni. Legia od 27 września do najbliższej niedzieli też będzie miała cztery spotkania. Taka częstotliwość występów może wpłynąć na to, że zmęczenie się kumuluje?

Na pewno zmęczenie będzie się kumulowało i to jest fakt. Niemniej jednak w obu klubach na pewno mają świetnych specjalistów, którzy patrzą na wszelkiego rodzaju czynniki świadczące o zmęczeniu, pojawiające się choćby we krwi czy moczu zawodnika. Tacy specjaliści muszą wyznaczyć bezpieczną granice zmęczenia dla każdego piłkarza. Trzeba to robić, żeby ryzyko wystąpienia kontuzji było jak najmniejsze.

Spójrzmy na takiego Michała Karbownika. On najpierw rozegrał sezon w rezerwach Legii, w którym miał około 2000 minut w nogach, żeby w kolejnym mieć już ponad 3000 minut, ale będąc już w pierwszej drużynie. W jeszcze kolejnych rozgrywkach, kiedy transfer do Brighton finalizowano, pojawiła się u niego niepokojąca kontuzja, czyli złamanie zmęczeniowe piszczela. Zawodnik do wyższych obciążeń powinien być adaptowany stopniowo. Nie da się nagle przeskoczyć z poziomu III ligi na zdecydowanie wyższą intensywność w Ekstraklasie czy europejskich pucharach. Zbyt szybki przeskok może nieść za sobą niebezpieczne konsekwencje. Tak było w przypadku Karbownika. Coś takiego jest błędem w sztuce.

Reklama

Przykładem może być inny wybitny sportowiec, z którym współpracowałem – Adam Kszczot. Dziesięć lat biegał na wysokim poziomie na 800 metrów, ale wiele lat wstecz on musiał się do tego przygotowywać. On sam mówił, że bez długofalowego procesu adaptacji nie mógłby trenować morderczej konkurencji jaką jest bieganie na 800 metrów. Mówimy o człowieku, który jest medalistą mistrzostw świata i Europy. On był lekkoatletą, ale tak jest w każdej innej zawodowej dyscyplinie sportu. Nie da się oszukać czynników biologicznych w organizmie człowieka. Jeżeli ktoś będzie próbował coś takiego zrobić, to zawsze będzie się pojawiało niebezpieczeństwo dla zawodnika i wielokrotnie wyższe będzie ryzyko wystąpienia kontuzji. To jest fundamentalna sprawa.

Michał Adamczewski w czasach pracy w Lechii Gdańsk.

Świetną rzecz powiedział były kadrowicz Piotr Nowakowski na temat naszych siatkarzy. Podkreślił, że chłopakom należy się szacunek za to, że grają turniej kwalifikacyjny żeby go wygrać. I to mimo że pewnie dostaliby się do Igrzysk Olimpijskich z rankingu. I tu dodam coś do tych słów jako komentarz: reprezentacja odnosi znakomite wyniki, dużo lepsze od piłkarzy. To mistrzowie świata i Europy. Wszyscy się cieszą, że świetnie grają i wygrywają mecze. A oni teraz cały czas grają. Właśnie są na turnieju kwalifikacyjnym do Igrzysk Olimpijskich, odbywa się on w Chinach. Po całym sezonie reprezentacyjnym nasi siatkarze zagrają rozgrywki ligowe w klubach w 27 tygodni. Duża dawka i wysoka intensywność. W tym czasie będą mieli do rozegrania ligę i większość z nich także europejskie puchary. W przyszłym roku odbędą się Igrzyska – najważniejsza impreza czterolecia. Nasza reprezentacja będzie tam jednym z faworytów, ale będziemy drżeli nie tylko o wynik.

Według mnie po tak intensywnym sezonie powinniśmy się też martwić zdrowiem zawodników. Motywacją jest tutaj złoty medal olimpijski więc czy nie warto byłoby zaplanować gdzieś dla nich wartościowego odpoczynku? Nasi siatkarze są niezwykle ambitnymi ludźmi. Czy każdy z nich to wszystko wytrzyma? Zawsze na samym końcu my trenerzy patrzymy na dobro drużyny, na dobro klubu, bo jesteśmy z tego rozliczani. Nadrzędne i najważniejsze powinno być jednak zdrowie zawodnika jako jednostki. Nie można oszukiwać czynników biologicznych. Jeżeli piłkarze i siatkarze nie będą gotowi do poziomu wysiłku i liczby meczów do rozegrania, to wszystko może się skończyć fatalną kontuzją. Zerwanie więzadeł krzyżowych ACL, to minimum siedem miesięcy przymusowej pauzy. Koszmarny uraz. Dramat dla sportowca. To jest ogromny koszt chęci oszukania ludzkiego organizmu. Gdzieś w całym procesie treningowym pojawia się w takiej sytuacji błąd w sztuce i zawsze jest pytanie gdzie?

Monitoringiem wysiłku trzeba zabezpieczać każdego zawodnika, a na ten monitoring składa się wiele elementów i niekoniecznie indeks zmęczenia, który zaznaczy zawodnik. Bardziej chodzi o zadanie, które przed nim postawimy. Piłkarz czy siatkarz, który się rehabilituje albo dochodzi do siebie po kontuzji, to strata dla klubu olbrzymich pieniędzy, bo w trakcie urazów trzeba im płacić nadal potężne pensje. Dlatego podkreślam, przygotowujmy do wysiłku i obciążeń, ale róbmy to z głową i systematycznie. Monitoring obciążeń jest najważniejszy.

Dawid Szwarga: Granie co trzy dni jest zupełnie innym sportem [ROZMOWA]

OK, ale daje pan do zrozumienia, że grać co trzy dni na przykład w Ekstraklasie i europejskich pucharach powinni tylko piłkarze, którzy wcześniej występowali te ponad 3000 minut w sezonie. Oni byliby odpowiednio przygotowani na taki wysiłek. Tacy gracze Legii i Rakowa w poprzednim sezonie nie mogli rozegrać tylu spotkać, bo nie awansowali do fazy grupowej, któregoś z pucharów. Kiedy więc mieli przygotować się na podobne obciążenia?

To jest prosta sprawa. Jeżeli zawodnik wchodzi na poziom 2000 minut lub 2200 minut, to w kolejnym sezonie powinien być w stanie zagrać już 2800 minut. Później 3500 minut, a następnie 4000. U nas w wielu klubach możliwe, że nie zawsze się ten proces kontroluje, czasem nawet przy skautingu zawodników do klubu powinno się przejrzeć historię tego, co zawodnik robił w ostatnich sześciu miesiącach przed transferem. Nakłada się zmęczenie, jest słabsza forma i przekłada się to na słabszy wynik w pucharach lub w lidze, a czasem prowadzi to do urazów lub nawet długotrwałych kontuzji. Przykładem jest choćby swego czasu Simeon Sławczew, który przyszedł do Lechii po tym jak nie grał w Portugalii i po siedmiu meczach w Ekstraklasie złapał kontuzję, co zmusiło go do kilkutygodniowej pauzy.

Przemęczony zawodnik albo taki, który nie jest przygotowany na nowe, wyższe obciążenia jest bardziej narażony na kontuzje?

Oczywiście. Były lekarz Bayernu Monachium, słynny z wlewów dożylnych i różnego rodzaju ostrzykiwań z farmakologii naturalnej – doktor Hans-Wilhelm Mueller-Wohlfahrt opracował nawet metodę, która określa czy zawodnik powinien grać, czy nie właśnie na podstawie różnych czynników zmęczenia w organizmie człowieka. Jeżeli ma niewłaściwe PH moczu i złe wyniki krwi, to nie powinien nie tylko grać, ale też w ogóle wchodzić w trening. On potrafił postawić się głównym trenerom w Bayernie i zdjąć piłkarza z treningu, żeby przerzucić go na dodatkowe zajęcia regeneracyjne. Były skrajne przypadki, gdzie nagle to doktor Mueller-Wohlfahrt nie pozwalał poszczególnym zawodnikom grać w jakimś ważnym meczu. To co robił i dlaczego to robił jest już wiedzą powszechną. Wszyscy w naszych klubach doskonale o tym wiedzą. Są już różne metody patrzenia na zmęczenie zawodnika i prowadzenie treningu regeneracyjnego. Trzeba umiejętnie bodźcować piłkarza. To jest już na takim poziomie, że patrzy się na zwiększanie objętości mitochondrialnej w organizmie. Lizosomy przy wysokim zakwaszeniu mięśniowym „sprzątają” w organizmie człowieka, ale te lizosomy „sprzątają” nie tylko toksyny, ale również mitochondria, co zmniejsza poziom wytrzymałości. Możemy przesuwać ten próg wyrzutu lizosomu, poprzez zwiększenie objętości mitochondrialnej, a co za tym idzie – zwiększyć energię w organizmie. To też zwiększa próg odporności na zakwaszenie mięśniowe. Daje to potężny zysk w postaci szybszej regeneracji zawodnika. Kiedyś nawet miałem zapytanie, co zrobiłem z zawodnikiem, że kinaza spadła u niego w dobę w nieprawdopodobnym tempie, a to był po prostu zawodnik, który był zaadaptowany poprzez odpowiedni trening do przyspieszonej regeneracji. Podpowiem, że grał w Legii Warszawa i miał wtedy świetny sezon. Zawodnik zaadoptowany poprzez odpowiedni trening już między 48 a 60 godziną może być już zregenerowany i gotowy do bodźca, wywołującego rozładowanie baterii czyli treningu „Over Loaded” bądź meczu. Tak to robią w najlepszych klubach, na najwyższym poziomie. Mam wrażenie, że u nas dopiero się tego uczymy i nie wszyscy specjaliści mają wiedzę na ten temat.

W Rakowie jest teraz sporo kontuzji. Złamanie palca przez Zorana Arsenicia, to sprawa losowa i mechaniczna. Problemy mięśniowe w tym sezonie mieli już: Milan Rundić, Stratos Svarnas (zerwany mięsień przywodziciela), Jean Carlos Silva (naderwany przywodziciel), Fran Tudor (naciągnięcie mięśnia dwugłowego uda), Adnan Kovacević (naderwanie mięśnia płaszczkowatego) czy John Yeboah (problemy ze stawem skokowym). W większości są to urazy mięśniowe.

Wszyscy zawodnicy, którzy mają problemy z mięśniami przywodziciela czy dwugłowymi tak naprawdę mają problemy z całą tzw. „tylną taśmą mięśniową”. Za sprawność regeneracyjną organizmu odpowiada jeszcze coś takiego jak sprawność mięśniowa i sprawność układu nerwowego. Trzeba to sprawdzać oprócz PH moczu i badań markerów, świadczących o zmęczeniu w krwi. Swego czasu robił to w jakimś stopniu Piast Gliwice, który sięgnął nawet po mistrzostwo Polski, mijając na finiszu Lechię i Legię. Układ nerwowy i mięśniowy był u nich sprawdzany poprzez skoki na platformie dynamometrycznej, co nawet przez chwilę pokazała w swoim materiale stacja Canal+. Chodzi o jeden skok lub wieloskoki. Wyniki pokazują też stopień regeneracji i zmęczenia układu nerwowego. Za to u sportowca odpowiada również „tylna taśma mięśniowa”, czyli: mięsień dwugłowy, mięśnie pleców, mięśnie szyi i rozcięgna podeszwowe. „Taśma tylna” zaczyna się na piątej kości śródstopia, a kończy się na czubku głowy i ona odpowiada za regenerację zawodnika. Jeżeli gdzieś tam są zerwania, naderwania czy zesztywnienia włókien, to piłkarz po prostu nie jest zregenerowany. Wtedy jest narażony na wystąpienie urazów i kontuzji tej partii mięśni. Trzeba też zawsze patrzeć, co z takimi zawodnikami zostało zrobione.

Raków Częstochowa teraz pierwszy raz gra w fazie grupowej, któregoś z pucharów, ale nie było to pierwsze podejście do eliminacji europejskich pucharów. We dwóch wcześniejszych sezonach grali w kwalifikacjach. Powinny być z tamtych prób wyciągnięte jakieś wnioski. Patrząc na liczbę tych urazów można zacząć się zastanawiać czy w istocie, ktoś je wyciągnął. Trener przygotowania fizycznego czy trenerzy ze sztabu powinni to zrobić. Nie będąc przy drużynie i nie znając wyników badań zawodników trudno jest to jednoznacznie stwierdzić, bo nie ma wiem, co dokładnie było robione. Niemniej jednak urazy „tylnej taśmy” i mięśni przywodziciela wychodzą z aspektu regeneracyjnego i zmęczeniowego. To może mieć wielkie znaczenie.

Koncentrujemy się trochę na Rakowie, ale w niemal takiej samej sytuacji jest Legia Warszawa. W ostatniej kolejce z Jagiellonią (1:2) trener Kosa Runajić dał trochę odpocząć Josue i Bartoszowi Sliszowi, bo weszli oni na boisko z ławki w drugiej połowie. W Białymstoku nie zagrał zupełnie Yuri Ribeiro, a na mecz nie pojechał Paweł Wszołek, który był przeziębiony. Legia przegrała, ale kilku zawodników odpoczęło. W Rakowie z podstawowych graczy z Radomiakiem (3:0) odpoczął w zasadzie tylko Giannis Papanikolaou. Mistrzowie Polski swój mecz jednak wygrali.

W Legii Warszawa jednym z członków sztabu szkoleniowego jest Dawid Goliński, który jest naprawdę bardzo ciekawym trenerem przygotowania fizycznego. On opiera się na takiej głębokiej wiedzy na temat aspektów biegowych i biomechaniki. Ma bardzo dobre podejście, jeżeli chodzi o układanie pracy treningowej. Polecam zwrócić na niego uwagę. Dawid zebrał duże doświadczenie w różnych klubach sportowych pod okiem różnych trenerów. Widzę, że ten chłopak potrafi wyciągać wnioski. Ten aspekt wystawiania danych zawodników do gry lub dawania im odpoczynku jest bardzo ważny i duża w tym rola trenera Kosty Runjaica, który potrafi korzystać z wiedzy sztabu. Rotowanie kadrą i minutami występów piłkarzy jest dla Legii i Rakowa kluczowe. Najlepsi gracze na świecie jak Messi, Ronaldo czy swego czasu Ibrahimović, czy nasz Robert Lewandowski byli w swoich zespołach obudowywani zawodnikami, którzy pracowali na nich. Dzięki temu te centralne i fundamentalne postaci miały możliwość odpoczywania nawet na boisku lub po prostu byli oni zmieniani lub wchodzili z ławki albo po prostu nie grali i odpuszczali pewne mecze. Nie było tak, że zawsze wszystko grali. Od czasu do czasu ktoś musi dać im mniejsze obciążenia. To jest coś absolutnie normalnego.

Dawid Goliński – trener przygotowania fizycznego Legii.

W opinii publicznej często padają słowa, że Legia i Raków przez grę w europejskich pucharach nie będą faworytami w walce o mistrzostwo Polski, bo nie da się tego skutecznie pogodzić. Lech i Pogoń nie rozegrają tak wielu meczów, przez co w teorii będą miały łatwiej, żeby powalczyć o tytuł. Zgadza się pan z taką opinią? Dodam tylko, że trener Szwarga mówił, że jego zespół rozegra 34 mecze w rundzie jesiennej, a więc tyle, ile większość naszych klubów rozegra przez cały sezon, grając tylko w lidze.

Uważam, że robienie z Lecha i Pogoni faworytów w walce o mistrzostwo Polski tylko z tego powodu, że Legia i Raków grają w europejskich pucharach, jest uproszczeniem. W Warszawie i Częstochowie muszą tylko bardziej koncentrować się na odpowiednim stymulowaniu zawodników, którzy grają mniej. Trzeba dawać im szanse i odpowiednio nimi rotować. Uśrednianie liczby rozegranych minut wszystkich piłkarzy w kadrach Rakowa i Legii może im tylko pomóc. Mówienie o tych 34 meczach jesienią i podkreślanie tego nie jest do końca trafne. Legia i Raków przy odpowiednio zbudowanej kadrze oraz właściwej pracy sztabów szkoleniowych, będą w stanie skutecznie rywalizować na dwóch frontach. Podkreślam, kluczem jest rotacja i utrzymywanie poprzez to jak największej liczby zawodników w formie startowej. Liczba rozegranych meczów nie powinna być tutaj żadnym wytłumaczeniem. Mówienie o tym już teraz jest wspaniałym „dupochronem” i ucieczką od odpowiedzialności lub budowaniem wagi osiągniętego przez zespól wyniku w sztuczny sposób.

Ważnym elementem regeneracji jest sen. Kapitan Rakowa Zoran Arsenić mówił, że jak rozgrywają mecz o 20.00, to czasami zdarza mu się zasnąć dopiero o 4 lub 5 nad ranem. Z uwagi na nerwy czy emocje to jest chyba normalna reakcja?

Absolutnie normalna sprawa. Rzadko o takich tematach się w ogóle mówi. Patrzymy na piękną otoczkę – transmisje telewizyjne i stadiony. To co powiedział Zoran jest całkowitą prawdą. Są zawodnicy, którzy po dużej dawce emocji, nerwów i adrenaliny w meczach mają problemy z tym, żeby zasnąć ze względu na to co się skumulowało w ich organizmach. Spójrzmy na to ilu piłkarzy po karierze ma problemy z hazardem i kończą jako alkoholicy. Zawodowi sportowcy są uzależnieni od skoków adrenaliny. Wielu sportowców zmaga się również z depresją. Znamy takie przypadki. Rzadko mówimy o tym, że piłkarz też jest człowiekiem i ma swoje emocje czy stres. W tenisie jest taki trener, który mówi, że jak ktoś zarabia 20 mln dolarów rocznie, to nie powinien się niczym stresować. Sorry, ale to pieprzenie bzdur. Zdrowia psychicznego, kiedy szwankuje pieniędzmi nie kupisz lub nie zamaskujesz. Czasami jest prościej wykładać towar w jakimś dyskoncie czy nawet być lekarzem niż wyjść na boisko i dźwignąć stres związany z meczem na wysokim poziomie. Każdy zawód stresogenny może powodować u człowieka różnego rodzaju reakcje emocjonalne. Jak patrzymy na to w ten sposób, to słowa Arsenicia o zasypianiu już inaczej ważą. Każdy piłkarz mający takie problemy ze snem powinien porozmawiać na ten temat ze swoim lekarzem klubowym lub psychologiem sportowym. Zawodnicy muszą szukać pomocy w takich sprawach, bo jakość snu naprawdę może wpływać na poziom regeneracji. Piłkarze nie powinni mieć w tym aspekcie żadnego wstydu i powinni sięgnąć po taką pomoc. Czy tak się dzieje? W wielu przypadkach niestety nie.

Super, że Zoran coś takiego powiedział, ale niech mówi o tym w rozmowach ze specjalistami. Nie trzeba tego mówić w mediach. Uważam, że przez takie słowa może mu przejść koło nosa ciekawy i wysoki kontrakt w jakimś dobrym klubie. Na Zachodzie przed transferem analizowane jest wszystko. Wypowiedzi piłkarzy również. Tam są osoby specjalne delegowane do takich tematów. Jak ktoś przeczyta takie słowa zawodnika, że przy graniu co trzy dni on się nie wysypia i doda do tego jakąś kontuzję, to szanse na transfer do lepszego klubu spadają.

Trener przygotowania fizycznego Rakowa – Michał Garnys i pierwszy trener mistrzów Polski – Dawid Szwarga.

Złe przygotowanie fizyczne w naszej piłce to jest najczęściej podnoszony argument przy złych wynikach?

Tak. To jest taki wytrych na wszystko. To też czasem sposób na zwolnienie głównego trenera. Trenerzy przygotowania w Polsce naprawdę wiedzą, co robią na tyle ile potrafią. Największym problem w przygotowaniu fizycznym pod piłkę nożną jest tzw. „jedność”. Sztab szkoleniowy w klubie musi mówić jednym językiem. Jeżeli trener Szwarga mówi, że granie co trzy dni jest inną dyscypliną sportu, to ja rozumiem, że to jest nie tylko jego zdanie, ale również głos całego sztabu szkoleniowego Rakowa. Tak samo w Legii. Czego nie powie trener Runjaić, to będzie głos całego sztabu. Pierwszy trener zawsze zbiera dane i zdania od swoich asystentów.

Dużo też zależy od podejścia do pracy zawodników. Czytałem wywiad z Adamem Matyskiem o tym, że w czasach jego gry w europejskich pucharach w Bayerze Leverkusen on widział swoje dzieci w zasadzie dwa razy w tygodniu. W niedzielę popołudniu po treningu regeneracyjnym i w poniedziałek, jak odwoził je do szkoły lub przedszkola. Granie co trzy dni to jest reżim i kierat. To jest prawda. Ciężki kawałek chleba, ale piłkarze muszą się słuchać trenerów. Tak więc dobre przygotowanie fizyczne nie leży tylko po stronie sztabów szkoleniowych, ale również po stronie zawodników. Ich podejście i świadomość jest kluczowe.

Trener Szwarga powiedział też, że nasze kluby powinny wymieniać się doświadczeniami na temat tego jak przygotowują zespoły do gry w meczach fazy grupowej i później w lidze. W przyszłości może to wpłynąć na lepszą grę w Europie wszystkich naszych klubów i poprawić miejsce w rankingu UEFA naszej ligi. Wszyscy w pewien sposób na tym skorzystają.

Petarda! Mega podejście, bo wymiana wiedzy między trenerami cały czas powinna mieć miejsce. Pewnie po naszej rozmowie, ktoś ubierze mój wywiad w to, że komuś „obrabiam dupę” albo że źle wypowiedziałem się na temat jakiegoś trenera, bo go skrytykowałem. Nie daj Boże, żebym jeszcze napędził hejt. W środowisku trenerskim mamy problem, żeby przyjąć konstruktywną krytykę. Trudno przyjąć od kogoś informację i wskazanie palcem na temat tego, że u ciebie w pracy coś może być źle robione. Trenerzy z różnych klubów nie rozmawiają ze sobą w ten sposób i dlatego się nie rozwijamy. Jest brak wymiany wiedzy, poglądów i obserwacji. Mamy oczy otwarte tylko w jednym kierunku. Ciężko jest człowiekowi spojrzeć na samego siebie w sposób konstruktywnie krytyczny. Siebie jest trudno ocenić.

Wiele lat temu wiceprezes Legii Tomasz Zahorski dostał ode mnie propozycję stworzenia stanowiska, które powinno być w każdym klubie – oficer rozwoju. To powinien być człowiek, który miałby trochę kompetencję dyrektora sportowego, ale nie do końca. Powinien to być jeden z trenerów, który obserwuje to, co jest robione w procesie treningowym i jak jest robione, a na samym końcu powinien on robić szkolenie wewnętrzne dla trenerów, żeby nie zwracać im uwagi, ale żeby kierować ich w stronę samokształcenia i poprawy elementów własnego warsztatu, eliminować niedoskonałości w pracy i pozwalać też na wymianę opinii czy doświadczeń na przykład ze sztabami innych drużyn w klubie.

U nas mamy kursokonferencje szkoleniowe, na których facet wychodzi na półtorej godziny i przez ten czas tylko gada. Dostaje za to dobre wynagrodzenie, ale nie wywołuje dyskusji, on jest po to by „wgrać” aplikację treningową jakiemuś trenerowi i skasować kasę. Zamiast tego zróbmy panele dyskusyjne i szkoleniowe dla trenerów różnych specjalności z różnych klubów. To byłoby dużo lepsze w kontekście rozwoju kadr i poszczególnych trenerów. Absolutnie zgadzam się tutaj z trenerem Szwargą, jeżeli to miał na myśli. Jeżeli jednak będzie chciał być po prostu prelegentem, to uważam że to strata czasu. Każda kadra zawodnicza, każdy zawodnik po każdym okresie przygotowawczym czy sezonie transformuje i naszą rolą jest spojrzeć na ten proces indywidualnie i uszyć garnitur na ten czas. Wiedzą trzeba się wymieniać i współpracować pod tym kątem, żeby rozwijać naszą piłkę klubową. Muszą być jednak chętni ludzie, którzy będą się chcieli dzielić swoją wiedzą, ale również tacy, którzy będą chcieli słuchać. Największą lekcją dla środowiska szkoleniowego w Polsce powinno być to, żeby nie bać się mówić i nie bać słuchać. Wtedy trzeba będzie tylko usłyszeć. To jest absolutnie kluczowe.

Rozmawiał MACIEJ WĄSOWSKI

 

WIĘCEJ O RAKOWIE I LEGII:

Fot. Newspix, 400mm.pl

Rocznik 1987. Urodził się tego samego dnia, co Alessandro Del Piero tylko 13 lat później. Zaczynał w tygodniku „Linia Otwocka”, gdzie wnikliwie opisywał m.in. drugoligowe losy OKS Start Otwock pod rządami Dariusza Dźwigały. Od lutego 2011 roku do grudnia 2021 pracował w „Przeglądzie Sportowym”, gdzie zajmował się głównie polską piłką ligową. Lubi pogrzebać przy kontrowersjach sędziowskich, jak również przy sprawach proceduralnych i związkowych. Fan spotkań niższych klas rozgrywkowych, gdzie kibicuje warszawskiemu PKS Radość (obecnie liga okręgowa). Absolwent XXV LO im. Józefa Wybickiego w Warszawie i Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Antoni Figlewicz
0
Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Ekstraklasa

Niemcy

Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Antoni Figlewicz
0
Kompany w Bayernie? Hoeness: Po co, skoro mam De Ligta i Diera?

Komentarze

11 komentarzy

Loading...