Reklama

Czy robienie z Filipa Marchwińskiego napastnika ma sens?

Damian Smyk

Autor:Damian Smyk

27 lipca 2023, 13:46 • 7 min czytania 26 komentarzy

Dwa gole strzelone Piastowi Gliwice i dobra forma strzelecka w tym sezonie pozwala pytać, czy Filip Marchwiński może grać w ataku. Potrafi dobrze uderzać głową, ma niezłe warunki fizyczne, wciąż jest piłkarzem z kategorii wiekowej pod tytułem „można go jeszcze ulepić pod konkretną pozycję”. Pytanie jest jednak takie – czy to w ogóle ma sens?

Czy robienie z Filipa Marchwińskiego napastnika ma sens?

W tym roku Marchwiński jest skuteczny jak typowy snajper, do którego przylgnęła łatka „dostawiacza szufli”.

  • 30 oddanych strzałów
  • 13 z nich było celnych
  • 9 uderzeń zakończyło się golem

Generalnie statystyki pokazują, że jeśli piłka po strzale wychowanka leci w bramkę, to w 2023 roku poznańscy kibice mogą już podnosić się z krzesełek i świętować strzelenie gola. Poza tym mówimy o trafieniach, które sporo ważyły – po bramkach w obu meczach z Djurgarden, bramka wyrównująca z Miedzią, bramka wyrównująca z Widzewem, otwarcie wyniku z Rakowem, teraz dwupak przesądzający o triumfie w Gliwicach.

Marchwiński w ostatnich miesiącach był po prostu killerem w polu karnym rywali. Widać było, że jest sukcesywnie budowany minutami przez Johna van den Broma, że zyskuje pewność siebie. Natomiast pojawiły się tezy, że skoro tak dobrze idzie mu wykańczanie akcji, to może warto rozważyć przekwalifikowanie go z ofensywnej pomocnika na napastnika?

Reklama

Wszak Marchwiński właściwie od samej swojej przygody z seniorską drużyną Kolejorza był rzucany po pozycjach. Jego domyślną rolą była „dziesiątka” i jako ten ofensywny pomocnik biegał po boisku najczęściej. Ale widzieliśmy go też na obu skrzydłach (częściej na lewym, z którego mógł ścinać z piłką do środka pola), wystawiany był też czasem jako jeden z dwóch środkowych pomocników w formacji 1-4-2-3-1, ale i sporadycznie właśnie jako napastnik.

Taka wszechstronność Marchwińskiego powoduje, że temat „ty, a może go tak na dziewiątkę…” wraca po każdym strzelonym przez niego golu. Trzeba jednak zadać sobie pytanie – czy to w ogóle ma sens?

Z perspektywy Lecha – nie ma sensu

Tempo powrotu do zdrowia Mikaela Ishaka zaskoczyło wszystkich w klubie z Bułgarskiej. Wydawało się, że komplikacje po boreliozie wyłączą Szweda z całych przygotowań do sezonu i poważnie utrudnią sytuację w ataku lechitów. Niełatwe negocjacje kontraktowe przebiegały z Arturem Sobiechem, który nie przyjął pierwszej oferty Kolejorza, ale ostatecznie obie strony doszły do porozumienia i doświadczony napastnik przedłużył umowę. Ponadto błyskawicznie i bez żadnych komplikacji przeszła rehabilitacja Filipa Szymczaka po zabiegu kolana.

Każdy z nich jest do gry, choć są na różnym etapie przygotowań do sezonu. Ale choć van den Brom może narzekać na szerokość kadry przy obsadzie środka obrony, pewnie przydałby mu się jeszcze środkowy pomocnik, to w ataku ma po prostu komfort. Może nie tak duży, jak chociażby Legia, aczkolwiek to nie jest sytuacja, przy której Holender mógłby załamywać ręce.

SUPER PROMOCJA W FUKSIARZ.PL! MOŻESZ ODEBRAĆ 100% DO 300 ZŁ

A zwracamy na to uwagę dlatego, że najczęściej zmiany pozycji są wywołane brakami kadrowymi. To przecież w Lechu nie tak dawno przesuwano do środka obrony Barry’ego Douglasa czy Alana Czerwińskiego. Wobec tego należy się zastanowić – czy przesunięcie Marchwińskiego na pozycję napastnika jest konieczne? Niezupełnie. Zwłaszcza wobec tego, że – nawet jeśli założymy scenariusz, że Ishak nie będzie grał co trzy-cztery dni po 90 minut – to przesuwanie Marchwińskiego na dziewiątkę blokowałoby Szymczaka. Wiemy, że Szymczak występował już na skrzydle, ale tam z kolei Kolejorz ma obecnie czterech zawodników oraz młodego Filipa Wilaka.

Reklama

Manewry pozycjami nie mają zatem większego sensu pod kątem wykorzystania puli minut dla młodych. Ale można zapytać – czy mają sens strategiczny? Tutaj musimy rozwikłać kwestię tego, czy Marchwiński w ataku da więcej niż Ishak, Szymczak i Sobiech? A jeśli tak, to czy przesunięcie go wyżej nie osłabia na tyle pozycji ofensywnego pomocnika i nie zaburza relacji minut między Marchwińskim i Afonso Sousą?

Poza tym skoro Marchwiński w ostatnim czasie najmocniej rozwinął się jako ofensywny pomocnik oraz właśnie jako „dziesiątka” dostarcza najwięcej jakości, to… po co to zmieniać? Zwłaszcza, że akurat w taktyce van den Broma ofensywny pomocnik często wchodzi w pole karne w drugie tempo. Holender zachęca do tego też Marchwińskiego. Rozgrywającymi są środkowi pomocnicy, wąsko do rozegrania schodzą też boczni obrońcy (w Lechu zwłaszcza Joel Pereira), przez to „dziesiątka” jest często wypychana wyżej. Weźmy takiego Guusa Tila, który grał na tej pozycji w AZ Alkmaar. To właśnie za kadencji van den Broma ten grający jako ofensywny pomocnik Til strzelił 28 goli i zaliczył 11 asyst w 94 spotkaniach.

Z perspektywy Marchwińskiego – ma sens częściowy

Piłkarski truizm głosi, że jeśli jesteś od wszystkiego, to jesteś do niczego. Piłkarskie zapchajdziury lądują na ławce i podnoszą się z niej tylko, gdy wypada gość z wyjściowej jedenastki. Druga strona tego medalu jest jednak taka, że futbol skręca w stronę wielopozycyjności i uniwersalności. Cenieni są zawodnicy, którzy mogą zagrać na dwóch lub więcej pozycjach – zwłaszcza przy wąskich kadrach, gdy trener musi przesuwać piłkarzy po boisku według potrzeby.

Poza tym występy na kilku pozycjach pozwalają lepiej zrozumieć zachowania kolegów z boiska i rywali. Skrzydłowy przesunięty na bok obrony może nie będzie bronił tak dobrze, jak nominalny boczny defensor, ale jest w stanie wczuć się w rolę skrzydłowego, który chce go kiwnąć. „Jak poszedłbym na zamach, a później do środka” – analizuje i może nie dać się nabrać na jeden z najstarszych zwodów świata. Z kolei napastnik przesunięty do środka pola może lepiej rozumieć to, jakie piłki chce dostawać snajper i stara się właśnie takie podania słać do kolegi.

Marchwiński co do zasady zatem nie powinien stracić na wystawianiu go w ataku. Po prostu byłby zawodnikiem mądrzejszym oraz wszechstronniejszym. Lechowi też pewnie łatwiej byłoby sprzedać ofensywnego pomocnika, który może grać również w ataku, niż piłkarza ograniczonego tylko do jednej roli na boisku.

Z perspektywy polskiej piłki – ciekawa sprawa

Patrząc na reprezentację Polski oraz na kadry młodzieżowe, co jakiś czas zastanawiamy się – kto zaraz będzie schodził ze sceny i czy mamy kogoś, kto na tyle dobrze rokuje, by wskoczyć w jego buty. Patrzymy w ataku na Roberta Lewandowskiego i myślimy – co będzie po nim. Jest Milik (rocznik 1994), dalej młodsi – Karol Świderski czy Adam Buksa, wyczekujemy odbicia się od dna Krzysztofa Piątka, obserwujemy jak idzie w Niemczech Dawidowi Kownackiemu.

Ale mówimy tu o wymianie pokoleniowej w perspektywie trzech, czterech kolejnych lat. Co dalej? Jak wygląda sytuacja w ataku?

Generalnie – coś tu się może urodzić. Zawęziliśmy filtr do roczników 2000 i młodszych, by zobaczyć którzy polscy napastnicy zaczynają przebijać się w seniorskiej piłce. I oto efekty:

  • Adrian Benedyczak (Parma)
  • Bartosz Białek (Wolfsburg, wypożyczony do Eupen)
  • Szymon Włodarczyk (Sturm Graz)
  • Filip Szymczak (Lech Poznań)
  • Maciej Rosołek (Legia Warszawa)
  • Aleksander Buksa (Genoa, wypożyczony do WSG Tirol)
  • Karol Czubak (Arka Gdynia)

I dalej cały zastęp piłkarzy drugiego szeregu – Majchrzak, Sezonienko, Kirejczyk, Kowalski, Bida, Zjawiński, Szwedzik, Adamski.

Pewnie jeszcze nie tak dawno myślelibyśmy o tym, że trzeba liczyć w tej układance na Białka. Wystrzelił w Ekstraklasie, wyjechał, zebrał trochę minut w Bundeslidze. Ale nie ma chłopak zdrowia i kolejny raz mocno komplikuje jego karierę. Benedyczak? Czternaście goli na poziomie Serie B, gol w play-offach o awans, powolne kroczki naprzód. Jest perspektywa, to na pewno. Zobaczymy jak pójdzie Włodarczykowi w Austrii, bo Sturm słynie ostatnio z produkcji napastników. Rosołek ograny na poziomie Ekstraklasy, ale czekamy na kolejny krok. Podobnie z Szymczakiem. Czubakowi dobrze zrobiłby awans do Ekstraklasy. Buksa? Niech zacznie regularnie grać.

Są promyczki nadziei, ale nie ma w tej układance zdecydowanego lidera, przy którym powiedzielibyśmy „nie ma co go porównywać do Lewandowskiego, ale mógłby być nowym Milikiem”. W przypadku Marchwińskiego przesuniętego piętro wyżej tez nie będziemy rzucać takimi określeniami, bo mówimy jednak o zawodniku, który nie został jeszcze zweryfikowany przez ligi zachodnie.

Ale Marchwiński ma kapitał w postaci gier w Lechu. Blisko setka meczów w Ekstraklasie, 24 spotkania w eliminacjach pucharów i samych pucharach. Z jednej strony – takiego napastnika młodego pokolenia nie mamy. Ale z drugiej – nie mamy też tak wielu ofensywnych pomocników z takim doświadczeniem w tym wieku.

Skoro działa, to po co zmieniać?

Puenta jest zatem taka, by nie robić z Marchwińskiego napastnika na siłę. Jeśli stosunkowo młody pomocnik będzie zaliczał dużo odbiorów, to przecież nikt o zdrowych zmysłach nie krzyknie „dawaj go, pan, na obronę!”. Podobnie ze stoperem, który nieźle wyprowadza piłkę – robienie z niego rozgrywającego może się nie udać. Oczywiście historia zna świetne ruchy ze zmianą pozycji: przekwalifikowanie Piszczka z napastnika na bocznego obrońcę, podobnie z Bereszyńskim.

Ale skoro to działa w obecnym układzie, to po co ruszać? Marchwiński przecież może rozwijać się jako ofensywny pomocnik, który na dodatek dobrze gra głową i ma naturalną czutkę do odnajdywania się w polu karnym.

CZYTAJ WIĘCEJ O POLSKICH PUCHAROWICZACH:

Pochodzi z Poznania, choć nie z samego. Prowadzący audycję "Stacja Poznań". Lubujący się w tekstach analitycznych, problemowych. Sercem najbliżej mu rodzimej Ekstraklasie. Dwupunktowiec.

Rozwiń

Najnowsze

1 liga

Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Szymon Piórek
0
Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Ekstraklasa

1 liga

Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Szymon Piórek
0
Misiura: Na Ekstraklasę byłem gotowy już w 2020 roku

Komentarze

26 komentarzy

Loading...