Kolejny smutny mecz Śląska we Wrocławiu. Ale z happy endem

redakcja

Autor:redakcja

18 lutego 2017, 21:25 • 3 min czytania

Reklama
Kolejny smutny mecz Śląska we Wrocławiu. Ale z happy endem

Świadkami strasznego nieporozumienia byliśmy dziś we Wrocławiu. Mecz Śląska z Wisłą próbowano nam sprzedać jako pojedynek hiszpańskiej myśli szkoleniowej. No bo wiadomo – z jednej strony Kiko Ramirez, z drugiej Jan Urban, który przygodę z trenerką zaczynał w Osasunie. Tymczasem na boisku zobaczyliśmy tak typowo polskie (typowo ekstraklasowe) spotkanie, że krok dalej jest już chyba tylko starcie Łęcznej z Podbeskidziem, mecz symbol ligowej padaki. Napisalibyśmy, że to nie była paella, tylko bigos, że zamiast chorizo dostaliśmy kaszankę i że ktoś pomylił sangrię z antałem, ale nie chcemy obrazić bigosu, kaszanki, a nawet antała. Cholernie ciężkostrawny mecz. 

Po prostu kopanina, co dziwi nas szczególnie w przypadku Wisły Kraków, bo byliśmy całkiem niezłej myśli po pierwszym spotkaniu z Koroną. Ale wiecie jak to bywa – gdy głównym rozgrywającym jest chaos, to choćby przez przypadek do kilku sytuacji bramkowych musi dojść. I tak: swoją szansę znów miał Kamil Biliński, który z bliska nie trafił w bramkę Załuski, dwa razy trochę refleksu zabrakło w polu karnymi Brlekowi, a po stałym fragmencie gry minimalnie pomylił się Madej. I w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o pierwszą połowę.

Żeby nie było, że tylko narzekamy jak baby na targu, musimy napisać, że podobał nam dziś Łukasz Madej, co jest o tyle istotne, że nie pamiętamy kiedy po raz ostatni mieliśmy okazję podzielić się taką refleksją. Niemal na pewno pierwsza rocznica takiego wydarzenia za nami, bo przecież pamiętamy, że wiosną ligowy wyjadacz mocno przyczynił się do spadku Górnika, a jesienią zawodził w Śląsku (bez gola i asysty w ciągu rundy). Przesunięcie do środka pola może dać mu jeszcze jedną młodość, bo już w Płocku widać było przebłyski. Dziś gracz meczu.

Tym bardziej, że zrobił akcję, po której zobaczyliśmy jedynego gola. A w niej w końcu pojawił się też hiszpański element na wysokim poziomie, a mianowicie wykończenie Joana Romana, który wykorzystał wrzutkę Madeja i strącenie piłki przez Bilińskiego. Później mógł strzelić jeszcze jedną bramkę, ale zatrzymał go Załuska.

Reklama

Śląsk wyszedł na prowadzenie w 77. minucie. Wisła nie bardzo miała pomysł na to, jak wyrównać w końcówce. Najlepsze okazje Biała Gwiazda miał wcześniej, głównie za sprawą Małeckiego. Mamy problem z oceną skrzydłowego. Z jednej strony na pewno mu się chciało i sporo jak ten mecz mu też wychodziło, a z drugiej – powinien być skuteczniejszy. Szczególnie w sytuacji, w której potraktował Dankowskiego jak manekina i po indywidualnej akcji stanął oko w oko z Pawełkiem. Przestrzelił minimalnie.

Cóż, coraz bardziej oswajamy się z myślą, że Śląsk do końca rundy będzie grał taką piłkę – raz wyjdzie tak jak dziś, a raz nie. Tylko w takim układzie nie bardzo wiemy, po co była ta zmiana trenera, bo Urban raczej nie miał być kontynuatorem pracy Rumaka.

aaqdzkX

Najnowsze

Ekstraklasa

Uff, kamień z serca spadł w Białymstoku. Jaga jeszcze gra w piłkę

Paweł Paczul
17
Uff, kamień z serca spadł w Białymstoku. Jaga jeszcze gra w piłkę

Ekstraklasa

Ekstraklasa

Uff, kamień z serca spadł w Białymstoku. Jaga jeszcze gra w piłkę

Paweł Paczul
17
Uff, kamień z serca spadł w Białymstoku. Jaga jeszcze gra w piłkę
Ekstraklasa

Nudna i słaba Ekstraklasa? Ten sezon to emocje, ale też jakość [KOMENTARZ]

Jakub Radomski
41
Nudna i słaba Ekstraklasa? Ten sezon to emocje, ale też jakość [KOMENTARZ]