Do tej pory na Wyspach największym transferem z myślą o nowym sezonie było zakontraktowanie Memphisa Depaya przez Manchester United. Trochę czasu zajęło więc tamtejszym klubom wykonanie ruchu, który byłby równie szeroko komentowany, ale w końcu do niego dojdzie, dogranie szczegółów wydaje być jedynie formalnością. Petr Cech opróżni swoją szafkę na Stamford Bridge i pół godziny później będzie mógł wyładować swoje klamoty w innej części miasta. Jego nowym miejscem pracy będzie Emirates Stadium. To nic, że mowa o zawodniku, który w zeszłym sezonie pełnił jedynie rolę rezerwowego. Ciężar gatunkowy transakcji i tak jest spory.

Cech w Arsenalu. Szczęsny powinien wziąć przykład z Fabiańskiego

Rzecz jasna nie aż tak wielki jak wtedy, gdy w 2006 roku Ashley Cole w niesławie i niejasnych okolicznościach odchodził do ekipy rywala zza miedzy. Tamten transfer spowodował, że londyńskie kluby znalazły się niemal w stanie wojny. Tym razem jest nieco spokojniej, co oczywiście nie oznacza, że brakuje emocji.

Przypomnijcie sobie, ile razy Jose Mourinho zależało na tym, by piłkarze, których on i tak nie widzi w swojej drużynie, nie wzmacniali szeregów lokalnych rywali? No właśnie. Gdy Arsenal stawał w kolejce po przykładowego Dembę Ba – snajpera, który w Chelsea grywałby zapewne tylko w Pucharze Ligi – portugalski menedżer jasno dawał do zrozumienia, że Senegalczyk nie ma co liczyć na pozostanie w Londynie w barwach innego klubu. Rezultat wszyscy znamy. Ba wyjechał do dalekiej Turcji, choć nikt nie miał wątpliwości, że to piłkarz odpowiedni na poziom Premier League.

W przypadku Cecha było podobnie – powiedzieć, że Mourinho nie uśmiechał się wybór czeskiego bramkarza, to niedopowiedzenie. John Terry powiedział nawet, że Cech w bramce może zapewnić piętnaście punktów więcej w ligowej tabeli na przestrzeni całego sezonu. To o trzy więcej niż przewaga Chelsea nad Arsenalem w tabeli na końcu minionych rozgrywek. Nawet jeśli obrońca trochę przesadził, menedżer The Blues na pewno dokonywał podobnych obliczeń. Znając ich rezultat, miał sugerować Cechowi, by ten uważnie przyjrzał się zainteresowaniu ze strony PSG. Negocjacje z francuską drużyną zapewne nie potrwałby długo. Jednak bramkarz – głównie ze względów rodzinnych – uparł się na pozostanie w Londynie.

W takiej sytuacji Chelsea nie pozostało nic innego, jak wyciągnąć od lokalnego rywala jak najwięcej szmalu. Angielskie media są dość zgodne, że do wyjściowych siedmiu milionów funtów, które zaproponował Arsenal i które były kwotą dość rozsądną, udało się dołożyć jeszcze cztery bańki…

Dla nas transfer Cecha jest istotny jeszcze z jednego powodu. Wojciech Szczęsny. Jeśli ktoś miał nadzieję, że w nowym sezonie polski bramkarz podejmie rywalizację z Ospiną i udowodni niedowiarkom, że zasługuje na bluzę z numerem jeden w poważnym klubie, to… sytuacja „trochę” się komplikuje. Spójrzmy prawdzie w oczy.

Po pierwsze: na Emirates przychodzi bramkarz, którego renomę nawet ciężko porównywać do tej, którą posiada zarówno Polak, jak i Kolumbijczyk.

Po drugie: na Emirates przychodzi bramkarz, który jest głodny gry. Cech chce być numerem jeden. Gdyby zadowalało go siedzenie na ławce, to zapewne do końca kariery nie opuszczałby wygrzanego w poprzednim sezonie miejsca na Stamford Bridge. Przebierając w ofertach, musiał zakładać, że droga między słupki w Arsenalu nie jest szczególnie wyboista. Zapewne sam Wenger również go w tym przekonaniu utwierdził.

Po trzecie: na Emirates przychodzi bramkarz, za którego wyłożono kupę forsy. Ile w całej najnowszej historii futbolu mieliśmy przypadków, w których za golkipera płacono więcej niż dziesięć baniek? Sześć? A jeśli chodzi bramkarzy w takim wieku, to Cech z pewnością jest rekordzistą.

Po czwarte: na Emirates przychodzi bramkarz doświadczony (33 lata), ale przed nim wciąż kilka sezonów grania na najwyższym poziomie. „Przeczekanie” to w tym przypadku nie najlepsza taktyka.

Po piąte: angielska prasa donosi, że na Emirates przychodzi nie tylko bramkarz, ale również trener bramkarzy Chelsea, Christophe Lollichon. Obaj pracowali razem jeszcze we francuskim Stade Rennais. Łącznie stanowią duet od 13 lat…

Podsumowując, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Szczęsny szanse na grę będzie dostawał co najwyżej w krajowych pucharach, i to tylko jeśli odejdzie David Ospina. Łudzenie się, że Polak nagle przekona się do siebie Wengera, to skrajnie naiwne założenie. Co powinien zrobić w takiej sytuacji bramkarz? Jak dla nas sprawa jest jednoznaczna – odejść, nawet do słabszego klubu, który nie zagwarantuje mu tak wypasionej tygodniówki.

Przykład Łukasza Fabiańśkiego pokazuje, że czasami warto zrobić krok wstecz. Bramkarz Swansea może dziś jedynie żałować, że nie wykonał go wcześniej. Szczęsny, bogatszy o doświadczenie kolegi z reprezentacji, ma szansę nie powielić tego błędu.