Ta kolejka eliminacji do Euro 2016 to prawdziwa kopalnia meczów z podtekstami. Ledwo przycichły komentarze po bardzo gorącym starciu Chorwatów z Bułgarami, a już dostaliśmy dwupak – Polaków w boju z odwiecznymi rywalami z Niemiec oraz pełen obustronnej nienawiści mecz Rumunii z Węgrami. Nie wszyscy zdążyli się zapoznać z wojennymi relacjami z Bukaresztu, a już otrzymujemy kolejne spotkanie oplątane historiami napisanymi z dala od boisk.

Piłkarska wojna? W tym wypadku lepiej uważać na słowa

Do Serbii przyjeżdża zespół Albanii i określenie tego meczu mianem „piłkarskiej wojny” byłoby pewnie dość prawdziwe, ale… raczej nie na miejscu. Od pogromu marcowego minęło ledwo dziesięć lat. Bombardowania NATO w wyniku albańsko-serbskich walk o Kosowo to nie dawno zabliźnione rany, ale wciąż żywe wspomnienia młodych ludzi. Wojnę pamiętają tutaj nie pradziadkowie obecnych zawodników – jak choćby w Polsce – ale sami zawodnicy. Spory dotyczące terytorium to nie marzenia części nacjonalistów o przyłączeniu do Polski Wilna i Lwowa, czy wciąż żywe pretensje Węgrów do Siedmiogrodu, ale wciąż aktualna polityka, sprawy z ostatnich kilku lat, wciąż dyskutowane, wciąż kontrowersyjne i bez jakiegokolwiek konsensusu.

Bez szans na rozejm. Bez szans na przyjacielskie gesty. Bez szans na normalność. Zamknięty podczas dzisiejszego spotkania sektor gości będzie dość jasno symbolizował aktualne stosunki między oboma państwami. Nawet jeśli wojna oficjalnie już się zakończyła…

Pierwszy gwizdek? 28 czerwca 1389

Opowiadanie o tej wciąż żywej, wciąż kontrowersyjnej i bardzo różnie ocenianej przez świat krainie, trzeba zacząć od starcia, które uwarunkowało losy Kosowa, a przez to również Serbii i Albanii, na kolejne siedemset lat. 28 czerwca 1389 roku na Kosowym Polu, nad Żytnicą, rozegrała się pierwsza krwawa bitwa o tereny, które do dziś są przedmiotem walk – aktualnie na szczęście tylko politycznych, ale ta bomba tylko czeka na iskrę, która podpali lont. W końcówce czternastego wieku Serbowie i Bośniacy pod wodzą księcia Lazara Hrebrenovicia stanęli naprzeciw Imperium Osmańskiego, broniąc Kosowa przed napływem muzułmańskiej ludności.

Wynik bitwy? Historycy są zgodni co do ogromnych strat z obu stron oraz politycznych konsekwencji tej walki. Serbowie utrzymali niepodległość, ale stracili kontrolę nad Kosowem. To właśnie wtedy rozpoczął się proces, którego finisz oglądaliśmy w 2008 roku, gdy albańska ludność zamieszkała na tych terenach ogłosiła niepodległość. Od końca XIV wieku do Kosowa napływali bowiem muzułmanie z głębi Imperium, przeganiając na północ kontrolujących ten teren i uznających go za „kolebką swojej państwowości” Serbów. Coraz więcej meczetów, coraz więcej wyznawców islamu, coraz więcej Albańczyków. Kosowo, które stanowiło integralną część Serbii, w czasach okupacji tureckiej zamieniało się powoli w muzułmańską enklawę.

Kolejne wydarzenia tylko podsycały proces przeganiania Serbów na północ i zastępowania ich albańskimi muzułmanami. Powstanie antytureckie z końca siedemnastego wieku zakończyło się „Wielką Wędrówką Serbów”, czyli kolejną masową emigracją z terenu coraz bardziej „albańskiego”. Według historyków sześćdziesiąt, a może nawet siedemdziesiąt tysięcy Serbów musiało wówczas przenieść się na terytorium Wojwodiny. Kosowo stawało się coraz trudniejsze do odzyskania, a każdy kolejny meczet i kolejna opuszczona cerkiew komplikowały sytuację.

Druga połowa, Albańczycy zdobywają przewagę

Według historyków z obu stron, dalsze relacje między zwaśnionymi narodami to już niemal wyłącznie krwawa wendeta. Do tłumienia serbskich ruchów patriotycznych używano wojsk złożonych z Albańczyków, Serbowie rewanżowali się ostrą walką o odzyskanie terenów zamieszkiwanych przez albańską ludność. Sprzeczność interesów było widać gołym okiem – jedni walczyli o niepodległość, o odzyskanie tych ziem, o swoją religię i narodowość, drudzy – o zachowanie własnej dominacji, o swoje bezpieczeństwo i o dalszy rozwój – znów – swojej religii i swojego narodu. Nic dziwnego, że chrześcijanie z Serbii i muzułmanie z Albanii jedynie poszerzali przepaść, jaka dzieliła ich od kilku wieków. Warto przy tym pamiętać, że te wszystkie spory miały miejsce w XIX wieku, czyli najgorsze – dla obu narodów, dla całej Europy i ogólnie cywilizacji – było wciąż przed nimi.

http://www.jagiellonia.net/galeria/albums/2007_2008_EKSTRAKLASA/runda_wiosenna/mecze/22-02-2008_LKS-Jagiellonia/b/img_2693a.jpg
Polscy kibice (wśród nich autor) nie mają wątpliwości; Fot. Jagiellonia.net

W XX, najbardziej krwawy, okrutny i bezwzględny, wiek, Kosowo weszło jako teren włączany do właśnie odzyskującej niepodległość Serbii. W 1912 po latach dominacji i uprzywilejowania Albańczyków, Serbowie dostali okazję rewanżu, jako faktyczni zarządcy tego terytorium. Niuans? Na kompletne odzyskanie Kosowa dla Serbii nie było już szans – walki poprzednich stuleci i wysoki przyrost naturalny wśród Albańczyków sprawił, że to właśnie oni stanowili najbardziej liczną grupę mieszkańców Kosowa. Już w XIX wieku to Serbowie byli mniejszością, a w XX wieku, w obliczu nadchodzących wojen, dalsze zmiany były właściwie nieuniknione.

Oczywiście jak zwykle, zarówno przy pierwszej, jak i drugiej wojnie światowej los rzucił Serbów i Albańczyków na różne strony barykady. Okrucieństwo, które wypełniało całą Europę nie minęło również spornych terenów. Jak zwykle konflikt interesów był zaporą nie do przejścia – Albańczycy projektujący swoją „Wielką Albanię” kontra Serbowie pragnący wreszcie udowodnić, że Kosowo to ich teren. Nawet w czasie pokoju ci pierwsi wciąż narzekali na zbyt małą autonomię ich terenów, ci drudzy – na zbyt liberalne podejście do albańskiej mniejszości. Oba narody podsycały polityczne napięcia, lobbując za decyzjami pogłębiającymi wzajemną nienawiść. Choć gdy cały teren zakryła „żelazna kurtyna” udało się na jakiś czas wygasić konflikty twardymi rządami, kwestią czasu były kolejne walki.

Dogrywka, czyli historia pisana na oczach Kolarova

Rozpad Jugosławii stanowił sygnał także dla albańskich mieszkańców Kosowa. Skoro od Serbów odrywały się jeden po drugim kolejne państwa, dlaczego również odwiecznie walczący o autonomię muzułmanie z górzystego rejonu nie mogą wykorzystać tej okazji?

Tym bardziej, że napięcia już wcześniej widać było w polityce zarówno Albańczyków, jak i Serbów. Slobodan Milosević dokładnie 600 lat po bitwie na Kosowym Polu przemawiał do tysięcy zebranych w tym miejscu Serbów, przekonując, że ta wojna – chrześcijańskiej Serbii (wówczas jeszcze Jugosławii) z muzułmanami roszczącymi sobie prawo do tych terenów – nadal trwa. Aleksandar Kolarov miał wówczas cztery lata. Danko Lazović sześć. Cztery lata później, gdy Albania ostentacyjnie zagrała mecz towarzyski z reprezentacją Kosowa, intensyfikując równocześnie starania o zwiększenie autonomii swoich rodaków zamieszkałych na terenie Serbii, mogli już powoli odczuwać skutki wszystkich zawirowań. Wojny toczone przy rozpadzie Jugosławii zostały bowiem przedłużone przez spór o Kosowo. Kto zaczął? Kto pierwszy zaatakował cywilną ludność? Kto pierwszy przekroczył granice „normalnego” militarnego działania rozpoczynają regularną jatkę?

Choć wersje obu stron zdecydowanie się różnią, nie ulega wątpliwości, że jednym z głównych „czarnych charakterów” stała się Armia Wyzwolenia Kosowa, która oficjalnie przyznała się do terrorystycznych ataków bombowych już w 1996 roku. Później historia wyglądała podobnie do tej, której świadkami jesteśmy obserwując doniesienia z Krymu. Albańscy „separatyści” kontra Serbowie desperacko walczący o utrzymanie swojego terytorium, a w tym wszystkim interwencja świata, który widząc coraz większe straty, także wśród cywilów, po obu stronach konfliktu postanowił włączyć się w wojnę.

Zrelacjonowanie w obiektywny sposób tego, co działo się później, jest dziś niemal niemożliwe. Serbowie twierdzą, że naloty NATO i cała reakcja Zachodu na wydarzenia w Kosowie była oparta na manipulacjach Albanii, przekonującej, że całą winę za rozlew krwi ponosi Jugosławia. Według nich pomoc dla Kosowa, uznanie Belgradu za sprawców zbrodni wojennych i wiążące się z tym konsekwencje to wyłącznie kwestia wiary w nieprawdziwe informacje preparowane przez albański propagandystów. Albańczycy zaś sugerują, że Armia Wyzwolenia Kosowa powstała w wyniku powiększających się represji, od ekonomicznych po prawne, a odpowiedź na jej działalność – czystki etniczne na terenie Kosowa – nie mogły mieć żadnego usprawiedliwienia.

Faktem pozostaje jednak, że w XXI wieku to Serbowie wyglądają bardziej przekonująco w roli ofiar. To Albańczycy przeprowadzili w 2004 roku pogrom marcowy, w wyniku którego zginęło dziewiętnastu Serbów, zdewastowano setki serbskich domostw, a tysiące mieszkańców tych terenów zmuszono do opuszczenia spornych terenów. Wcześniej, w 1999 roku, NATO przeprowadziło naloty na Jugosławię, jednoznacznie oceniając, że to Serbowie rozpętali kosowskie piekło, a czystki etniczne, które rzekomo mieli przeprowadzić na tych terenach to fakty, a nie albańska propaganda. Powstaje jednak pytanie – czy bombardowanie stolicy to nie zejście do tego samego poziomu?

Do dziś zresztą oddzielenie od siebie fałszu od prawdy czy – bardziej górnolotnie – dobra od zła to zadanie bardzo trudne, jeśli nie w ogóle niemożliwe. To, co jednak da się wychwycić bez głębszych analiz, to nienawiść, w której wychowało się wielu Serbów i Albańczyków, także ci, którzy dziś wybiegną na murawę stadionu Partizana Belgrad.

Rzuty karne. Kosowo jest serbskie

W 2008 roku Kosowo już oficjalnie ogłosiło swoją autonomię, którą uznał szereg państw na całym świecie, choć w wielu miejscach polityczne decyzje spotkały się z dezaprobatą obywateli. Brak zgody co do faktycznego przebiegu wojny z końca lat dziewięćdziesiątych warunkował również trudności w ocenie słuszności decyzji z 2008. Ponownie – nie wchodząc w szczegóły – warto jedynie zauważyć bezpośrednią konsekwencję stworzenia autonomicznego Kosowa. Kolejny powód dla Serbów, by nienawidzić Albanii. Kolejny powód dla Albańczyków, by nie znosić Serbii…

Wśród piłkarzy te nastroje są naturalnie tonowane. W końcu „bałkański kocioł” widział już wiele: by wspomnieć choćby przykład Prosineckiego i reszty Chorwatów. W 1990 grali w ćwierćfinałach MŚ w barwach Jugosławii, by osiem lat później zdobywać medal już z reprezentacją Chorwacji. Nie bez powodu Sinisa Mihajlović zapowiadał przed meczem Serbii z Chorwacją właśnie: „każdy piłkarz, który będzie prowokował trybuny, wyleci z kadry”. W tamtym rejonie zwyczajnie nie można sobie pozwolić na podsycanie wzajemnych napięć, na podsycanie nienawiść. Wspomnienia o ofiarach są zbyt świeże. Mimo to nie trzeba się szczególnie napocić, by odnaleźć blask politycznych zawirowań w świecie piłki.

Żywym, bliskim przykładem – Aleksandar Vuković. W wywiadzie dla legia.com dotyczącym Celtiku rozmowa zjechała w kierunku polityki. – Nikt nie mówił „przepis to przepis” kiedy zabierano Serbii 15 procent terytorium i łamano wszystkie przepisy jakie istnieją, bo przecież żadne państwo nie ma prawa zabierać części kraju drugiemu. Ci sami ludzie krytykują odebranie Ukrainie Krymu, ale popierali odebranie Serbii Kosowa. Powiem brzydko – rzygam na obecne poczucie sprawiedliwości na świecie i widzę, że UEFA nie stara się postępować inaczej niż większość innych światowych organizacji – przekonywał popularny „Aco”, powielając opinie, które wcześniej zamieszczał na Twitterze.

My walczymy, to walka na całego, choć ja uważam, że jesteśmy Europejczykami. Ale trudno to zrobić, kiedy ktoś mówi, że złapiesz się do lepszego świata, kiedy zapomnisz o wszystkim, co twoje. Masz być w unijnej normie. Masz się zgodzić z Niemcami i Amerykanami, którzy mówią, że piętnaście procent twojego kraju już nie jest twoje, bo tam przez ostatnich piętnaście lat zamieszkało zbyt wielu przedstawicieli innej nacji. Albo się z tym pogodzisz, albo nie jesteś Europejczykiem i nie szanujesz europejskich wartości – dodaje Vuković w wywiadzie dla Onetu. Wtórował mu również inny popularny w Polsce serbski piłkarz, Vuk Sotirović. – Nie mam do nikogo pretensji o tę sytuację, ale czuję żal. To przecież serbska ziemia, miejsce święte dla każdego Serba – mówił w rozmowie z dziennik.pl.

Druga strona? Pisaliśmy o tym choćby na Weszło:

We wrześniu 2012 roku na biurko Seppa Blattera trafił list podpisany przez piłkarzy pochodzących z Kosowa. Swoje autografy umieścili pod nim m.in. Lorik Cana z Lazio oraz reprezentanci Szwajcarii: Xherdan Shaqiri, Granit Xhaka i Valon Behrami. Plejada gwiazd chciała przekonać Szwajcara, że Kosowo zasługuje na swoją szansę.

Albania? Teoretycznie nie ma nic do rzeczy? To spór niepodległego Kosowa z Serbią? Wątpliwości rozwiewa choćby mecz towarzystki wspomnianej Szwajcarii z Kosowem. Na trybunach skandowano głównie „Shqipëria! Shqipëria!” pod flagami… właśnie Albanii. Shaqiri na butach poza Kosowem i Szwajcarią upchnął jeszcze kraj, któremu wierni pozostają muzułmanie z tych terenów…

http://sphotos-d.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-snc6/253036_361865227223094_58861472_n.jpg

Kibice? Zastanówmy się przez moment, jak mogą postrzegać temat kibice, między innymi w dotkniętym wojną Belgradzie, w którym już w latach dziewięćdziesiątych chuligani rekrutowali się do militarnych band? Jak mogą reagować na dźwięk słowa „Albania” kibice dwóch najsłynniejszych klubów tej części świata, Crvenej Zvezdy i Partizana? Jak mogą się zachowywać „Grobari” i „Delije”, których bój o dominację w Belgradzie przerywa mecz ze wspólnym wrogiem? Najbardziej charakterystyczną akcją było chyba przerwanie meczu z Włochami, gdy ogólnym zadymom towarzyszyło również spalenie flagi Albanii.

Albańczycy? Cóż…

Nazwać atmosferę „gorącą” to jak użyć do bombardowania Belgradu określenia „pokojowa interwencja”.

*

Boisko? Jeśli ktoś chce w ogóle o nim mówić, faworyta… nie ma. Serbowie na papierze jak zwykle mają mocną paczkę, pełno talentów, goście, za którymi już ugania się, albo niebawem zacznie cała Europa. Gotowy do gry, mimo urazu w meczu z Armenią, będzie Lazar Marković, dwudziestolatek, który z macierzystego Partizana zdążył już przez Lizbonę (ubiegły sezon spędził w Benfice) dotrzeć do Liverpoolu. Jego rówieśnik, Aleksandar Mitrović, pewnie niedługo zostanie wyjęty z Anderlechtu, przez kogoś ze światowego topu. Jojić nieźle wprowadza się do Borussii a przecież zdolną młodzież uzupełniają doskonale znane gwiazdy największych klubów – by wspomnieć Ivanovicia, Kolarova, Maticia czy Kuzmanovicia.

Tyle że „paczka” wyrównującego gola w meczu z Armenią doczekała się dopiero w ostatnich sekundach gry, a i wcześniej zawodziła we wszystkich możliwych meczach reprezentacyjnych. Bilety do Brazylii odebrali im Belgowie i Chorwaci, miejsce na Euro ostatni raz mieli w 2000 roku, a w RPA w 2010 roku odpadli mimo pokonania zwycięzców grupy, Niemców – przegrywając w meczach z Ghaną i… Australią.

Historia zawodów może być dzielnie kontynuowana w tym i przyszłym roku: remis na starcie z Armenią zbiegł się z zaskakującym zwycięstwem Albanii nad Portugalią, a przecież w grupie I także Dania ma potężny apetyt na grę we francuskim turnieju. Nawet jeśli uznamy, że wyczyn Albańczyków to jednostkowa sensacja (sami powiedzcie, uwierzylibyście, że drużyna, w której gole strzela Bekim Balaj jest w stanie wyeliminować kogoś z trójki Serbia-Dania-Portugalia?), to i tak pozostali rywale wyglądają wystarczająco groźnie.

Dlatego dziś w Serbii nikt nie bierze pod uwagę innego scenariusza, niż wysokie zwycięstwo nad odwiecznym i znienawidzonym rywalem. Zresztą, nie tylko z uwagi na sytuację w grupie i wzajemną nienawiść – zwyczajnie po odsianiu całych „boków”, całej historii towarzyszącej temu meczowi, piłkarsko Albania prezentuje się wciąż dość mizernie. Bardziej prawdopodobne wydaje się przerwanie meczu przez kibiców, niż zwycięstwo gości. Sportowy rozwój pod okiem włoskiego szkoleniowca Gianniego Di Biasiego robi wrażenie – pod jego wodzą Albania ograła także Norwegię i Słowenię, ale nadal to zespół raczej urywający punkty faworytom, niż faktycznie przystępujący do meczów w tejże roli.

*

Gdyby ktoś sądził, że mecz nadal ma mało podtekstów – przed pierwszym gwizdkiem mieliśmy do czynienia z potężnymi targami o bilety dla gości. Serbia, całkiem logicznie, twierdziła, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa na stadionie, jeśli fanatycy z obu stron zaczną wyjaśniać wzajemne animozje w sposób taki, jak choćby Rumuni z Węgrami w sobotni wieczór. Gospodarze zażądali, by odpowiedzialność za gości wziął na siebie albański związek piłkarski, dodatkowo jeszcze proponując obostrzenie: bilety dostają tylko obywatele Albanii, nie Kosowa. Kwestię odpowiedzialności za kibiców i ich narodowości wyjaśniano zresztą równolegle do targów o liczbę biletów. Ostatecznie przy pomoc UEFA zadecydowano, że Albańczycy nie obejrzą mecz w ogóle, ale ponoć… część z nich i tak jedzie w kierunku Belgradu.

Zadymy wydają się nieuniknione, choć piłkarze zapowiadają grę fair. Filip Dordević z Lazio został przepytany pod kątem nadchodzącego spotkania przez „Il Messaggero”. – To dobrzy ludzie, na pewno nie będzie między nami żadnej wojny. Trenujemy razem codziennie i wielokrotnie rozmawialiśmy o tym, że Serbowie i Albańczycy są jednak w stanie usiąść przy jednym stole – opowiadał, zdradzając kulisy klubowych relacji z albańskimi zawodnikami Lazio, Lorikiem Caną i Etritem Berishą. Albańczycy jednak przyznają – to specjalny mecz, zagramy na dwieście procent. „Guardian” zwraca uwagę, że cześć kadry Albanii to przecież piłkarze urodzeni w Kosowie, również doświadczeni przez wojnę, jeśli nie bezpośrednio, to poprzez przymus życia na wygnaniu. Oni sam, albo ich rodzice musieli opuścić ojczysty teren w ucieczce przed Serbami. Podróż do Belgradu będzie dla nich tak samo wyjątkowa, jak dla rywali wspominających o utracie 15% swojego terytorium na rzecz i za sprawą albańskiej mniejszości.

Mecz odbędzie się niemal w przededniu pierwszej od 68 lat wizyty premiera Albanii w Belgradzie. Edi Rama spotka się w przyszłym tygodniu z Aleksandarem Vuciciem, by porozmawiać o uporządkowaniu stosunków między oboma państwami.

Oby ich wspólne omawianie dzisiejszego meczu dotyczyło wyłącznie murawy.

JAKUB OLKIEWICZ

Liczba komentarzy: 2
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments