Nie błysnę polotem, jeżeli powiem, że jesteśmy świadkami najbardziej pasjonujących rozgrywek ligowych w Hiszpanii w ostatniej dekadzie. Finisz La Liga być może nawet dorówna poziomem dramaturgii ostatniej kolejce sezonu 2006/2007 czy rekordowemu wyścigowi Barcy i Realu sprzed dwóch lat. Nie zamierzam jednak rysować laurki i piać z zachwytu, odwracając jednocześnie głowę od zarazy trawiącej tutejszy futbol. Tak robi 99% Hiszpanów. Tak jest wygodniej. Nie każdy ma jednak w nosie oszustwa, miliardy długów, papierowych właścicieli, kluby-bankruty, żałosny system antydopingowy czy handlowanie meczami. Nie wszystkim pasuje obsceniczny podział z telewizyjnej sakiewki według formuły 2+18 (dwóch panów plus osiemnastu chłopków z ligowego plebsu), nie wszystkich rajcuje lizanie tyłka chińskiej klienteli. Ja, za tymi kolorowymi, czerwono-żółtymi paznokciami, dostrzegam grubą warstwę brudu.
Gdybyśmy stworzyli ranking krajów ślepo zakochanych w swoim narodowym produkcie futbolowym, Hiszpania byłaby na jego czele. Kibicowi w kapciach można jednak wybaczyć, on już dawno podzielił mapę sympatii między dwa kluby. Reszta nie wiele go obchodzi. Problemem jest tutejszy establishment piłkarski, który nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. Ba, często to dopiero po głośnym biciu na alarm z zewnątrz – przez europejskie media i organizacje – podejmuje się jakiekolwiek działania. Tak było z rasizmem na trybunach, z drakońskim (dla angielsko-włosko-niemieckiej konkurencji) „Prawem Beckhama” czy ostatnio – z ukrytymi subwencjami z publicznej kasy. Powiecie: mądry Hiszpan po szkodzie. Błąd. Mamy do czynienia z południową mentalnością zamiatania po cichu fuszerki i tandety pod salonowy dywan. Najlepsza liga, najbogatsze kluby, najlepsi piłkarze… Zgoda, tyle że w pozłacanych butach maszeruje dwóch, a reszta drepcze w dziurawych skarpetach.

Życie jak w Madrycie. Brud za kolorowymi paznokciami

Tydzień temu niezidentyfikowany cham z Vicente Calderon trafił zapalniczką w głowę Ronaldo. Kara? 600 euro dla Atletico Madryt za nieprzypilnowanie wandala. Dokładnie tyle samo, ile wpłaca do pierwszoligowej kasy piłkarz ukarany czerwoną kartkąâ€¦ W zeszłą sobotę na El Madrigal „niedościgniony” przez służby porządkowe 170-centymetrowy sabotażysta wrzucił na murawę granat z gazem łzawiącym. Mecz przerwano na prawie pół godziny. Załzawieni i przyduszeni kibice uciekli w popłochu, piłkarze dograli ostatnie minuty z mocno zaczerwienionymi oczami. Nikt nie wie dlaczego, kto i jak w ogóle do tego doszło? Jak to się stało, że broń chemiczną dostępną wyłącznie dla wojska i oddziałów prewencji policji wniesiono na przyjazny i rodzinny stadion? Villarreal zapłaci 3000 euro grzywny i zagra minimum jeden mecz przy pustych trybunach. Sprawa rozejdzie się po kościach, taryfikator kar pozostanie nietknięty, a policja może nawet złapie winowajcę. Nikt za tydzień, dwa nie będzie pamiętał o zaostrzeniu kwestii bezpieczeństwa na hiszpańskich stadionach. Aż dojdzie do tragedii, aż w głowę dostanie jakiś działacz lub polityk. Aż ktoś kiedyś wniesie na Bernabeu nóż, bombę lub broń palną i się tym pochwali. Zapewniam was, że nie miałby z tym dziś żadnego problemu. Tak jakby prawdziwym zagrożeniem na Bernabeu było tych 300 ultrasów Realu, których z Fondo Sur przegonił niedawno Florentino Perez.

W polepszenie bezpieczeństwa i walkę z korupcją władze – centralne i lokalne – mieszać się nie chcą. W sprawie modernizacji zapyziałej infrastruktury stadionowej, pamiętającej jeszcze gole Bońka i Paolo Rossiego z mundialu España ’82, również palcem nikt nie kiwnie. Masa polityczna z wdziękiem natomiast porusza się po finansowej tafli. Najpierw w latach 90. rząd zobowiązał hiszpańskie kluby (stowarzyszenia sportowe) do przekształcenia się w S.A.D (Sportowe Spółki Akcyjne), by po dziesięciu latach z tego pomysłu wycofywać się rakiem. Rynkowej znieczulicy i nieudolnych prezesów, często zwykłych złodziei, nie przeżyła choćby UD Salamanca, reanimacji po zapaści wymagał Real Oviedo, wciąż bardzo krucha jest sytuacja finansowa Deportivo La Coruña. Ledwie miesiąc temu skonsternowana Europa wysyłała słowa uznania i otuchy piłkarzom Racingu Santander. Ci, w totalnej desperacji, oddali walkowerem rewanżowy mecz ¼ finału Pucharu Króla z Realem Sociedad – nie widzieli innego skutecznego sposobu na pozbycie się łgarzy z biurowych foteli. Prezes przestał im płacić w sierpniu ubiegłego roku. Mało brakowało, a UEFA zrzuciłaby się na wigilijne paczki dla buntowników-herosów z Racingu. Klubu z ponad 100-letnią historią. Jednego z wielu, które zalegają ze spłatą 3,5 miliarda euro długu. Hiszpańskiego długu pychy, chciwości, amatorszczyzny i kłamstwa. Tych wad do banku czy fiskusa oddać się nie da. Trzeba je latami korygować.

Zajął się tym choćby Joaquin Almunia. Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej i jednocześnie komisarz ds. Konkurencji schował do kieszeni patriotyzm i nie zawahał się wezwać na dywanik 7 hiszpańskich klubów: Real, Barcelonę, Athletic, Osasunę, Valencię, Elche i Hercules. Cztery pierwsze – jedyne w La Liga stowarzyszenia sportowe będę się tłumaczyły z uprzywilejowanych form odprowadzania podatku (w stosunku do reszty 16 klubów spółek). Trzy ostatnie – ze 120 milionów euro, które samorząd wojewódzki Walencji (Generalitat) poręczył na poczet bankowych pożyczek, kiedy w oczy zajrzało im widmo bankructwa. Gdyby dziś banki uruchomiły owe gwarancje Consell (odpowiednik polskiego zarządu wojewódzkiego na czele z marszałkiem) zostałby wirtualnym współwłaścicielem wszystkich trzech lokalnych drużyn. Wszedłby w posiadanie 65-procentowego pakietu akcji klubu z Alicante, 40% Elche i ponad 70% Valencii – aktualnie w rękach niewypłacalnej Fundacji VFC. Nowe hiszpańskie Prawo Sportu zakazuje jednak praktyk monopolistycznych – nie można dysponować akcjami więcej niż jednego klubu. Doszłoby więc do surrealizmu na niespotykaną skalę – państwo złamałoby przepisy prawa ustanowionego przez samo państwo… Samorząd Walencji byłby zmuszony sprzedać akcje, w których posiadanie – zdaniem Brukseli – wszedł nielegalnie. Za pieniądze ledwie wiążących koniec z końcem hiszpańskich podatników.

Alumunia wziął pod lupę także doniesienia dziennika „El Pais” dotyczące podejrzanej rewaloryzacji i wymianie ziemi między ratuszem Madrytu a Realem. Chodzi o działkę w północnej części stolicy, którą w 1998 roku ratusz sprzedał klubowi za 488 tys. euro, by po 13 latach odkupić ją za 46-krotnie wyższą cenę – 23 miliony euro. Czy doszło do ukrytej pomocy finansowej dla klubu? Czy ktoś zarobił na tej transakcji grubą prowizję? Bruksela właśnie to sprawdza, przy okazji co chwila dostając pogłoski od Europosłów o rzekomej pożyczce Bankii (ratowanej publicznymi – także waszymi, europejskimi pieniędzmi) na zakup Garetha Bale´a.

Abstrahując od wyników śledztwa Brukseli, oraz plotek o czysto politycznej zemście Almunii (jest jednym z liderów lewicowej partii PSOE – głównej opozycji aktualnego rządu), warto zacząć czyścić brud spod paznokci od wewnątrz. Koniec z lenistwem i prywatą. Jeżeli władze futbolowe nie połączą sił z tymi politycznymi, i nie rozpoczną sensownych reform, na tutejszych boiskach więcej niż gwiazd będzie dymu. I łez kibiców.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii
Twitter: @rafa_lebiedz24