W nocy rozdali Oskary. Patrząc na to jak rok w rok załapuje się kilkanaście osób, a kariera w kinie trwa kilkadziesiąt lat, można przyjąć, że laureatów jest już tylu, ilu reprezentantów Polski w piłce nożnej. Doliczając tych z zimowych zgrupowań. Szkoda, że nie ma już filmów sportowych. Trudno zapomnieć ten z 1981 roku. Siedem nominacji, cztery statuetki. Za film, za scenariusz, za muzykę i za kostiumy.
Znacie?

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

To „Chariots of fire”, brytyjski, o dwóch chłopakach, Ł»ydzie i Szkocie, szykujących się na igrzyska olimpijskie z boską muzyką Vangelisa. Takich filmów już nie ma.

W nocy wątków sportowych żadnych, chyba że Adele z Bonda, za muzykę właśnie. Jaki tu związek ze sportem? Otóż Adele jest fanką Tottenhamu, tam się urodziła i powiem szczerze, bardziej jest znana w świecie, niż Gareth Bale, choć Walijczyk jest zjawiskowy. Czytałem niedawno biografię tej tłuścioszki i o Tottenhamie pisze ciekawe rzeczy. Na przykład: „W szkole w mojej dzielnicy byłam jedyną białą osobąâ€¦”.

Ciężko musiała mieć dziewczyna, naprawdę. No, ale w niecałe 25 lat sprzedała 25 mln płyt i jest miliarderką. Jej chłopak i ojciec syna to Polak, może ją do nas zaciągnie kiedyś.

Wracając do „Chariots…”, tytuł z wiersza Williama Blake’a („Jerozolima”) przypomina dawne czasy sportu, patosu z nim związanego, legend i baśni…

Mój łuk złocisty niech przyniosą:
I moje strzały pożądania:
I moją włócznię: O niebiosa!
Mój rydwan ognia niech tu stanie.

My też mieliśmy niezłe sportowe filmy, choć pięć klas gorsze, ale taki Poker czy Szu – nieśmiertelne. Ja natomiast mam ulubioną scenę, to ze „Świętej wojny” bodaj, czyli takiego filmu o meczu dwóch śląskich drużyn (jak dziś Górnika z Piastem), ale na śmierć i życie.

Fani jednej z drużyn porywają dzień przed meczem najlepszego napastnika i zamykają w łazience…

Ten prosi: „panowie, wypuście mnie, bo ja jutro ślub biorę!”.

A na to sędziwy Bolesław Płotnicki (na Oskara!):
„Jakby mnie ktoś tak dzień przed ślubem porwał, to ja bym mu do dzisiaj dziękował!”.

*

Zrobiłem wywiad ze „Staruchem”, jest dziś w „Uważam Rze”. Kupcie, to jest o tym, jak władza traktuje swoich obywateli, kibiców, zapewniam że gorzej niż na południu traktowano żonę Django. A oddział antyterrorystów bywa gorszy niż ku-klux-klan (bo wedle nie tylko Tarantino, Oskar), byli to raczej parodyści).

Z Opowieści „Starucha” jedna jest jednak wesoła, jego pomysłu. Mianowicie jedzie do Białegostoku po Kononowicza, tego od proroctwa, że nie będzie w Polsce niczego, i namawia na przyjazd do Wawy na wiec wyborczy. Przekonuje, że skoro nie został on prezydentem Białegostoku, to ma szansę startować na prezydenta Warszawy. I jadą autem, „Staruch”: rozmawia przez cb radio, a zaciekawionemu gościowi mówi – to rozmowy z BOR-em! Musi Pan być bezpieczny!

A potem spacer z kozą na sznurku, czyli Polska właśnie. Tak to wygląda.

A „Staruch” fajny gość. Zaprosiłem go do domu, kupiłem flaszkę, jak to na wizytę kibola…

Musiałem ją wypić sam. Abstynent.

A jemu zostały nawyki z odosobnienia, na wesoło. Podjechał pod dom i wysyła esa:

„Obecny!”.

*

Różne klęski były w weekend, podwójna Legii (złota jedenastka z Platinium plus Endrju), Kowalczyk (ta z krostami, Wojtku), Stoch, Ruch, Baszczyński, Hajto etc., ale mnie najbardziej zabolała ta z Belfastu. Albert Sosnowski tak dostał od tamtejszego taryfiarza, lat 41, że – między linami wyleciał z ringu! Ł»eby to było parę miesięcy wcześniej, dostałby Oskara za efekty specjalne!

No więc Albert od taryfiarza w Belfaście łomot, Sławek Peszko od taryfiarza w Koeln łomot, może my szukajmy gwiazd na postojach! Tam są najtwardsi ludzie.

*

Obejrzałem mecz PSG, w którym Beckham witał się z Paryżem. Full, Ronaldo, ale coś mi nie pasowało.

Aha, taka sztuczna oprawa, z rozdanymi chorągiewkami.

I styl, i barwy, przypominają do złudzenia Koreę Północną.

To była moja ostatnia wizyta w Parku Książąt.

*

Koronie gratuluję męstwa i klasy, a na uwagę, iż tego klubu nie poważam – jeden z moich lepszych kumpli z piłki pracuje od lat w Koronie, a nazywa się Michał Gębura. Niejeden mecz spędziliśmy na bardzo dogłębnej analizie, także w tej fajnej knajpie w Kielcach, pod trybunami.

Poznałem go, jak grał gdzieś pod Kielcami, pewnie w Tarnobrzegu. Mecz trzeciej ligi, on gra na stoperze.

I wygrywają 5:0.

Stenogram z meczu jest taki:
1:0 – Gębura
2:0 – Gębura
3:0 – Gebura
4:0 – Gebura
5:0 – oczywiście Gębura.

Potem mistrz Polski z Lechem, kadrowicz, dusza człowiek, pierwszy piłkarz w Polsce z kartą płatniczą.

Kiedyś tak z niej skorzystał, że w środku nocy wstał, włączył odkurzacz i posprzątał całe mieszkanie.

Problem w trym, że myślał, że jest w domu w Poznaniu, z żoną.

A był u mnie w domu, w Warszawie.

189 cm, 90 kg wagi, rozum – oj, taki stoper to by się dziś przydał Legii i reprezentacji.

W tych Kielcach poznałem też tancerkę, Murzynkę. Zjawiskowa. Rok temu zaprosiła mnie na Wielkanoc. No to chyba nie gryzę!

*

Haamalaainen. Niezły, jak na Fina, minus Litmanen. Bo generalnie tam psują piłkę.

Kiedyś do „Piłki Nożnej” przyszło pytanie z jednego z tamtejszych klubów, czy nie można im podesłać jakiegoś polskiego piłkarza dla podniesienia poziomu, też rozgrywającego…

Nie chciało nam się szukać, zresztą płacili tam po 500 dolarów, grosze (za tyle grał tam Krzysio Gawara, inny mój kolega spośród stoperów), no to wysłaliśmy im redakcyjnego praktykanta. Bo… w naszych meczach, naprawdę na poziomie, świetnie grał na mózgu, podawał, strzelał, a miał lat ze dwadzieścia, student. Nazywał się Michał Sorówka.

No i pojechał, amator. Za rok wrócił. Z nagrodami, ze zdjęciami, z dolarami. Był w tej Finlandii najlepszy!

Czasem spotykałem go w loży na Legii, zajmuje się reklamą, czyli czymś bardziej dochodowym od kopania piłki w Finlandii.

A z wygranej Leszka się cieszę, nawet jak mocno pomagali Baszczyński i Zieliński.

*

O Leśnodorskim. Prezes jest fajny, tylko piłkarze słabi. No, ale nic to nowego.

Czytałem rozmowę z nim na Weszło i nie mógł nachwalić się menedżera Lewickiego. Jak to on załatwił, że Drwaliszwili (tej wersji nazwiska bym się trzymał) przyszedł za darmo i z wypłaconą do końca pensją, od Króla.

Otóż, jakby to powiedzieć, taki efekt można uzyskać przykładając coś zimnego do głowy, niekoniecznie drinka z lodem. Na przykład coś przypominającego klamkę.

Ja bym się nie zdziwił, w Gruzji byłem. Tak nieoddanych długów się nie toleruje. To górale są. Porządni ludzie, poza tym zbrodniarzem Stalinem.

Ale i na przykład Austriacy też różni. Był Hitler, a teraz urokliwy (i Oskarowy) Christoph Waltz.

Tylko Polacy sami szlachetni:)

No więc Leśnodorski chwali Lewickiego. Znam gościa, trochę dzieciak, naiwny. Opowiadał jak to numerem jeden w Polsce będzie jego wynalazek, bramkarz Marijan Antolović, 800 tys. euro, którego natychmiast nazwałem Jezus Marijan!

Zarabia ze stówkę, nic nie robi, nikt nie chce go od Legii kupić, taki towar dał jej nomen omen – Lewicki.

No, do tego wyrwał najładniejszą dziewczynę w Legii. Antolović, nie Lewicki. Opowiadam kiedyś o tym prezesowi W., a on zaniepokojony najwyraźniej pyta: „Którą???”.

*

Czemu zawsze najwięcej o Legii? Bo to największy przelicznik kibica i antykibica na komputer, więc chyba to oczywiste raczej, choć nie dla półmózgów (w pozycjach na boisku – to coś jak prawa obrona).

O Podbeskidziu chwilowo nie planuje tekstów, chyba że znów wygra przy Łazienkowskiej. Ale czy to naprawdę takie trudne?

*

Fornalik ma już w PZPN ksywkę Fochalik.

No, czuje się taki mocny, bo dobrze przygotował przecież Ruch!

Ja bym na jego miejscu zachował czujność. Bo wpływy Ruchu kończą się na dworcu kolejowym w Zawierciu.