Na drodze do nieśmiertelności nie brak wilczych dołów
Anglia

Na drodze do nieśmiertelności nie brak wilczych dołów

Choć wczoraj wygrał, Liverpool w meczu z Wolves uciekł spod topora. To spotkanie układało się tak, że nikt nie mógłby biadolić na niesprawiedliwość piłki, gdyby Wilki zagryzły zmierzający po mistrzostwo Anglii bez jednej choć porażki zespół z Anfield. Niepokonane sezony rzadko są jednak takimi, które udaje się przejść suchą stopą bez prześlizgnięcia się tu i tam. Arsenal z sezonu 2003/04 – do tej pory jedyny zespół, jakiemu udała się ta sztuka w erze Premier League – mógłby coś o tym powiedzieć.

Wobec coraz bardziej realnej perspektywy dzielenia tytułu „The Invincibles” z Liverpoolem, przypominamy spotkania, które tamten perfekcyjny sezon mogły Arsenalowi spaprać, splamić porażką. Bo było ich trochę.


2020-02-19 20:30
Manchester City
-
West Ham

2020-02-22 13:30
Chelsea
-
Tottenham

2020-02-22 16:00
Sheffield Utd
-
Brighton

2020-02-22 16:00
Southampton
-
Aston Villa

2020-02-22 16:00
Burnley
-
Bournemouth

2020-02-22 16:00
Crystal Palace
-
Newcastle

2020-02-22 18:30
Leicester
-
Manchester City

2020-02-23 15:00
Manchester Utd
-
Watford

2020-02-23 15:00
Wolves
-
Norwich

5 SIERPNIA 2003
ARSENAL – EVERTON 2:1

Jeszcze przed startem sezonu Arsene Wenger zapowiedział, że jego zespół pozostanie niepokonany przez całe rozgrywki. Udało mu się dość szybko namówić Patricka Vieirę na podpisanie nowej umowy, choć kusił go Real Madryt, długopis w odpowiednim miejscu przyłożył do kartki także Robert Pires. Jedynym, który się opierał, był Sylvain Wiltord.

Szybko miało się okazać, że będzie to misja „my kontra reszta świata”. Misja piekielnie trudna, której pierwszy wybój pojawił się już na dzień dobry.

Tak, przyszli niepokonani mogli stać się pokonani już dziewięćdziesiąt minut po pierwszym gwizdku nowego sezonu. Sol Campbell zdecydowanie nie miał wtedy najlepszych dni. Najpierw kopnął piętą w tyłek Erica Djembę-Djembę w meczu o Tarczę Wspólnoty, w reakcji na atak Kameruńczyka wysoko uniesioną nogą, a nim federacja zdążyła się pochylić nad długością zawieszenia za wspomniane kopnięcie (sędziemu ono umknęło), Campbell otworzył ligowe rozgrywki asem kier. Kanonierzy mieli do rozegrania ponad godzinę 10 na 11.

Swoją drogą niedługo wcześniej angielski stoper zdradził, że przez niemal cały poprzedni rok pracował nad filmem dokumentalnym o swoim życiu, który jednak nigdy ostatecznie nie ujrzał światła dziennego.

Arsenal miał jednak w swoich szeregach Thierry’ego Henry’ego, najlepszego zawodnika poprzedniego sezonu w głosowaniu PFA. I ten Henry najpierw wypracował sobie karnego przerzucając piłkę w okolicach Alana Stubbsa w taki sposób, że ten zagrał ręką. A potem tego karnego wykorzystał, strzelając w sam środek bramki, a posyłając Richarda Wrighta w jego lewo.

Francuzowi jednak wciąż było mało, próbował więc dalej. I jedno z jego uderzeń z dystansu ostatecznie dobiło Everton – sparował je Wright, podobnie jak dobitkę Vieiry, ale wtedy symbolicznie ukazał wielki głód goli wśród piłkarzy Arsenalu. Bo do dobitki poszedł też Robert Pires i gdy piłka spadła wreszcie pod jego nogi, pomylić się już nie mógł.

31 SIERPNIA 2003
MANCHESTER CITY – ARSENAL 1:2

— Chcecie wygrać ten tytuł? Walka zaczyna się tu i teraz — inspirował swój zespół w przerwie meczu z Manchesterem City Arsene Wenger. The Citizens to nie była potęga finansowa i sportowa jak dziś, z ówczesnym Arsenalem zwyczajnie równać się nie mogła. Zagrano trochę na nosie Kanonierom, podbierając im Davida Seamana, ale 39-latek i tak by na Highbury nie grał, bo między słupkami miejsce należało już do Jensa Lehmanna.

A jednak Kanonierzy weszli w ten mecz jak ateista do kościoła. No nie weszli. W kuriozalnych okolicznościach Lauren dał się zmusić do błędu i wpakował piłkę do własnej siatki, do przerwy było więc 1:0 dla gospodarzy. Mowa motywacyjna Wengera przyniosła jednak efekt, jakiego gadki Francuza zdecydowanie nie dawały w ostatnich jego latach na The Emirates.

Bomba, którą przyszło rozbroić po fatalnej pierwszej połowie, nie wybuchła. Eksplodowała inna, dzień później, gdy Patrick Vieira – dopiero co nagrodzony nowym kontraktem – zamiast wykluczyć transfer do największego wtedy rywala Kanonierów, tylko podsycił spekulacje.

— Czytałem, że Manchester United jest mną zainteresowany. Wszystko w piłce jest możliwe. Wielu zawodników przechodziło z Tottenhamu do Arsenalu, z Milanu do Interu, z Lazio do Romy, z Rangers do Celticu. Mogę odejść do United, mogę nie odejść — mówił wtedy.

Dziś pewnie widzielibyśmy w relacji na żywo płonące koszulki Vieiry pod stadionem Arsenalu. Kapitan mówiący coś takiego w ostatnim dniu okienka? Nie wygląda to dobrze.

21 WRZEŚNIA 2003
MANCHESTER UNITED – ARSENAL 0:0

„My kontra reszta świata”, punkt kulminacyjny. W tamtym okresie nie było większego starcia w Premier League niż te między Manchesterem United a Arsenalem. Wyjazd na Old Trafford mógł jednak przyjść dla Arsenalu w zdecydowanie lepszym czasie.

Brak Sola Campbella. Remis z Portsmouth w czwartej kolejce, demolka urządzona na Highbury przez Inter, który po 41 minutach miał już w Londynie trzy gole strzelone. Media na wyspach nie zostawiły na Kanonierach suchej nitki, zachwycając się jednocześnie tym, jak bezlitośnie Czerwone Diabły rozprawiły się z Panathinaikosem. Humory po 5:0 musiały być znakomite.

Sygnał, jaki to będzie mecz, Arsene Wenger dał już przed pierwszym gwizdkiem, stawiając na dodatkowych kilka kilo mięśni. Na ławce wylądował Pires i Wiltord, do składu wskoczyli Parlour i Bergkamp. Nikt jednak nie mógł się spodziewać tego, co wydarzyło się w ostatnim kwadransie. Roy Keane szykował podwaliny pod wykartkowanie Patricka Vieiry przez cały mecz, wreszcie w 77. minucie udało się zmusić Vieirę do złapania pierwszego żółtka. Dzieła zniszczenia Francuza dokonał cztery minuty później Ruud van Nistelrooy, po meczu nazwany przez Arsene’a Wengera oszustem. Atakując górną piłkę wskoczył na Vieirę raczej nieszczególnie martwiąc się o to, czy zrobi tym samym krzywdę przeciwnikowi. Francuz poirytowany machnął nogami w jego stronę i choć nie trafił Holendra, ten wykonał teatralny unik, którym „kupił” u sędziego drugą żółtą kartkę. Wściekły Vieira próbował go dopaść, ale na drodze stanął mu – a jakże – Roy Keane.

To jednak nie koniec dramaturgii, bo w doliczonym czasie gry zastępujący nieobecnego Campbella Martin Keown powalił w polu karnym Diego Forlana. Nietrudno sobie wyobrazić, ile radości dało piłkarzom Arsenalu pudło van Nistelrooya – Holender huknął bowiem w poprzeczkę bramki Jensa Lehmanna. Kilka chwil później otoczył go kordon graczy Kanonierów, każdy kolejny chciał mu nawrzucać za swojego kapitana i wykpić pudło z wapna.

Arsenal niebędący w najlepszej dyspozycji urwał się ze stryczka. 0:0 na Old Trafford smakowało jak zwycięstwo.

— Wiele osób twierdzi, że mecz z Manchesterem United był dla nas punktem zwrotnym. Bo był. Zgarnęli nam tytuł sprzed nosa rok wcześniej. Gdyby wygrali tamto spotkanie, mentalnie byliby daleko przed nami — mówił lata później Martin Keown.

Mniej przyjemnie zrobiło się pod koniec października, gdy FA zarządziła kary dla piłkarzy Kanonierów za zajścia z końcówki spotkania:

Lauren – 4 spotkania zawieszenia i 40 tys. funtów kary
Martin Keown – 3 spotkania zawieszenia i 20 tys. funtów kary
Patrick Vieira – 1 mecz zawieszenia i 20 tys. funtów kary
Ray Parlour – 1 mecz zawieszenia i 10 tys. funtów kary
Ashley Cole – 10 tys. funtów kary

Sir Alex Ferguson mimo wszystko nie był zachwycony wymiarem sprawiedliwości. Zarzucił publicznie Arsenalowi, że ten ułożył się z Football Association, byle tylko banicja poszczególnych piłkarzy nie była zbyt długa i bolesna dla drużyny z Highbury.

4 PAŹDZIERNIKA 2003
LIVERPOOL – ARSENAL 1:2

— Gdybyś powiedział mi tamtego dnia, że Arsenal zakończy sezon niepokonany… zaśmiałbym ci się w twarz. Byli fatalni, zdeklasowani przez średni zespół Liverpoolu — wspominał Chris Harris, redaktor oficjalnej strony klubowej.

The Reds, podobnie jak choćby Manchester City we wspomnianym wyjazdowym starciu z końcówki sierpnia, zawłaszczyli sobie pierwszą połowę spotkania. Prowadzili 1:0, mogli spokojnie powiększyć to prowadzenie. Zamiast tego jednak wyszła niezdarność drużyny Gerarda Houlliera – Sami Hyypia w 30. minucie strzelił samobójczą bramkę, w drugiej połowie Arsenal raz jeszcze zagrał jak odmieniony. Nic nie wpadało jednak aż do chwili, gdy Robert Pires dostał piłkę na dwudziestym metrze przed bramką Jerzego Dudka. Polak nie mógł zrobić nic, tak piękny i precyzyjny był to strzał.

18 PAŹDZIERNIKA 2003
ARSENAL – CHELSEA 2:1

— Roman Abramowicz zajechał na nasze podwórko swoim czołgiem i strzela pięćdziesięciofuntowymi banknotami — obrazowo nakreślał, jak wyglądała Premier League krótko po tym, jak rosyjski miliarder przejął klub ze Stamford Bridge. Patrick Vieira i Thierry Henry byli przez niego wodzeni na pokuszenie, co tylko dodawało pikanterii pierwszemu starciu nowobogackich z Kanonierami.

Crespo, Mutu, Duff, Makelele, Parker, Smertin, Cole, Geremi, Bridge, Johnson – pierwsza ofensywa transferowa musiała robić wrażenie. Claudio Ranieri zdołał z nowych klocków poskładać drużynę, która błyskawicznie w lidze odpaliła. Połowa października, The Blues wciąż pozostawali niepokonani.

Pierwsze prowadzenie Arsenalu w meczu trwało zaledwie trzy minuty. Gola Edu wymazał swoim trafieniem Hernan Crespo. Od tamtej chwili Kanonierzy nie byli w stanie pokonać Carlo Cudiciniego, który rozgrywał jeden z najlepszych meczów w karierze. Albo raczej najlepsze cztery kwadranse w karierze, bo to, co zrobił w 75. minucie, zniweczyło wszystkie wcześniejsze starania, by utrzymać Chelsea w meczu. Robert Pires zagrał po ziemi w pole karne do Thierry’ego Henry’ego, ale Włoch był do piłki pierwszy. Rzucił się na nią i… wypuścił z rąk, trafiając w nogi Francuza.

Pozamiatane.

8 LISTOPADA 2003
ARSENAL – TOTTENHAM 2:1

Jedno z najbardziej fartownych zwycięstw Arsenalu w tamtym sezonie? Oj tak, zdecydowanie. Scenariusz dobrze już znany z poprzednich miesięcy – rywal świetnie zaczyna, ale marnie kończy. Tottenham, podobnie jak i Liverpool, mógł (powinien?) prowadzić wyżej nim Arsene Wenger zaczął swoją magię w szatni, a później przy linii bocznej, dokonując właściwych zmian.

Przy linii bocznej zapadła też decyzja, która przywróciła Kanonierów do tego spotkania. Wychodzący w 69. minucie do prostopadłego podania Raya Parloura Thierry Henry był na spalonym, co do tego nie ma wątpliwości. Asystent sędziego Halseya nie podniósł jednak ręki z chorągiewką w górę, co gracze Tottenhamu postanowili natychmiast oprotestować. Rzecz w tym, że akcja szła dalej, a oni stracili czas na protesty, przez co nie udało im się później powstrzymać Piresa przed dobitką strzału Henry’ego.

Szala przechyliła się na stronę Arsenalu, co kilka minut później wykorzystał Fredrik Ljungberg. To nie było jednak łatwe zwycięstwo i zawodnicy Kanonierów dobrze o tym wiedzieli. Wiedział też Jens Lehmann, po golu Szweda w ekstazie celebrujący przed północną trybuną.

7 STYCZNIA 2004
EVERTON – ARSENAL 1:1

Z dzisiejszym Liverpoolem Arsenal miał coś więcej wspólnego, niż tylko ambicję, by przez cały sezon pozostać niepokonanym, która w styczniu wciąż miała prawo się tlić. Otóż w Lidze Mistrzów Kanonierzy musieli drżeć o awans z grupy do samego końca. Przegrali z Interem na otwarcie, to już wiemy, ale – podobnie jak choćby Tottenham rok temu – po trzech seriach gier mieli zaledwie jeden punkt na koncie. Przegrali bowiem również z Dynamem Kijów. Comeback był jednak niesamowity, przypieczętowany na San Siro wygraną 5:1 z Interem.

W lidze też nie było lekko. Do meczu z Evertonem Arsenal nie przystępował wcale jako lider, wyglądał bowiem zza pleców Manchesteru United. Wcześniej pokonanego przez Southampton, Fulham i Chelsea, ale za to bardzo rzadko remisujący. Kanonierzy gubili po dwa punkty w sześciu meczach pierwszej połówki sezonu, Czerwone Diabły dzieliły się punktami ledwie raz – we wspomnianym starciu z Arsenalem przypominającym regularną boiskową wojnę.

Spotkanie z Evertonem w teorii nie zapowiadało się jako najtrudniejsze. Rzecz w tym, że to właśnie The Toffees w dziesiątej kolejce poprzedniego sezonu odebrali Arsenalowi miano niepokonanego w iście dramatycznych okolicznościach. Wayne Rooney, wtedy jeszcze 16-letni dzieciak – w 90. minucie strzelił na 2:1. Arsene Wenger przyznał po meczu, że tamto wydarzenie siedziało w głowach jego piłkarzy, gdy grali na Goodison Park.

Znów nie udało się tego obiektu zdobyć, choć Arsenal prowadził po pierwszym w sezonie golu Nwankwo Kanu. Arsenal wciąż był niepokonany, ale jego aspiracje, by tak pozostało do końca sezonu, były coraz mocniej podważane.

28 MARCA 2004
ARSENAL – MANCHESTER UNITED 1:1

Intensywny to był marzec dla Arsenalu i to też ostrzeżenie dla Liverpoolu, jeśli ten marzy o pozostaniu niepokonanym. Bo największe wyboje na drodze Kanonierów pojawiły się na przełomie marca i kwietnia. Nic w tym jednak dziwnego, skoro pomiędzy 24 marca a 9 kwietnia kalendarz Kanonierów wyglądał tak:

24.03 – wyjazdowy mecz z Chelsea (1/4 finału Ligi Mistrzów)
28.03 – mecz u siebie z Manchesterem United (Premier League)
3.04 – mecz u siebie z Manchesterem United (1/2 finału FA Cup)
6.04 – mecz u siebie z Chelsea (1/4 finału Ligi Mistrzów)
9.04 – mecz u siebie z Liverpoolem (Premier League)

W tych kilka tygodni Arsenal mógł przegrać wszystko. Odpadł z Champions League i pucharu Anglii, tracąc najpierw szanse na potrójną, a potem na podwójną koronę na przestrzeni zaledwie czterech dni. Udało się jednak zachować status niepokonanych w lidze, Manchester United ograł Kanonierów na ich terenie w pucharze, w Premier League tylko remisując.

Znów był to niesamowicie nerwowy mecz, który wypruł podopiecznych Wengera z sił i wzbudził w nich wiele negatywnych emocji. Mogło być inaczej, gdyby nie błąd obrony, który dał Manchesterowi United wyrównanie w 88. minucie po golu Louisa Sahy. Arsenal miał prowadzenie, Thierry Henry miał kolejnego gola przeciwko Czerwonym Diabłom, próby United pełzły raz za razem na niczym, podobnie jak próby wymuszenia rzutu karnego, jak ta Gary’ego Neville’a z końcówki pierwszej połowy.

Nerwy miały ponoć tak wziąć górę nad Thierrym Henrym, że Francuz po meczu poszarpał się z kolegą z drużyny Laurenem za to, że ten w idealnej sytuacji na 2:1 zamiast podawać, próbował sam nieudolnie zostać bohaterem. „Henry zachowywał się jak dzikus” – pisał o tym zdarzeniu Oliver Holt.

9 KWIETNIA 2004
ARSENAL – LIVERPOOL 4:2

Siedmiopunktowa przewaga nad Chelsea dawała Arsenalowi względny spokój, po remisie z United sir Alex Ferguson stwierdził nawet, że wyścig mistrzowski się zakończył, że Kanonierzy są już „w domu”.

Witali się z gąską, to na pewno. Ale jednocześnie w kilka dni stracili szansę na dwa ważne trofea, a wyczerpująca seria spotkań z najsilniejszymi krajowymi rywalami zrobiła swoje. W pierwszej połowie spotkania z The Reds Arsenalu znów na boisku nie było. Rywale z Anfield dwa razy wyszli na prowadzenie, w szatni było naprawdę gęsto, co kilka dni później na łamach Guardiana zdradził Dennis Bergkamp.

— Pierwszych kilka minut siedzieliśmy w kompletnej ciszy. Czuliśmy się wszyscy przedziwnie. To był ten rodzaj ciszy, gdy wszyscy są w wielkim szoku. Nie mieliśmy słów odpowiednich, by wyrazić, co czujemy. Po kilku minutach ktoś spytał: „co się z nami dzieje?”. Zaczęliśmy się nawzajem motywować, boss był w to mocno zaangażowany. Można było poczuć jego pasję – to nie była kolejna jego przemowa w przerwie, jego słowa były bardzo mocne, powiedział zdecydowanie więcej niż zwykle.

Przemiana, jaką przeszli Kanonierzy w kwadrans pomiędzy połowami była niesamowita. Piętnaście minut później było już 3:2, Arsenal znów złapał swój rytm, piłkarze wzięli do ręki pióro i dopisali kolejne złote zgłoski do tej historii. Zmartwienia minionych kilkunastu dni można było przekreślić grubą kreską.

11 KWIETNIA 2004
NEWCASTLE UNITED – ARSENAL 0:0

Kilka dni po starciu z Liverpoolem, po tym jak ofensywna machina weszła na najwyższe obroty, przyszedł jednak mecz z Newcastle, gdy nie chciało wpaść nic. Nawet fenomenalne uderzenie Thierry’ego Henry’ego, które z pewnością kandydowałoby do miana gola sezonu.

Dlaczego wspominamy to spotkanie? A no dlatego, że w nim miała miejsce jedna z najlepszych interwencji sezonu Jensa Lehmanna. Tak jak wielokrotnie status niepokonanych ratowali piłkarze linii pomocy czy ataku, tak tutaj za remis w ogromnej mierze odpowiadał Niemiec. Craig Bellamy poszedł na zagranie Alana Shearera jak dzik w żołędzie i choć nie uderzył mocno, to strzelił bardzo precyzyjnie, po ziemi, chciałoby się powiedzieć: nie do obrony.

Z tym, że jednak do obrony, jak się miało ułamki sekund później okazać.

4 MAJA 2004
PORTSMOUTH – ARSENAL 1:1

Już w kwietniu mistrzostwo było klepnięte. Tym donioślejsza to historia dla fanów Arsenalu, że decydujący punkt udało się ugrać na White Hart Lane, pierwsza impreza miała więc miejsce na stadionie odwiecznego rywala z północnego Londynu. Robota wciąż nie była jednak zakończona – Kanonierzy cały czas nie dawali się zwyciężyć, a do końca pozostawały juz tylko cztery spotkania.

Trudno jednak było znaleźć takie pokłady motywacji jak wtedy, gdy wciąż goniła Chelsea, gdy nie można było być pewnym zakończenia sezonu z pucharem w gablocie. I to dało się we znaki. Tuż po mistrzowskiej balandze Arsenal zremisował 0:0 z Birmingham, nie oddając w pierwszej połowie jednego celnego strzału.

Moment, który mógł przekreślić całą pisaną przez Kanonierów historię, nastąpił jednak kolejkę później, w 36. serii gier. Portsmouth remisowało z nowo koronowanym mistrzem 1:1, gdy Yakubu Ayegbeni wyszedł sam na sam z Jensem Lehmannem. Raz już go w tym meczu pokonał, w dużo trudniejszej sytuacji, z ostrego kąta. Niemiec musiał zdać się na instynkt i liczyć, że Nigeryjczyk nie uderzy dość dobrze.

Udało się. Trafił w niego, udało mu się nawet nie wypuścić futbolówki z rąk po zatrzymaniu strzału.

15 MAJA 2004
ARSENAL – LEICESTER 2:1

Już grała muzyka, już lały się drinki, a parkiet był pełen. Wystarczyło ostatniego dnia sezonu nie przegrać ze spadkowiczem z Leicester, by na stałe zapisać się w historii angielskiego futbolu.

W tamtym dniu doszło swoją drogą także do innego wydarzenia, które miało dać kibicom Arsenalu wiele radości. Choć jeszcze nie wtedy, ale w przyszłych latach – i owszem. Kibicom zaprezentowany został bowiem wtedy nowy nabytek klubu, chłopak który robił furorę w lidze holenderskiej. Tak, w jedno z najpiękniejszych popołudni w historii Arsenalu został też zaprezentowany jeden z najlepszych piłkarzy, jacy grali w tym klubie w XXI wieku. Robin van Persie.

Lisy nie miały jednak zamiaru przyłączyć się do zabawy z Kanonierami. Paul Dickov – były napastnik Arsenalu, no a jakże! – w 26. minucie wszedł, wyłączył muzykę, zgasił światła i kazał się rozejść. Highbury, gotowe do świętowania, było w lekkim szoku. Wielu piłkarzy mówiło później, że w przerwie meczu z Lisami doszło do nich na dobre, co mogą osiągnąć, jeśli tylko odwrócą jego losy. Wiara w to, że tak właśnie się stanie, poniosła ich od pierwszej sekundy po zmianie stron.

Już minutę po gwizdku Thierry Henry wyrównał z rzutu karnego. Stając się pierwszym piłkarzem Kanonierów z trzydziestoma bramkami w sezonie ligowym od czasów Ronniego Rooke’a, któremu podobna sztuka udała się ponad pół wieku wcześniej. Od tamtej chwili nic już nie mogło zagrozić drużynie Arsene’a Wengera. Gol Patricka Vieiry po przepięknym podaniu od Dennisa Bergkampa tylko to potwierdził. Kanonierzy stali się tym, kim chcą stać się dziś piłkarze Liverpoolu. Niezwyciężonymi na ligowym froncie.

Nauka z doświadczeń Arsenalu płynie jednak przede wszystkim taka, że to, co najtrudniejsze, może jeszcze nadejść. Szczególnie wtedy, gdy trzeba będzie wcisnąć w kalendarz kilka meczów w trzy-, czterodniowych odstępach.

SZYMON PODSTUFKA

fot. Arsenal.com

KOMENTARZE (1)