Napoli z awansem, ale dalej bez tożsamości
Włochy

Napoli z awansem, ale dalej bez tożsamości

Trzeba by mieć nierówno pod sufitem, żeby twierdzić, że Gennaro Gattuso nie ma tożsamości. Włoch aż kipi charakterystycznością. Pokazuje ją na każdym kroku. W Napoli nie jest inaczej. Cały czas chodzi przy ławce, krzyczy, woła, pokazuje, groźnie kiwa palcem, wytrzeszczając przy tym oczy na sobie jedynie wiadomy sposób, który w założeniu ma straszyć rywali. Aktywny przez całe dziewięćdziesiąt minut. Jego podopiecznym, jakkolwiek intensywnie nie byliby przez niego motywowani, brakuje jednak podobnego wigoru. I nie zmieni tego nawet relatywnie łatwe zwycięstwo w 1/8 Pucharu Włoch z Perugią. To byłoby za proste, a świat prosty nie jest.

Będziemy okrutni: tegoroczne Napoli jest zwyczajnie nudne. W ostatnich jedenastu meczach ligowych wygrało zaledwie raz, jeszcze w minionym roku z Sassoulo, a poza tym szarość, marazm i bida z nędzą. Zajmuje jedenaste miejsce w tabeli, dawno straciło już szanse na wymarzone mistrzostwo Włoch i może tylko liczyć na ratowanie sezonu takimi spotkaniami, jak to z Perugią w Coppa Italia. I nie jest to specjalnie skomplikowane zadanie, bo przeciwnik to przeciętniak Serie B, pozbawiony znanych nazwisk, nastawiony defensywnie i podchodzący do faworyzowanego rywala z nabożnym respektem.

Najwięcej o Perugii pokazał początek spotkania, kiedy to Falcinelli z Iemmello przeprowadzili dwie samotne akcje na bramkę Davida Ospiny. Nie było w tym za wiele romantyzmu. Ot, raz jeden, raz drugi napastnik drugoligowca prowadził piłkę przez kilkanaście metrów, osaczony przez trzech-czterech defensorów Napoli, żeby potem oddać leciutki, niegroźny, nawet może żałosny strzał, który nie skrzywdziłby nawet najgłupszej muchy. Neapolitańczycy postanowili więc przejechać spotkanie na ekonomicznym drugim biegu. Powolutku, na chodzonego, pogrywając sobie w trójkącikach, przetrzymując piłkę i unikając strat.

Jedynym gościem, któremu zależało trochę bardziej był Hirving Lozano. Meksykanin w tym sezonie totalnie zawodzi, w 14 ligowych meczach zdobył raptem 2 bramki, jest krytykowany, Gattuso nie ma na niego żadnego pomysłu, więc siłą rzeczy za wszelką cenę chciał pokazać, że jest w stanie wziąć sprawy w swoje ręce. Wychodziło mu to kiepsko. Przyjmował futbolówkę na swojej flance, wzrok w ziemię i hop siup, byle do przodu, byle na bramkę, byle strzelić gola. Chyba nie trzeba tłumaczyć, jak się kończą takie straceńcze rajdy jeźdźców bez głowy…

Jego idealnym przeciwieństwem był Piotr Zieliński. Z trzech (tak, trzech, bo w kadrze meczowej znalazł się jeszcze młody Hubert Idasiak – ostatecznie na trybunach) w składzie Napoli tylko on wybiegł w pierwszym składzie i widać było, że czuje się pewnie. Tym razem nie był klasyczną ”8”. Nie cofał się do rozgrywania, nie wychodził do defensorów, a dużo więcej czasu spędzał, szukając sobie przestrzeni nieopodal pola karnego rywali. I wyglądało to naprawdę nieźle. Kilka razy świetnie wypatrzył lepiej ustawionych kolegów, imponował przeglądem pola, przebojowością, a balans ciała, którym rozpędzony przewrócił Marco Carraro – klasa światowa. W NBA na takie zagrania mówi się, że to ankle breaker. W jednej chwili facet stoi, w drugiej czołga się po ziemi.

Zielińskiemu zabrakło tylko jednego – konkretów, bo kiedy dochodziło do sytuacji, w której mógł cokolwiek zdziałać w rozumieniu bramek i asyst, on albo był popychany przez defensorów Perugii, albo sam się przewracał, albo, to już rzadziej, wybierał niewłaściwą opcję sfinalizowania akcji. Szkoda, ale doskonale wyręczył go w tym Insigne, który zdobył obie bramki na wagę awansu. Obie z karnego i obie w bliźniaczy sposób. Swoją drogą, coś się nam wydaje, że mógł w tym podpatrywać Roberta Lewandowskiego, bo charakterystyczny naskok przed samym strzałem, który całkowicie myli golkipera, to coś, co na świecie rozsławił polski snajper.

Arkadiusz Milik cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych, ale oglądając poczynania zastępującego go Fernando Llorente, można było odnieść tylko jedno wrażenie: Arek może spać spokojnie. Zresztą sam chyba też niespecjalnie martwił się o swoją pozycję w hierarchii napastników Napoli, bo ilekroć realizator pokazywał go na ławce, ten szeroko się szczerzył i z kimś tam sobie konwersował. W za dobrej jest formie, żeby trzeba było oddelegowywać go na tak słabego rywala.

Perugia z każdą minutą traciła zaś siły i wyglądała coraz słabiej. Była zwyczajnie, co tu dużo tłumaczyć, dwie klasy gorsza. I to nawet w sytuacji, kiedy po pierwszej połowie mogło być 2:1, bo Iemmello nie wykorzystał karnego. Z pozoru nieważna sytuacja, bo Napoli pewnie wszystko by odrobiło, ale musimy o niej opowiedzieć w innym kontekście. Bo to była niezła farsa. Najpierw Hysaj zablokował dośrodkowanie jednego z piłkarzy Perugii w taki sposób, że piłka najpierw odbiła się od jego nogi, a potem od nienaturalnie ułożonej ręki. Wszystko to działo się w polu karnym. Sędzia wskazał na rzut rożny, ale od razu skonsultował się z wozem VAR. Konsultacja trwała dwie minuty, po których arbiter zdecydował się sam pobiec do telewizorka VAR. Patrzy, patrzy, patrzy, patrzy, odbiega, zaraz wraca, patrzy, patrzy, patrzy, wraca na boisko i stoi. Mijają kolejne minuty, a decyzji brak. Ostatecznie się zdecydował, ale jego hamletyzowanie naprawdę pozostawiło niesmak.

I to jest właśnie przewrotność piłki. Mogą funkcjonować najlepsze technologie, ale i tak w końcu decyzję będzie podejmował człowiek, który co by się nie działo, czasami musi się porządnie zastanowić, bo nawet najdokładniejsze powtórki nie pokażą wszystkiego i nie podejmą za kogoś dobrej decyzji.

No cóż, wracając, Napoli zagrało na luzaku, awansowało sobie do kolejnej pucharowej rundy, przedłużyło swoje nadzieje, że ten sezon nie będzie totalnym paździerzem na każdym poziomie, ale co z tego, skoro stylu, tożsamości i zwykłych jaj dalej bramek.

Napoli 2:0 Perugia

26′, 38′ Insigne z karnych

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)