Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Jak poinformował Dominik Klekowski – czterech piłkarzy Lechii Gdańsk złożyło w grudniu pisemne wnioski o przyspieszenie wypłaty zaległych pensji. Trójka z nich – Sławomir Peszko, Artur Sobiech i Rafał Wolski – znalazła się obecnie na wylocie z klubu. Zostali spłaceni, ale jednocześnie klub nie zdecydował się wziąć na siebie wiosennych zobowiązań kontraktowych, bo wbrew pozorom w Lechii stuzłotówki nie rosną na drzewach.

Moim zdaniem to jedna z najsmutniejszych informacji tego sezonu. I to nie tylko dla kibiców z Gdańska. Smutek jest tutaj bowiem wywołany nie sytuacją, w jakiej znalazł się pojedynczy klub, ale miejscem, w którym znajduje się polski futbol na początku lat dwudziestych.

Lechia Gdańsk to przecież nie jest jakiś mutant z nizin pierwszej ligi, który żyje od pierwszego do pierwszego, próbując jakoś załatać dziury w budżecie sporadycznym wsparciem od lokalnego biznesu. Wręcz przeciwnie, gdańszczanie w teorii mają absolutnie wszystko, by stanowić klub niemalże modelowy. Latem wydawali się diabelnie mocni, bo robili dokładnie to, czego oczekuje się od polskiego klubu.

Uznany trener z ręką do wprowadzania do składu młodych piłkarzy, obdarowany sporym zaufaniem oraz możliwością budowy drużyny dłużej niż przez 6 miesięcy? Jest. Piotr Stokowiec potwierdził swoje zalety, z których był znany już w Lubinie. Miewał słabsze momenty, ale generalnie to nadal polska czołówka, jeśli na kimś budować – to właśnie na człowieku, który zapewnił łagodny wjazd do seniorskiej piłki całemu zastępowi piłkarzy, rozwijając potencjał wielu z nich.

Utrzymany został skład, który doprowadził Lechię do zwycięstwa w Pucharze Polski oraz solidnej gry w Ekstraklasie. W przeciwieństwie do większości polskich klubów świeżo po sukcesie, nie doszło do wyprzedaży, utrzymano w zespole najważniejsze ogniwa, a dorzucono też do tego logiczne uzupełnienia – by wskazać Żarko Udovicicia, jednego z najlepszych skrzydłowych ubiegłego sezonu. Utrzymano w składzie Haraslina. Utrzymano w składzie Mladenovicia. Młodzi piłkarze wskakiwali z każdym meczem na coraz wyższy poziom – wspomnieć tu można zarówno o Fili, jak i o Makowskim.

Lechia ma świetny, piękny stadion. Lechia ma niezłą akademię, która łapie się do tzw. Big Six. Lechię ominęły rewolucje w każdym okienku transferowym, wręcz przeciwnie: spora część drużyny gra tu już trzeci sezon.

I ten klub ma zaległości finansowe, ba, jest właściwie zmuszony do oddania piłkarzy, bo w innym układzie niewykluczony byłby scenariusz z licencyjnymi konsekwencjami długów wobec zawodników. Co więcej – to nie jest pierwszy, drugi ani trzeci raz, gdy z Trójmiasta docierają podobne sygnały. Najmocniej utkwił mi w pamięci numer z 2017 roku, gdy prezes Adam Mandziara tłumaczył zaległości pracą banków. Aż przypomniałem sobie tekst z tamtego okresu, bo był naprawdę zabawny.

Trzeba dowieść, że 31 października nie ma już zaległości, których termin płatności upłynął do dnia 30 czerwca. Jak w tym świetle wygląda tłumaczenie Mandziary? Cóż – banki w Gdańsku po owocnym tygodniu pracy, w piątek, 30 czerwca, zatrzasnęły drzwi na głucho i aż do końca października nie akceptowały próśb Lechii Gdańsk o wykonanie przelewów. Lechia już 3 lipca, po tym feralnym weekendzie, łomotała w stalowe wrota, ale wszystkie placówki pozostawały nieugięte. Inny wariant to przewidziany przez nas na wstępie „gdański weekend”. 30 czerwca musiało pójść naprawdę grubo, jeśli towarzystwo zaległości spłaciło dopiero w listopadzie, a na to wskazuje zarówno komunikat Komisji ds. Licencji, jak i szersze wyjaśnienia jej szefa w mediach.

Po całej sytuacji jesteśmy bogatsi o dwie ważne informacje: po pierwsze, jak weekend, to tylko w Gdańsku. Cztery miesiące upływają szybciej niż trzy dni w innym mieście. Po drugie zaś – jeśli do banku, to nigdy w Gdańsku. Nieczynne przez całe wakacje.

Minęły dwa lata, a te trójmiejskie placówki bankowe nadal pracują w cały świat, przez co bardzo ciężko o terminowe wypłaty dla zawodników.

Ale wróćmy do smutku. Naprawdę przybity byłem po dwumeczu Lechii z Broendby, bo uważałem, że lechiści zrobili wszystko dobrze, według wszelkich podręczników mądrego zarządzania klubem, a nawet to nie wystarczyło, by wygrać z wcale nie najlepszym zespołem wcale nie najlepszej ligi. To było sportowe wyznaczenie naszego miejsca w świecie – nasz aktualny sufit znajduje się gdzieś w okolicach duńskiej podłogi. Były momenty, gdy byliśmy trochę wyżej, zwłaszcza Legia w okolicach 2016 roku, ale od tej pory wszyscy solidarnie trwonimy tamten kapitał. Jestem daleki od populizmu, nie uważam, że futbol na Łotwie jest silniejszy niż rodzima piłka, bo Piast wtopił z Rygą. Wręcz przeciwnie – od Piasta przecież niczego nie oczekiwaliśmy, to niespodziewany mistrz, który w dodatku w przerwie między sezonami doznał ogromnych osłabień w każdej formacji.

Jednakże Lechia była czymś zupełnie innym. Była właściwie finalnym produktem głębszego planu rozłożonego na kilka lat, a jeśli nie finalnym – to bardzo bliskim finalnego. I co? W mordę, bardzo mocno, bez ostrzeżenia.

Teraz wyznacza się nasze miejsce w futbolu również pod względem organizacyjnym. Lechia od lat ambitna, bijąca się w sumie w czołówce, już otrzaskana z Ekstraklasą i transzami z telewizji, już nauczona pewnymi błędami – swoimi oraz klubów z towarzystwa – po raz kolejny balansuje na granicy wypłacalności. Przecież to jest jak głośny okrzyk: król jest nagi. Czym są zwycięstwa ligowe, czym jest utrzymanie w składzie Haraslina, jeśli to dzieje się przy takim organizacyjnym bajzlu? Trochę nabijałem się z rumuńskiego futbolu, gdzie „pocałunek śmierci” w pucharach był na tyle mocny, że zasłużone ekipy znikały z mapy. A u siebie mamy prawie to samo.

Oczywiście, wątpię by Lechia zawinęła mandżur i poszła drogą klubów z Łodzi, ale okazuje się, że ten „sufit”, który osiągnęła latem, został zmontowany na kredycie, wydając wirtualne pieniądze, których nie było w kasie klubu. Tym samym na przestrzeni pół roku Lechia zerwała fasady, którymi obudowany jest polski futbol. Najpierw dowiedzieliśmy się, że sportowa czołówka naszej ligi to sportowa prowincja Europy, a potem jak u Gogola: jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.

No to w Ekstraklasie kilka jest tylko w miarę stabilnych klubów, ale i one, prawdę mówiąc, są kukułkami.

KOMENTARZE (9)