Nowocześni po staroświecku. Jak galaktyczny Bolton namieszał w Premier League
Anglia

Nowocześni po staroświecku. Jak galaktyczny Bolton namieszał w Premier League

Po trzydziestu dwóch kolejkach sezonu 2001/02 ambitny beniaminek Premier League, ekipa Bolton Wanderers, znalazł się w sporych tarapatach. Na które właściwie wcale się nie zanosiło, ponieważ początek rozgrywek wyszedł „Kłusakom” kapitalnie. O bardziej udanym wejściu do ekstraklasy nie mogli marzyć. Po siedmiu spotkaniach podopieczni Sama Allardyce’a zajmowali bowiem sensacyjnie pierwsze miejsce w tabeli. Oczywiście z fotela lidera prędko zostali wygonieni, ale jeszcze przez kilka ładnych tygodni trzymali się dzielnie w górnej połowie stawki. Kryzys formy dopadł ich dopiero późną jesienią. Dopadł i bardzo długo nie wypuszczał ze swych zaciśniętych szponów. Między 24 listopada a 16 marca Bolton wygrał zaledwie jeden mecz ligowy i, pomimo obiecującego startu, jednak uwikłał się w rozpaczliwą walkę o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

6 maja 2002 roku, na pięć kolejek przed końcem sezonu, Wanderers podejmowali u siebie Ipswich Town. Ewentualna porażka w tym starciu mogła zepchnąć gospodarzy pod kreskę. To był mecz z gatunku tych o sześć punktów.

Nic zatem dziwnego, że Allardyce przyłożył się do przygotowania optymalnego planu taktycznego na to spotkanie. W samym centrum jego meczowej strategii znalazł się Fredi Bobić – wypożyczony z Borussii Dortmund napastnik, w swoim czasie naprawdę duża postać Bundesligi. W 1996 roku 37-krotny reprezentant Niemiec założył nawet na głowę koronę króla strzelców niemieckich rozgrywek. Ale przeprowadzka do Anglii niespecjalnie mu służyła.

Bobić, ściągnięty do Boltonu w zimowym oknie transferowym, swojego pierwszego gola w barwach „Kłusaków” zdobył dopiero w dziesiątym występie dla nowego klubu. Jego doświadczenie i szeroki arsenał ofensywnych atutów oczywiście dość pozytywnie oddziaływały na grę zespołu, ale Allardyce czuł podskórnie, że w konfrontacji z Ipswich kluczowa będzie skuteczność pod bramką przeciwnika i szybkie objęcie prowadzenia, celem uniknięcia nerwówki w końcowej fazie spotkania. Potrzebował zatem Bobicia nie tylko gwarantującego jakość w pojedynkach powietrznych czy też grze kombinacyjnej, ale również skutecznego pod bramką przeciwnika. Po prostu. Trzeba było znaleźć jakiś sposób, by reprezentanta Niemiec na dobre odblokować.

Allardyce myślał, myślał, aż wymyślił. Na przedmeczowej odprawie stanął przed Bobiciem, spojrzał mu głęboko w oczy i stwierdził: – Po prostu wyjdź na to pierdolone boisko i wygraj nam ten pierdolony mecz.

Bolton zwyciężył z Ipswich 4:1, wszystkie gole zdobywając jeszcze przed przerwą. Rażący wcześniej nieskutecznością Bobić zdobył hat-tricka, doprowadzając widownię na Reebok Stadium do stanu prawdziwej euforii. Do końca sezonu „Kłusakom” nie udało się już odnieść ani jednego zwycięstwa, ale pościg nie zdołał ich dopędzić. Utrzymali się w Premier League. – Stara, angielska szkoła. Ona naprawdę działa – wspominał Bobić. Dodając, że w Boltonie odzyskał radość z gry w piłkę nożną. – W Niemczech trenerzy przed meczami urządzali nam długie przemowy. Gadali przez dziesięć, czasem nawet piętnaście minut. Allardyce był inny. Wchodził do szatni i komunikował nam co trzeba w błyskawicznym trybie. Taktycznie nie byliśmy wielką drużyną. Ale na boisku czuliśmy się razem świetnie. Dobrze się spisaliśmy w walce o utrzymanie w lidze. Praca z Allardyce’em przypomniała mi, że najważniejsza w futbolu jest pasja.

LEICESTER CITY POKONA DZISIAJ LIVERPOOL? KURS: 3.20 W ETOTO!

Bolton Wanderers 4:1 Ipswich Town (Premier League 2001/02).

Bolton zakończył sezon 2001/02 na szesnastej pozycji w Premier League. Rok później było jeszcze bliżej degradacji, gdy ekipa „Kłusaków” uplasowała się na siedemnastej lokacie – ostatniej spośród gwarantujących utrzymanie w ekstraklasie. Niewielu pewnie wówczas przypuszczało, że Allardyce montuje właśnie na Reebok Stadium drużynę, która lada moment rzuci wyzwanie największym potęgom angielskiego futbolu i zacznie aspirować do miejsca w ligowym TOP4.

Tymczasem to były początki Boltonu, okrzykniętego później – trochę z przekąsem, a trochę na poważnie – angielską odpowiedzią na madryckich Galácticos.

***
Kiedy odnosisz sukces taki jak awans do ekstraklasy, powinieneś się go trzymać i coś na nim zbudować. Jeżeli Bolton przez dziesięć lat zdoła utrzymać się w okolicach środka tabeli Premier League, uznam to za nasze zwycięstwo.
Phil Gartside, były prezes Boltonu
***

Początki Bolton Wanderers sięgają 1874 roku, gdy wielebny Joseph Farrall Wright – anglikański kapłan i wielki miłośnik futbolu – założył drużynę Christ Church FC. Po trzech latach zespół przemianowano i zaczął funkcjonować  pod nazwą, z której znany jest do dziś. Przeszło dekadę później Wanderers znaleźli się w gronie dwunastu klubów-założycieli Football League. Największe sukcesy Boltonu przypadają natomiast na lata dwudzieste poprzedniego stulecia, gdy ekipa z północno zachodniej Anglii aż trzykrotnie zatriumfowała w rozgrywkach Pucharu Anglii.

Pierwsze zwycięstwo klubu w FA Cup przypadło na 1923 rok. Bolton pokonał 2:0 West Ham United, ale spotkanie przeszło do legendy bynajmniej nie ze względu na boiskowe wydarzenia. Był to pierwszy mecz piłkarski rozegrany na starym stadionie Wembley. Według oficjalnych wyliczeń, na trybunach słynnego obiektu pojawiło się około 120 tysięcy kibiców, ale niektórzy historycy frekwencję szacują nawet na dwa razy wyższą. Tak nieprawdopodobnego tłumu nie udało się oczywiście okiełznać. Część widzów zaczęła się wręcz wdzierać na murawę, uniemożliwiając rozpoczęcie spotkania, co zmusiło do interwencji konną policję. Jeden z funkcjonariuszy pojawił się w tłumie na siwku, wyraźnie wyróżniającym się pośród nieprzebranych mas kibiców na pomeczowych, czarno-białych fotografiach. Na cześć tego właśnie zwierzęcia brytyjskie media nazwały mecz „Finałem Białego Konia”.

TOTTENHAM WYGRA DZIŚ Z BRIGHTON? KURS: 1.55 W ETOTO!

Whitehorsefinal

Koń imieniem „Billy” sfotografowany podczas mozolnego przepędzania kibiców z boiska.

Czasy chwały Boltonu nie trwały jednak długo. Po II Wojnie Światowej klub trzymał się jeszcze przez jakiś czas na poziomie angielskiej ekstraklasy, ale jego pozycja w angielskim futbolu stopniowo się kurczyła. Najczarniejsze dni w dziejach Wanderers przypadają na lata osiemdziesiąte. Sezon 1987/88 ekipa „Kłusaków” spędziła na czwartym poziomie rozgrywek.

Przestała pełnić znaczącą rolę nie tylko na mapie piłkarskiej kraju, ale i regionu.

Przebudzenie nadeszło w połowie kolejnej dekady. W sezonie 1994/95 Bolton wywalczył awans do Premier League, powracając tym samym na najwyższy poziom rozgrywek po piętnastu latach tułaczki. Na utrzymanie się w elicie Wanderers byli jednak za ciency – sezon zakończył się dla nich degradacją. Ale po roku udało się do Premier League powrócić. Autorem tego sukcesu był Colin Todd – kiedyś znakomity stoper, wręcz gwiazda angielskiej ekstraklasy, a później zdolny manager. Todd był naprawdę blisko, by w 1998 roku utrzymać klub w najwyższej klasie rozgrywkowej. Ostatecznie Bolton przegrał szansę na pozostanie w elicie w ostatniej kolejce ligowych zmagań i spadł z powodu gorszego bilansu bramkowego od bezpośrednich sąsiadów w tabeli, potwierdzając reputację „klubu jo-jo”. Za mocnego na zaplecze ekstraklasy, a jednocześnie zbyt kruchego, by utrzymać się w Premier League.

W 1999 roku nie udało się jednak „Kłusakom” powrócić do ekstraklasy w ramach efektu jo-jo. Podopieczni Todda przegrali na Wembley finał play-offów i tym razem musieli obejść się smakiem. Mało tego – na początku kolejnej kampanii charyzmatyczny manager po serii nieudanych występów…

Nie, nie został zwolniony. Zrezygnował. I to wcale nie ze względu na kiepską formę drużyny.

Bolton znajdował się w tamtym czasie w dość kiepskiej kondycji finansowej. Ówczesny prezes klubu, Gordon Hargreaves, poszedł na całość i władował olbrzymie nakłady w budowę nowego stadionu. Nie mówimy tu rzecz jasna o jakichś niewiarygodnych kwotach – Reebok Stadium, który w 1997 roku zastąpił przeszło stuletni Burden Park, został zbudowany za plus-minus 30 milionów funtów. Stadion w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych uchodził w Wielkiej Brytanii za architektoniczne cudeńko. Nie przesadzono z wielkością obiektu (niespełna 30 tysięcy krzesełek), mając na uwadze, że Wanderers i tak nie będą w stanie gromadzić na swoich domowych meczach większej widowni. Postawiono na funkcjonalność – Reebok Stadium połączony został z hotelem i całym centrum rekreacyjno-rozrywkowym. Obiekt miał sam na siebie zarabiać.

Początkowo kibice kręcili trochę nosem na sprzedaż praw do nazwy stadionu Reebokowi, domagając się, by arenie nadano imię jakiejś zasłużonej dla klubu postaci. Ale te głosy sprzeciwy szybko przygasły. Zwłaszcza, że firma Reebok powstała przecież właśnie w Boltonie, a bliska współpraca z tą marką tylko podkreślała swojski, niejako rodzinny charakter klubu.

Sprawy zaczęły się komplikować, gdy władze Boltonu nie znalazły kupca na Burden Park i – pomimo istotnych wzmocnień składu – nie wywalczyły w 1999 roku promocji do Premier League. Wanderers spodziewali się dwóch pokaźnych zastrzyków gotówki, tymczasem nie otrzymały żadnego. Pojawiła się zatem paląca potrzeba, by spieniężyć paru zawodników i zasypać tym samym dziurę budżetową. We wrześniu klub zgodził się zatem na to, by Per Frandsen – jeden z najważniejszych zawodników w układance Todda – zmienił Bolton na Blackburn Rovers za niespełna dwa miliony funtów. Manager od początku zapowiadał, że nie wyraża zgody na ten transfer, ale działacze „Kłusaków” uznali, że gotówka jest im w tej chwili bardziej potrzebna niż marudzący szkoleniowiec. – Jestem rozczarowany – komentował Todd. – Muszę odejść. Klub przy takich ograniczeniach nie jest w stanie się rozwijać, a ja nie mogę spełniać tutaj moich osobistych ambicji. Szkoda, bo spędziłem tu świetne lata. Życzę Boltonowi jak najlepiej.

Słowem podsumowania – na starcie sezonu 1999/2000 Bolton znalazł się nagle bez pieniędzy, bez uwielbianego przez zawodników i kibiców managera, no i bez znakomitego Frandsena. – Jestem w szoku – stwierdził sucho Dean Holdsworth, napastnik „Kłusaków”, w rozmowie z BBC. – Jednego dnia straciliśmy dwie bardzo ważne postaci dla klubu. To nie jest przyjemna niespodzianka.

Hargreaves zapewniał, że klub jest w stanie finansowo udźwignąć walkę o powrót do Premier League. Ale nie dało się przeoczyć, że wobec prezesa Boltonu coraz częściej adresowano na konferencjach prasowych pytania o potencjalne bankructwo klubu. – Nic takiego nam nie grozi. Choć zaznaczam, że sprzedaż Frandsena, której bardzo żałujemy, nie spowoduje, że przekażemy dodatkowe fundusze na wzmocnienia zespołu – oznajmił prezes Wanderers, ku wielkiemu niezadowoleniu kibiców, którzy zaczęli się poważnie obawiać, że drużyna znowu podupadnie.

Wtedy na scenę wkroczył „Big” Sam Allardyce.

ARSENAL WYGRA NA WYJEŹDZIE Z BOURNEMOUTH? KURS: 2.00 W ETOTO!

ab0adaa9-5ce4-4dad-973a-3fbf25a40497-2060x1846

Allardyce pozuje z tortem urodzinowym.

Zwalisty, mierzący przeszło 190 centymetrów wzrostu Anglik w 1999 roku był dopiero na początku swojej trenerskiej drogi. Miał za sobą całkiem niezłą karierę piłkarską, lwią część której spędził reprezentując barwy Boltonu. Trafił do akademii Wanderers jeszcze jako nastolatek i czuł się z klubem dość mocno związany. Dlatego perspektywa wprowadzenia „Kłusaków” do Premier League wydawała mu się kusząca. Do tego stopnia, że Allardyce właściwie z dnia na dzień zrezygnował ze swojej poprzedniej posady, a przecież nie dorabiał sobie stojąc na bramce w nocnym klubie, tylko był managerem trzecioligowego Notts County.

– Zawsze chciałem wrócić do Boltonu – pisał Allardyce w swojej autobiografii. – Urządziliśmy spotkanie w domu Bretta Warburtona, właściciela sieci lokalnych piekarni, który pełnił funkcję wiceprezesa klubu. Dowiedziałem się, że lada dzień Bolton zostanie przejęty przez nowych inwestorów. Najważniejszym z nich miał być Eddie Davies, właściciel potężnej firmy produkującej termostaty do czajników elektronicznych. Davies sprzedawał te elementy na całym świecie i w ten sposób został multimilionerem. Był blisko związany z miastem i chciał zainwestować klub, ale nie interesowała go funkcja prezesa. Bretta też nie. Dlatego na świeczniku postawiono Phila Gartside’a. Ja miałem zostać managerem klubu w ramach nowego rozdania. Trzeba mnie było tylko wyciągnąć z Notts County bez konieczności opłacenia rekompensaty. Jeszcze tego samego dnia wyskoczyłem na piwo z zespołem, a następnego dnia złożyłem rezygnację. Nikt w Notts nie wiedział, że to planuję, nawet moi współpracownicy ze sztabu szkoleniowego.

– Specjalnie wybrałem dzień, gdy drużyna miała wolne – nie chciałem nikogo spotkać w ośrodku treningowym. O szóstej wemknąłem się do biura dyrektora wykonawczego klubu i zostawiłem mu na biurku pismo. Trochę mi zajęło spisanie go bez błędów przez moją cholerną dysleksję. Po cichu zabrałem rzeczy z mojego gabinetu, popędziłem do auta i prysnąłem. O dziewiątej zadzwoniłem do dyrektora mówiąc, że nie mogę kontynuować współpracy, bo wracam do Boltonu. Nie dałem mu nawet czasu na ripostę. Po prostu się rozłączyłem – wyznał Big Sam.

Jego stosunki z działaczami Notts County od pewnego czasu były napięte, więc Anglik w zasadzie cieszył się, mogąc w tak bezczelny sposób pożegnać się z klubem. Działacze „Srok” próbowali się procesować, ale nic nie wskórali. 19 października 1999 roku Allardyce został oficjalnie zaprezentowany jako nowy manager Boltonu. Dokładnie w dniu swoich 45. urodzin.

***
Kiedy zawodnik drużyny przeciwnej gra długą piłkę, dziennikarze chwalą go za rozsądny przerzut. Kiedy my robimy to samo, to okazuje się, że gramy rozpaczliwą lagę na aferę.
Sam Allardyce
***

Big Sam zastał przy Burnden Way całkiem mocną ekipę, zbudowaną na solidnym fundamencie zawodników pochodzących z państw nordyckich. Bramkarzem ekipy Wanderers był niezapomniany Jussi Jääskeläinen – żaden geniusz w swoim fachu, ale na pewno znakomitej klasy rzemieślnik, wyjątkowo solidna firma. W drugiej linii występowali z kolei dwaj Duńczycy: Michael Bro Johansen i Claus Jensen. Ten drugi stał się wkrótce etatowym reprezentantem swojego kraju. W obronie mocny punkt ekipy „Kłusaków” stanowił islandzki stoper Guðni Bergsson, w ataku hasał jego piekielnie uzdolniony rodak, Eiður Guðjohnsen, niebawem zatrudniony przez londyńską Chelsea. Egzotyczną wisienkę na tym nordyckim torcie stanowił natomiast Ricardo Gardner – błyskotliwy skrzydłowy, wielka gwiazda reprezentacji Jamajki. Do tego oczywiście cała plejada mniej lub bardziej utalentowanych Brytyjczyków.

Krótko mówiąc – było kim grać. Ale zanim Allardyce mógł cokolwiek poukładać na boisku, musiał uładzić napiętą sytuację w szatni.

Już samo przyjście Big Sama do zespołu wygenerowało pewien drobny konflikt. Phil Brown, asystent poprzedniego managera „Kłusaków”, przez pewien czas pełnił funkcję tymczasowego szkoleniowca klubu i marzyło mu się przejęcie Boltonu na stałe. Tymczasem robotę sprzątnął mu sprzed nosa Allardyce, w którego sztabie Brown także kiedyś pracował. To podrażniło jego dumę.

– „Brownie” trochę się zezłościł. Ostrzegałem go, że mam zamiar przyjąć tę robotę i zapewniałem, że daję mu wolną rękę w poszukiwaniach nowego klubu, jeżeli nie chce być moim asystentem – wspominał Allardyce. – Nie miałem ochoty na żadne ukrywane resentymenty wewnątrz mojego sztabu. Nie miałem zamiaru zanotować w Boltonie potknięcia. Byłem gotowy na to, by pokazać wszystkim jak wiele dla mnie znaczy ta praca i jak zdolnym trenerem jestem. Nic nie mogło stanąć mi na drodze. Tymczasem Brownie był popularną postacią w klubie. Ludzie kojarzyli go z Boltonem bardziej niż mnie. Obiecałem mu, że jego czas nadejdzie. Odpowiedział: „Ciekawe kiedy, skoro gdziekolwiek się pojawiam, muszę robić za twojego asystenta”. Rozbawił mnie tym argumentem. On też zaczął się śmiać. Napięcie z nas uszło i od tego czasu nie mieliśmy ze sobą żadnych starć.

Tymczasem kłopotów pojawiało się więcej. Fenomenalny stadion robił doskonałe wrażenie, ale równolegle Bolton nie dysponował porządnym ośrodkiem treningowym. – Trenowaliśmy na terenach dawnego poligonu, niedaleko knajpy i kręgielni. Robotnicy schodzili się tam po fajrancie, odpalali piwko, rozsiadali wokół prowizorycznego boiska i komentowali nasze zajęcia. Piłkarze zaraz po treningu rozjeżdżali się do domów, bo nie było gdzie wziąć prysznica.

Brzmi kiepsko, czyż nie? A to jeszcze nie koniec.

W Boltonie od paru ładnych lat występował Andy Todd – zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa, chodzi o syna poprzedniego managera klubu. Wiąże się z nim wyjątkowo ponura historia. Todd-junior podczas zorganizowanej przez Allardyce’a, integracyjnej wycieczki zespołu… dotkliwie pobił wspomnianego Phila Browna. – Kładłem się akurat spać w pokoju hotelowym, gdy ktoś zapukał do moich drzwi. Jeden z zawodników przyleciał i zaczął krzyczeć:  „Szefie! Szefie! Jest problem, musi szef zejść z nami na dół. Todd spuścił Brownowi niezłe lanie. Chyba go zabił”. Zbiegłem natychmiast. Brownie leżał w toalecie, kompletnie nieprzytomny. Jego twarz była totalnie zmasakrowana, przypominała „Człowieka Słonia”. U Toddy’ego nie widać było śladu skruchy. Stwierdził tylko, że Brownie zasłużył na manto.

Sprawę udało się ostatecznie załagodzić i wyciszyć. Asystent – pomimo połamanej szczęki, którą lekarze z niemałym wysiłkiem mu zrekonstruowali – nie zgłosił pobicia na policję, co pozwoliło uniknąć skandalu, a młody Todd został natychmiast sprzedany. – Podczas negocjacji transferowych cały się spociłem. Byłem gotów dopłacić, żeby tylko go od nas zabrali, ale musiałem udawać wyluzowanego – wspominał Big Sam.

Biorąc to wszystko pod uwagę i mając cały czas w pamięci niezmiennie wątpliwą kondycję finansową klubu, trzeba powiedzieć, że pierwszy sezon Allardyce’a w Boltonie był bardzo udany. Klubowi nie udało się powrócić do Premie League, ale angielski manager naprawdę zajadle o to powalczył. Zdążył wprowadzić Wanderers do play-offów, ale tam poległ. Zawędrował też do półfinału Pucharu Anglii. Efektem tych drobnych sukcesów było podpisanie nowego kontraktu z klubem. O umowie zrobiło się na Wyspach naprawdę głośno, klub zaproponował bowiem Allardyce’owi aż dziesięcioletnią współpracę. W rzeczywistości więcej w tym było jednak marketingu niż rzeczywistego zaufania. – To miało być swego rodzaju świadectwo, że Bolton jest klubem godnym zaufania, z długofalową wizją. W rzeczywistości po moim ewentualnym zwolnieniu klub płaciłby mi tylko przez rok, dalszych rekompensat nasza umowa nie obejmowała.

SOUTHAMPTON WYGRA NA WYJEŹDZIE Z CHELSEA? KURS: 7.25 W ETOTO!

Aston Villa 0:0 (k. 4:1) Bolton Wanderers (półfinał FA Cup 1999/2000).

Abstrahując już od szczegółów umowy, związanie się z Allardyce’em na tak długi czas było jednak w jakimś sensie ryzykowne. Złotousty szkoleniowiec już w pierwszych miesiącach swojej pracy na Reebok Stadium dowiódł, że dopóki on rządzi w Boltonie, to lokalnym dziennikarzom na pewno nie zabraknie materiałów na pikantne teksty i głośne nagłówki. Samego siebie Big Sam przeszedł po kontrowersyjnej porażce w play-offach z Ipswich Town. U siebie Wanderers zremisowali z „Traktorzystami” 2:2, na wyjeździe padł z kolei rezultat 3:3, więc sędzia zarządził dogrywkę. Tam gospodarze okazali się już wyraźnie mocniejsi, ostatecznie triumfując 5:3. A naprawę wisieli już na włosku – trafienie przesądzające o dogrywce padło w ostatniej minucie podstawowej części meczu.

Allardyce nie posiadał się jednak z wściekłości. Arbiter prowadzący rewanżowe spotkanie, pan Barry Knight, podyktował aż trzy rzuty karne dla gospodarzy. Jääskeläinen z jednym sobie poradził, pozostałe dwa były poza jego zasięgiem. Na domiar wszystkiego Bolton kończył mecz w dziewiątkę.

– Nie potrafię nawet opisać, co chciałem zrobić wtedy z Knightem. Skąd oni biorą takich sędziów? – pieklił się po latach Allardyce, który próbował dopaść arbitra w tunelu. Długo łomotał pięściami w drzwi do sędziowskiej kanciapy, wykrzykując pogróżki i żądając wyjaśnień. – Starłem się nie przeklinać, co jest dla mnie dość niezwykłe, ale uznałem, że najgrubsze słowa wywrzeszczę Knightowi prosto w twarz. Cwaniaczek zamknął się jednak na klucz w swojej szatni. I pewnie wyszło to na dobre nam obu, bo gdyby dostał go w swoje ręce, to do akcji musiałaby wkroczyć policja. Na konferencji stwierdziłem: „Taki poziom sędziowania jest nie do zaakceptowania. Knight stracił kontrolę nad meczem. Nie powinien już nigdy prowadzić spotkania piłkarskiego”. Wiedziałem, że zostanę za te komentarze potężnie ukarany przez federację, ale miałem to w nosie. Wierzę, że trener powinien mieć możliwość recenzowania pracy sędziego bez lęku i autocenzury.

MANCHESTER UNITED PORADZI SOBIE Z NEWCASTLE? KURS: 1.39 W ETOTO!

Ipswich Town 5:2 Bolton Wanderers (play-offy Football League 1999/2000).

Brak awansu wiązał się z kolejnymi transferami wychodzącymi – grający na zapleczu Premier League klub nie mógł sobie pozwolić, by dłużej utrzymać w swoich szeregach tak utalentowanych zawodników jak wspomnieni Guðjohnsen i Jensen. – Ten sezon w Boltonie wyniósł mnie jako zawodnika na zupełnie inny poziom. Moja reputacja wystrzeliła, a zainteresowanie było ogromne – wspominał Eiður. Niewiele brakowało, a Islandczyk zaprowadziłby przecież ekipę „Kłusaków” do finału Pucharu Anglii. We wspomnianym już starciu półfinałowym z Aston Villą wystawił Deanowi Holdsworthowi piłkę do pustaka. Jego kolega haniebnie chybił. – Nie byłem na niego zły, ale rozczarowany. Doszliśmy w tamtym sezonie do półfinału Pucharu Anglii i półfinału Pucharu Ligi. Odpadliśmy w półfinałach play-offów. To mógł być naprawdę niesamowity sezon. Pruliśmy przed siebie na wszystkich frontach, ostatecznie jednak niczego nie wygrywając. Oczywiście jako młody zawodnik nie miałem prawa, żeby choćby krzywo spojrzeć na Deana po jego pudle!

Pomimo tak znaczących osłabień, Allardyce w sezonie 2000/01 zdołał zrealizować stawiany przed nim cel i wprowadził Bolton z powrotem do angielskiej ekstraklasy. Do zespołu powrócił Per Frandsen, któremu kompletnie nie powiodło się w Blackburn, a ponadto angielski manager bardzo chętnie stawiał na klubową młodzież. Ważną rolę w jego układance zaczął pełnić choćby Kevin Nolan, nastoletni wychowanek „Kłusaków”.

A na samej tylko promocji się przecież nie skończyło.

Jako się rzekło, w 2001 roku Bolton zdołał wreszcie pozbyć się łatki „klubu jo-jo”, utrzymując się w Premier League po spektakularnym triumfie w decydującej konfrontacji z Ipswich Town, stanowiącej niejako zemstę za kontrowersyjną porażkę z „Traktorzystami” w play-offach. Charyzmatyczny manager w zimowym oknie transferowym sezonu 2001/02 dokonał kilku naprawdę konkretnych wzmocnień, które pozwoliły klubowi skutecznie zawalczyć o ligowy byt. Główną postacią ofensywy Wanderers stał się zjawiskowy playmaker, Youri Djorkaeff. Zatrudnienie zawodnika takiego kalibru naprawdę wstrząsnęło Boltonem. Jasne, Djorkaeff był już grubo po trzydziestce i swój piłkarski prime-time miał za sobą. Ale wciąż pozostawał 82-krotnym reprezentantem Francji. Mistrzem świata. Mistrzem Europy. Zawodnikiem, którego kilka lat wcześniej FIFA nominowała do najlepszej XI roku. Gigantem. Na Reebok Stadium zameldowali się też Bruno N’Gotty, Stig Tøfting czy też wspomniany Fredi Bobić. Nazwiska, obok których nie można przejść obojętnie.

Oczywiście tego rodzaju ofensywa transferowa wzbudzała pewne wątpliwości. Do Boltonu trafili zawodnicy niekoniecznie będący w najwyższej dyspozycji, ale każdy z nich wniósł do szatni potężne ego. Zwłaszcza konfliktowy Djorkaeff. Do tego dochodziła też kwestia pokaźnych kontraktów.

Klub balansował na cienkim lodzie, walkę o awans uzależniając od suto opłacanych zawodników, mających za sobą rozmaite przejścia.

– Kiedy reprezentant Francji opuszczał Kaiserslautern, jeden z jego kolegów miał powiedzieć: „Wreszcie „Pan Wielkiego Ego” sobie poszedł. Możemy zacząć trenować jak normalna drużyna” – ostrzegał Glen Moore na łamach The Independent. – W przeszłości Djorkaeff twierdził nawet, że to on jest autorem taktyki, która pozwoliła Francuzom sięgnąć po mistrzostwo świata w 1998 roku. Reputacja aroganta go wyprzedza. (…) Jego sytuacja w poprzednim klubie była tak paskudna, że pewnego dnia otrzymał po prostu tekstową wiadomość od trenera. O treści: „Znajdź sobie nową drużynę”. Dzisiaj Djorkaeff ma zatem do spłacenia w Boltonie dług wdzięczności. Za zaufanie i okazję do regularnych występów. I olbrzymie zarobki, jakie mu w Anglii zagwarantowano. „Miałem oferty ze znacznie słynniejszych klubów ale tutaj poczułem wiarę w moje możliwości” – mówi Youri.

Allardyce rzeczywiście wiedział, jak trafić do serca reprezentanta Francji. – Nie jesteśmy wielką firmą, nie należymy do największych angielskich klubów. Ale stanowimy grupę wojowników, wśród których ty będziesz się wyróżniał. 

SHEFFIELD UNITED WYGRA Z WATFORDEM? KURS: 1.86 W ETOTO!

pulse-sam-allardyce-best-xi-youri-djorkaeff-joins-bolton

Djorkaeff i Allardyce.

Ostatecznie transfer Djorkaeffa okazał się trafiony w dziesiątkę. Gorzej było z Tøftingiem, który kilka miesięcy po przenosinach do Boltonu wdał się w bójkę w kopenhaskiej kawiarni Café Ketchup, zasunął z dyńki jej właścicielowi i wylądował na kilka miesięcy za kartkami.

Jednak Allardyce wprowadzał w klubie zmiany sięgające znacznie głębiej, niż tylko kadry pierwszego zespołu. Jego drużyny – Bolton nie był tu wyjątkiem, wręcz przeciwnie – słynęły zwykle z bardzo prostego stylu. Big Sam lubił obserwować swoich podopiecznych w grze bardzo bezpośredniej, agresywnej. Oczywiście zawsze wynajdywał sobie do gry na fortepianie jakiegoś przykładowego Djorkaeffa czy Guðjohnsena, lecz większość zespołu odpowiadała za dźwiganie instrumentu. Co nie oznacza, że angielski manager swój wkład w postawę drużyny ograniczał do motywacyjnych gadek albo chaotycznie rzucanych poleceń. Wręcz przeciwnie – przemawiać lubił na konferencjach prasowych, ale nie przed zespołem. Natomiast kwestie taktyczne miał zawsze przeanalizowane w najdrobniejszych szczegółach.

– W swoim sztabie chciałem mieć naukowców, specjalistów od przygotowania fizycznego, dietetyków, psychologów. Potrzebowałem lepszych skautów. A przede wszystkim chciałem korzystać z systemu ProZone, który pozwalał analizować mecze przy użyciu kamer rozmieszczonych na stadionie. Chciałem prowadzić zespół po amerykańsku – opowiadał Big Sam. – Budżet na zawodników był niewielki, ale i tak jego część postanowiłem przesunąć na dofinansowanie sztabu. Wiedziałem, że jeżeli mamy konkurować z bogatszymi rywalami, to tylko za sprawą lepszego zaplecza. Musieliśmy być najbardziej innowacyjni w całej lidze.

– Przekonanie zarządu do tych zmian nie było łatwe. W końcu jeden z dyrektorów, Dave Speakman, załatwił nam używane laptopy, bo akurat wymieniał sprzęt w swojej firmie. Wcześnie jedynym komputerem w klubie dysponowała sekretarka – dodał.

***
Zespoły Allardyce’a grają futbol żywcem wyjęty z XIX wieku.
Jose Mourinho
***

Anglik wraz ze swoimi współpracownikami dokonywał analiz, na widok których większość managerów w Premier League popukałaby się w czoło z politowaniem. Jak opisuje Blair Newman z „Guardiana”, system opracowany przez Allardyce’a w Boltonie nazywał się: „fantastyczna czwórka”.

Chodziło o cztery podstawowe punkty, które trzeba było zrealizować, żeby utrzymać się w Premier League. Przede wszystkim – Bolton, by uniknąć degradacji, musiał – zgodnie z wyliczeniami Big Sama – zachować czyste konto w co najmniej szesnastu meczach. Po drugie – wyjście na prowadzenie oznaczało dla zespołu aż 70% szans na wygranie meczu. Po trzecie – 33% goli Bolton musiał zdobyć po stałych fragmentach gry. Po czwarte – 80% szansy na zwycięstwo gwarantowało „Kłusakom” przebiegnięcie większej liczby kilometrów od przeciwnika, przy średniej prędkości biegu 5,5 metra na sekundę. Allardyce całą organizację gry zespołu dostosował właśnie do tych dziwacznych zależności. Był też jednym z pierwszych szkoleniowców, który na szeroką skalę stosował się do analizy POMO („Pozycja Najwyższej Szansy”). Wyliczał, z jakiego miejsca na boisku jego podopieczny jest najgroźniejszy i ustawiał go na murawie w taki sposób, by to właśnie w tej strefie dany zawodnik najczęściej się pojawiał.

Dzisiaj może to już nie robić wielkiego wrażenia, bo mówimy o wyliczeniach, do których dostęp mają zwykli kibice. Ale na początku XXI wieku na wymysł Allardyce’a jedyni patrzyli z podziwem, a inni wręcz przeciwnie. Z pogardą. Tym bardziej, gdy w 2003 roku Wanderers ponownie z wielkim trudem uniknęli spadku. Dla managera najważniejsze było jednak zaufanie władz klubu, a te na każdym kroku mu okazywano.

Kiedy wspomniany już Eddie Davies postanowił pobawić się w futbol na całość i przejął prawie 100% akcji klubu, Allardyce wiedział, że nadeszła chwila, na którą czekał przez lata. Wreszcie mógł odpiąć wrotki na rynku transferowym.

Na starcie sezonu 2003/04 w Boltonie zaroiło się od interesujących zawodników, pościąganych ze wszystkich czterech stron świata. Do klubu trafił między innymi Iván Campo, dwukrotny triumfator Ligi Mistrzów w barwach Realu Madryt. Jego zatrudnienie do dziś pozostaje jednym z najbardziej zaskakujących transferów w najnowszej historii angielskiego futbolu. A na tym przecież nie koniec. Allardyce ściągnął też Steliosa Giannakopoulosa, wielką gwiazdę Olympiakosu Pireus i reprezentacji Grecji. Na Reebok Stadium wylądował też Mário Jardel, który ledwie dwa sezony wcześniej zdobył 42 gole w 30 meczach portugalskiej ekstraklasy i został nagrodzony Europejskim Złotym Butem. Nazwiska można wyliczać, a przecież w Boltonie wciąż występowali Djorkaeff, N’Gotty czy też Gardner.

Jednak największą gwiazdą klubu bez wątpienia stał się Augustine Azuka Jay-Jay Okocha. – Tak dobry, że rodzice nazwali go podwójnie – śpiewali o nim sympatycy „Kłusaków”.

CRYSTAL PALACE POKONA WEST HAM? KURS: 2.40 W ETOTO!

9ac02080-c533-4988-9e0c-a273c5a1890d-620x616

Okocha odbiera urodzinowy tort.

Zatrudnienie niespełna trzydziestoletniego Okochy było jeszcze większym hitem transferowym niż ściągnięcie Djorkaeffa. Nigeryjczyk, choć był zawodnikiem dość chimerycznym, zapracował sobie jednak na status gwiazdy kolejno w lidze niemieckiej, tureckiej i francuskiej. Miał niesamowitą smykałkę do dryblingu, dysponował piorunującym uderzeniem z dystansu. Z futbolówką potrafił wyprawiać cuda, choć często jego popisy stanowiły w gruncie rzeczy sztukę dla sztuki i były kompletnie nieefektywne.

– Z piłką potrafił zrobić wszystko – wspominał Allardyce. – Nawet Cristiano Ronaldo nie mógł się z nim równać. Podnosił ludzi z krzesełek, kochali go wszyscy kibice w Anglii, nawet na wyjazdach był oklaskiwany. Wiecznie uśmiechnięty Afrykanin, uwielbiający drogie zegarki i wielkie samochody. Pamiętam, że młodzi chłopcy z naszej akademii czasem go pytali: „Jay-Jay, powiedz prawdę, ile zarabiasz, że stać cię na te wszystkie auta?”. On odpowiadał tylko: „Chłopcy, jeżeli zaczniecie kiedyś grać na moim poziomie, to też ktoś wam tyle zapłaci i może kupicie sobie jakieś nowe auto. Na razie jednak widzę, że to wam nie grozi”. Zawsze się wtedy zamykali.

Bolton zakończył sezon 2003/04 na ósmym miejscu w tabeli. Dochodząc też do finału Pucharu Ligi.

Największe ekipy z Premier League wciąż zerkały jednak na klub z Reebok Stadium z politowaniem, traktując Allardyce’a i jego zespół jak parweniuszy, poruszających się po futbolowych salonach z gracją Nikodema Dyzmy. Ale Wanderers z każdym kolejnym miesiącem coraz dobitniej udowadniali, że nie można ich już lekceważyć. Kevin Nolan i Nicky Hunt i Kevin Davies stanowili mocny, angielski fundament zespołu skonstruowanego w dużej mierze z obcokrajowców. Układanka Allardyce’a zaczęła wyglądać naprawdę interesująco.

Manager wiedział, jak trafić do swoich podopiecznych, choć był człowiekiem pełnym sprzeczności. Kiedyś podczas przedsezonowego obozu treningowego wspomniany Kevin Davies zameldował się w klubie spóźniony, na dodatek z pokaźną nadwagą. Natychmiast odesłano napastnika na surową dietę. Allardyce początkowo udał, że nic nie wie o sprawie, ale w końcu wezwał do siebie niesfornego zawodnika, pozując na wielkie zatroskanie jego kondycją. W swoim pokoju hotelowym urządził jednak Daviesowi straszliwą tyradę, nazywając go nawet „królem Budweisera” i „królem wszystkich grubasów”. Całą tę straszliwą przemowę przeprowadził z cygarem w jednej dłoni i szklanką rudej na myszach w drugiej. Na szafce koło jego łóżka leżał natomiast talerz pełen wyjątkowo tłustych kiełbasek.

ASTON VILLA POKONA U SIEBIE NORWICH? KURS: 2.15 W ETOTO!

Middlesbrough 2:1 Bolton Wanderers (finał Pucharu Ligi 2004).

Big Sam miał nadzieję, że ustabilizowanie pozycji klubu skłoni właściciela, by jeszcze mocniej rozkręcić kurek z forsą i wreszcie zacząć sięgać po piłkarzy będących w sztosie, a nie wymagających odbudowania lub szukających wygodnego miejsca, by popykać w piłkę przed emeryturą. – Niestety. Nadal musiałem kupować w Tesco, zamiast wybrać się do Harrodsa.

Cóż – może i faktycznie Allardyce przed sezonem 2004/05 musiał się zadowolić towarem z przeceny, ale za to jakim! Z klubem pożegnał się Djorkaeff, lecz został naprawdę godnie zastąpiony. Radhi Jaïdi, Vincent Candela, Gary Speed, Fernando Hierro – w Boltonie lądowali niesamowici piłkarze. Zwłaszcza nazwisko tego ostatniego robiło wręcz piorunujące wrażenie, ostatecznie Hierro to jedna z największych legend Realu Madryt i czołowy stoper swojej generacji. – Nie martwiłem się o nogi moich weteranów, bo potrzebne mi były ich mózgi – wspominał Allardyce. – Hierro chciał doświadczyć gry w Premier League przed emeryturą i chętnie dałem mu tę szansę. Jego agent mówił zresztą, że Fernando chciał też, by jego dzieci nauczyły się angielskiego. Początkowo ustawiałem Hiszpana na stoperze, ale na to był już za stary. Wtedy przesunąłem go wyżej, do środka pola. Grał niewiarygodnie! Nie było w lidze zawodnika lepiej podającego niż Hierro. I biorę też pod uwagę Paula Scholesa. Fernando notował po piętnaście przechwytów na mecz i wygrywał po dwadzieścia główek. Miał najlepsze statystyki ze wszystkich pomocników w Premier League.

Jak gdyby mało było mocnych i skomplikowanych osobowości w zespole, Allardyce ściągnął też do klubu El Hadji Dioufa. Senegalczyk na Wyspach spędził w sumie kilkanaście lat i nigdy nie zdołał zrealizować pokładanych w nim nadziei, ale jeżeli gdziekolwiek grał na poziomie choćby zbliżonym do swojego potencjału, to właśnie w zespole „Kłusaków”.

Efekt tych wszystkich zabiegów był taki, że surowa, twarda, ale mimo wszystko niepozbawiona finezji drużyna Boltonu sezon 2004/05 zakończyła na szóstej lokacie w Premier League, najlepszej w historii klubu. Po raz pierwszy udało się wprowadzić zespół do europejskich pucharów. Wanderers zdobyli w lidze tyle samo punktów co Liverpool, który sięgnął przecież po triumf w Lidze Mistrzów. Do TOP4 zabrakło „Kłusakom” zaledwie trzech oczek. Gdyby nie fatalny okres listopadowo-grudniowy, gdy podopieczni Big Sama nie wygrali ani jednego spotkania, z całą pewnością udałoby się wprowadzić Bolton do Champions League.

Bolton był jedną z dwóch drużyn w lidze, które zdołałby w sezonie 2004/05 strzelić więcej niż jednego gola w starciu przeciwko Chelsea. W styczniu „Kłusakom” udało się też ograć 1:0 potężny w tamtym czasie Arsenal.

EVERTON WYGRA Z BURNLEY? KURS: 1.76 W ETOTO!

52829055.0

Uradowany Fernando Hierro.

– Uwielbiałem to uczucie. Strasznie podobało mi się prowadzenie drużyny, która wciąż potrafiła zaskakiwać większych od siebie – mówił Allardyce w jednym z wywiadów. – Im bardziej chcieli nas wykończyć, tym mocniej zachodziliśmy im za skórę. Przypięto nam łatkę drużyny grającej tylko długimi piłkami. To dlatego, że ci najbogatsi byli zawstydzeni, nie mogąc znaleźć na nas sposobu. Przyzwyczaiłem się do tego. Wszyscy szukali usprawiedliwień, byle tylko nie przyznać się do błędu.

Zwycięstwo nad Arsenalem miało dla Allardyce’a szczególny smak właśnie z tego względu.

– Dziennikarze wciąż zadawali mi te same pytania. „Arsene powiedział, że wygoniliście jego drużynę z boiska treningowego, jak się pan do tego odniesie?”. „Arsene powiedział, że podczas dzisiejszego spotkania nie interesował was futbol, jak pan to skomentuje?”. Tak jak gdybym nie spędzał całych tygodni na analizowaniu konkretnych zawodników i przygotowywaniu meczowej strategii. To naprawdę wymaga sporych umiejętności, żeby obnażyć słabe punkty tak mocnej drużyny, jaką był wtedy Arsenal – żalił się Big Sam. – Kiedy odnosiliśmy sukces, wszyscy skupiali się tylko na tym, że sędzia był dla nas za miękki i nie pokazał kilku czerwonych kartek za nasze faule. Raz Wenger nie podał mi ręki, gdy zremisowałem z nim na Highbury. Zawsze unosiła się wokół niego aura arogancji. Nie proponował mi nigdy zwyczajowego drinka w biurze. Nie odmawiam mu klasy, ale uwielbiałem skopać mu tyłek.

– Rafa Benitez? Kolejny – dodał Allardyce. – Po przegranym meczu mówił: „Oni nie grają futbolu, jaki mnie interesuje”. O co chodzi? Nie interesowało go zwyciężanie? Nie lubił mnie, bo czuł się ode mnie lepszy. Mądrala z Hiszpanii, który nie potrafił znieść, że zbiera baty od takiego prostego chłopa jak ja. Kiedyś powiesiłem jego komentarze w szatni, ale Jay-Jay pościągał kartki ze ściany. „Spokojnie, szefie. Nie musimy się w ten sposób nakręcać. I tak ich pokonamy”.

– W pracy managera chodzi dzisiaj głównie o pozę. Niestety – nic nie poradzę na to, gdzie się urodziłem, jak mówię i jak wyglądam.

LIVERPOOL POKONA LEICESTER CITY? KURS: 2.25 W ETOTO!

Arsenal FC 2:1 Bolton Wanderers (Premier League 2003/04).

Bardzo ciekawie batalie Boltonu z Arsenalem, Liverpoolem i całą resztą angielskich mocarzy opisywał także Michael Cox, znawca brytyjskiego futbolu. Określił on Big Sama mianem „mistrza znajdowania równowagi między futbolem siłowym a polotem”.

– Wenger był prawdziwym rewolucjonistą, wprowadzającym metody naukowe do angielskiej piłki. Natomiast Allardyce wniósł wiele czysto piłkarskich nowinek. Obserwował futbol z innej perspektywy. Zamiast stać w strefie technicznej i wywrzaskiwać polecenia, co jest przyjętym zwyczajem, siadał wysoko na trybunach, by zapewnić sobie widok na taktyczny pojedynek. Decyzje o zmianach przekazywał asystentom przez krótkofalówkę. Dziwne, że nie zaczęto go naśladować, gdy te metody przyniosły zdumiewająco pozytywne efekty – pisał Cox. – W końcu Big Sam wrócił jednak na ławkę, chcąc znajdować się w trakcie meczu bliżej… sędziego technicznego.

– Specjalnością Allardyce’a stało się przekwalifikowywanie zawodników. Z napastników – Henrika Pedersena i Kevina Daviesa – uczynił odpowiednio lewego obrońcę i prawego pomocnika. Przesunął Ricardo Gardnera z lewego skrzydła na lewą obronę. Ivana Campo oraz Fernando Hierro – klasycznych środkowych obrońców – przekwalifikował na grających piłką pomocników. Badał statystyki pod kątem stałych fragmentów, obmyślając bardzo dokładnie, gdzie powinni się ustawiać jego zawodnicy. Nadał nowe znaczenie wytartemu komunałowi o futbolu opartym na prawdopodobieństwie sukcesu. Choć czasem dawał się ponieść instynktowi. Zatrudnienie wspomnianego Campo nie cieszyło się popularnością wśród jego współpracowników. Podobnie jak spontaniczna decyzja, by pod koniec sezonu 2003/04 dawać piłkarzom cztery dni wolnego po każdym zwycięstwie. To doprowadziło jego sztab do furii. A jednak Bolton wygrał wtedy pięć meczów z rzędu. Big Sam uwielbiał statystyki, lecz nie był ich niewolnikiem – stwierdził Cox.

Przygoda Anglika z Boltonem zakończyła się wraz z finiszem sezonu 2006/07. Allardyce ostatecznie do TOP4 Boltonu nie wkręcił, ale uczynił z ekipy „Kłusaków” coś więcej niż tylko ligowego średniaka. Po jego odejściu drużyna już nigdy nie zakończyła rozgrywek w górnej połówce tabeli. W 2012 roku doszło do długo wyczekiwanej degradacji.

***

Po czasach świetności Boltonu pozostały już tylko mgliste wspomnienia.

Gwiazdy tamtej wspaniałej ekipy już dawno pokończyły kariery, a 65-letni Allardyce skompromitował się jako selekcjoner reprezentacji Anglii i zakończył managerską karierę. Phil Gartside zmarł zimą 2016 roku, wykończony przez nowotwór. Eddie Davies odszedł rok temu. Klub ponownie podupadł – sezon 2018/19 zakończył się dla Wanderers sromotną degradacją na poziom trzecioligowy. A to prawdopodobnie nie koniec kłopotów. Bolton tonie bowiem w długach i – pomimo prób przeprowadzenia desperackiej akcji ratunkowej – wisi nad nim widmo całkowitego upadku. Na razie wygląda na to, że 145-letnia organizacja jakoś przetrwa tę straszliwą zawieruchę i nie będzie zmuszona, by swoją pozycję w angielskim futbolu odbudowywać od zera.

Tak czy owak, przed nowymi władzami „Kłusaków” naprawdę daleka droga, by kibice z dawnego Reebok Stadium (dziś obiekt nazywa się University of Bolton Stadium) znowu przeżywali takie emocje jak na początku bieżącego stulecia.

Oczywiście styl gry pamiętnej ekipy Allardyce’a – tak prosty, że aż niekiedy prostacki – nie należał do najpiękniejszych dla oka. Anglik zastosował w drużynie Wanderers wiele nowatorskich pomysłów, lecz ich boiskowym efektem była gra tak bardzo staroświecka, jak tylko można sobie wyobrazić. Niemniej – przez Reebok Stadium na przestrzeni paru lat przewinęło się tylu kapitalnych i słynnych piłkarzy, że stali bywalcy tego stadionu naprawdę mogli się poczuć jak kibice jakiegoś europejskiego potentata. Mnóstwo wielkich nazwisk już w tekście padło, a przecież wyliczankę można jeszcze rozciągnąć o takich piłkarzy jak Hidetoshi Nakata, Jared Borgetti czy Nicolas Anelka. – Allardyce w intrygujący sposób tłumaczył, dlaczego preferuje doświadczonych zawodników. Stwierdził, że w ich przypadku ma możliwość przeanalizowania większej porcji danych w bazie ProZone. Doświadczenie danego piłkarza rozpatrywał nie w kontekście wiedzy gracza o piłce, lecz własnej wiedzy o danym graczu – zauważył Cox.

Allardyce o swoją koncepcję budowy drużyny tłumaczył natomiast z wrodzoną skromnością: – Potrafiłem ocenić charakter piłkarza. Zawsze z przyjemnością zatrudniałem tych zawodników, którzy cieszyli się złą sławą i sprawiali problemy gdzie indziej. To było dla mnie wyzwanie. Wiedziałem, że potrafię poradzić sobie z gościem, przy którym inni trenerzy pękali.

Big Samowi oddać trzeba jedno – kiedy Premier League oszalała na punkcie zatrudniania zagranicznych managerów, którzy uczyli angielskich piłkarzy kontynentalnego futbolu, on ściągał do Boltonu zagranicznych zawodników, ucząc ich typowo brytyjskiego grania. Poszedł pod prąd i w sumie całkiem nieźle mu to wyszło.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

***
INNE WSPOMINKOWE TEKSTY AUTORA

Raí – wielkie sukcesy w cieniu pięknej porażki starszego brata

El Matador. Historia Marcelo Salasa

Muzyka, taniec, futbol. Oto Laurie Cunningham i jego pokręcona historia

Klęska i zemsta. Jak wielki Tottenham wojował z wielkim Górnikiem

„Gruba świnia”, sędziowskie skandale i deszcz. Przegrane mistrzostwo Juventusu

***

PAMIĘTAJCIE O PROMOCJACH W ETOTO!

etoto

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (5)