Żółto-czerwone Kielce. Dzięki Koronie i… sędziemu Myciowi!
Weszło

Żółto-czerwone Kielce. Dzięki Koronie i… sędziemu Myciowi!

System VAR sprawił, że w zasadzie zapominamy o kontrowersjach sędziowskich na dużą skalę. Oczywiście, wciąż zdarzają się dyskusyjne decyzje, ale raz – dotyczą one często innego rodzaju pomyłek niż wcześniej, dwa – dotyczą one pojedynczych kwestii, więc coraz trudniej o sytuację, w której to arbiter jest głównym aktorem spektaklu pt. “mecz piłki nożnej”. W dzisiejszym starciu Cracovii z Koroną Ekstraklasa wróciła do starych zwyczajów. Panie, panowie, poznajcie najbardziej widoczną postać na boisku – oto sędzia Wojciech Myć!

“Starcie” w odniesieniu do tego meczu to chyba dobre słowo, choć znaleźlibyśmy też kilka innych: naparzanka, festiwal stempli i kopniaków, MMA z elementami futbolu. Na początek przywołajmy kilka suchych statystyk:

– jedenaście żółtych kartek (dziewięć pokazanych piłkarzom, dwie trenerom),
– trzy czerwone kartki (jedna z nich konsekwencją dwóch żółtych),
– 35 fauli.

Gdybyśmy napisali, że mecz wymknął się arbitrowi spod kontroli, byłoby to lekkie niedopowiedzenie. Wojciech Myć nie tyle przestał ogarniać, co się dzieje na boisku, co sam swoimi decyzjami dalej tę spiralę nakręcał. Pomyłki przy drobnych sytuacjach w środku pola to jedno, pomyłki dużego kalibru drugie – co do dwóch z trzech czerwonych kartek mamy poważne wątpliwości.

Pierwsza – Rodrigo Zalazar traci głowę i postanawia zagrozić zdrowiu Michała Helika. Jesteśmy zdania, że o tego typu faulach należy pisać wprost – to kryminał. Szczęście tylko sprawiło, że Helik wyszedł z tego starcia bez szwanku. Jak sam mówił, już wcześniej miał problemy z kostką, dlatego na mecz założył… podwójny tejp. W tym przypadku bez dyskusji, czerwo to jedyna możliwa decyzja.

Druga – Jakub Żubrowski mając już na koncie żółtą kartkę za stempel (słuszną), wysoko podnosi nogę i wchodzi w starcie z jednym z rywali. Sam zamiar wygląda groźnie, ale koniec końców nie dzieje się nic poważnego poza standardowym przewinieniem. Prawdopodobnie to decyzja z gatunku “sędzia się wybroni”, ale nie mamy przekonania, że pomocnik Korony zapracował aż na wykluczenie.

No i trzecia, najbardziej absurdalna – oczywiście, że Jablonsky zachował się nieładnie, odciskając korki na tyłku Djuranovicia, który chwilę wcześniej go sfaulował. Niesportowe zachowanie, ale raczej na żółtą kartkę. Sędzia Myć dał się nabrać na teatralną reakcję Djuranovicia, który zachował się, jakby miał urwaną nogę lub plakat Neymara nad łóżkiem.

Ale poczynania Mycia nie ograniczają się do czerwonych kartek, to wiele nie do końca zrozumiałych decyzji, które sprawiły, że na boisku zrobił się kompletny bałagan. Arbiter miał wielkie problemy z zarządzaniem meczem. Postronny widz w zasadzie nie powinien narzekać, bo Myciowi należy też oddać, że to głównie on dziś nakręcał emocje. Piłkarze do jego poziomu długo nie potrafili doskoczyć. Do czerwonej kartki Zalazara na boisku nie działo się praktycznie nic, a chwilę po niej – chichot losu – Korona wyszła na prowadzenie. Sporą rolę przy tej bramce odegrał Lusiusz – zaliczył świetne kluczowe podanie (naprawdę dobre, w tempo!), z akcją do przodu pognał grający dziś na szpicy Pućko, oddał do lewej, gdzie Pacinda potwierdził opinię, którą wyrobiliśmy sobie o nim już jakiś czas temu – generalnie zawodzi i jest bardzo niedokładny, ale raz na pięć prób wyjdzie mu z lewej nogi coś bardzo dobrego. Tak było i tym razem.

Po przerwie Cracovia wyszła z dodatkowym napastnikiem (Filip Piszczek), co zwiastowało, że będzie grała według sprawdzonej, może niezbyt efektownej, ale jednak skutecznej taktyki – dośrodkowania za wszelką cenę. Pod taki model gry ułożył się zresztą ten mecz, a już zwłaszcza po czerwonej Żubrowskiego kielczanie cofnęli się na własne pole karne i tylko odpierali ataki. Ale w drużynie “Pasów” nagle… przestały funkcjonować wrzutki. Raz Piszczek miał szansę po rogu, raz piłkę na stopie Dimun (skiksował), dwa czy trzy razy do głowy doszedł Jabłoński, także Lopez dostał świetną piłkę od van Amersfoorta, ale nie dość, że był na spalonym, to jeszcze trafił niecelnie. Nie były to jednak sytuacje z gatunku „to musi być gol”.

Groźnie pod bramką Korony zaczęło się robić w doliczonym czasie gry (znów Myć – dlaczego mimo braku większych przerw zamiast pięciu minut grano osiem?), gdy…

a) sam na sam wyszedł Lopes, ale zamiast walić pasówką po długim szukał strzału fałszem, co było i absurdalne, i niecelne,
b) Helik uderzał w ekwilibrystyczny sposób, ale piłkę z linii końcowej wybił Spychała (interwencja meczu!),
c) strzał Dimuna z linii pola karnego instynktownie obronił Kozioł – wydaje się, że był zasłonięty i rzucił się w złym kierunku, ale przytomnie zostawił nogę i to właśnie nią wyekspediował piłkę.

Takim sposobem Cracovia trochę się frajerzy, bo drużynie grającej o mistrzostwo Polski nie przystoi przegrywanie z Koroną, która przez większość meczu gra w dziesiątkę, a w ostatnim kwadransie nawet w dziewiątkę. Zanim “Pasy” rzuciły w doliczonym czasie gry wszystko na jedną szalę, to… w zasadzie nie zagroziły bramce Kozioła. Jeśli zawodnicy z Krakowa oddawali strzały, to takie, które nie stanowiły wielkiego problemu dla bramkarza. Trochę siara.

A więc Cracovio – prosimy się poprawić. Korono – gratulujemy skutecznej obrony wyniku, bo wasza misja z góry była skazana na niepowodzenie, a jednak daliście radę. Panie Myć – ląduje w pańskie ręce tytuł najbardziej widocznej postaci na boisku. Ale zalecalibyśmy jednak usunięcie się na kilka kolejek w cień.

screencapture-207-154-235-120-mecz-588-2019-12-15-17_16_26

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (26)

INNE SPORTY

kubacki
18 stycznia, 18:59