Jakie są plusy w morzu minusów? Największe zaskoczenia półmetka
Weszło

Jakie są plusy w morzu minusów? Największe zaskoczenia półmetka

Wczoraj pisaliśmy o największych rozczarowaniach w Ekstraklasie (KLIK), więc w myśl zasady najpierw przypieprzyć, a potem pochwalić, dzisiaj pogadamy o zaskoczeniach. I oczywiście, najbardziej zaskoczeni jesteśmy, że przetrwaliśmy przez te 15 kolejek i wciąż nie mamy zniżek na komunikację miejską za straty moralne, natomiast jednak parę mniej oczywistych plusów trzeba znaleźć (bo na przykład dobrą grę Furmana można było przewidzieć). Jedziemy.

Piast Gliwice

Tak, tak, według nas to jest zaskoczenie. Wielu zakładało, że Piast Gliwice to mistrz w typie Leicester, które najpierw sensacyjnie zdobyło koronę w Anglii, by następnie skończyć w drugiej części tabeli. Wiele na to wskazywało, na przykład transfery. Odeszli tacy goście jak Valencia i Sedlar, poza tym kontuzji doznał Czerwiński, a Fornalikowi dobrano takie tuzy polskiego futbolu jak Tuszyński, Rymaniak czy Malarczyk. Tymczasem to… działa!

Co więcej – dziś Piast ma po 15 kolejkach 28 oczek, rok temu o tej porze miał 25, więc działa nawet trochę lepiej.

To oczywiście też efekt pracy Fornalika, którego klasa akurat zaskoczeniem nie jest, bo na warunki ekstraklasowe to bardzo dobry i bardzo doświadczony trener. Natomiast nawet gdyby Piast ściągnął do siebie Mourinho i tak bylibyśmy zaskoczeni, że Milewski na skrzydle może wypalić, a Malarczyk po tym jak zaginął w Anglii i nie błyszczał w Koronie, ma prawo być naprawdę solidnym stoperem w – jakkolwiek spojrzeć – mistrzu Polski.

Fornalikowi i Piastowi się to udaje. Ten zespół jest jakiś, może nie gra najpiękniejszej piłki, ale tak jak podkreślamy od pewnego czasu: nie oczekujemy od polskich zespołów odtworzenia Barcelony za Guardioli, tylko swojego określonego stylu (pałowanie z 60. metra to nie jest styl). Piast ten styl ma. Rany, mówimy o zespole, który ostatni raz przegrał w połowie września.

Nie ma przypadku.

Aleksandar Vuković

Gdy trzeba było walić w Serba jak w bęben, bo opowiadał kuriozalne historie na konferencjach prasowych, nie pomagał zespołowi forowaniem Kulenovicia, robiliśmy to. Natomiast gdy można go nieco pochwalić, zrobimy to tym chętniej, przecież życzliwi z nas goście.

Przede wszystkim zaskakujący jest fakt, że Vuković cały czas pracuje, skoro poprzedni trenerzy Legii o tej porze po starcie sezonu nie tyle, że pakowali walizki, tylko je zdążyli już w domu rozpakować. Serb cały czas prowadzi Legię i możemy założyć, że będzie jej szkoleniowcem również w nowym roku, gdyż tylko jakaś katastrofa miałaby prawo rozbić jego coraz lepszy bilans.

WARSZAWA 09.11.2019 MECZ 15. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - GORNIK ZABRZE 5:1 ALEKSANDAR VUKOVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Bilans, na który pracował. Po pierwsze widział czasami więcej niż opinia publiczna. Mówimy tutaj choćby o przerzuceniu Luquinhasa na środek. Ma ten chłopak w sobie spory talent, natomiast na skrzydle niezbyt z niego korzystał, będąc zawodnikiem efektownym, ale cholernie nieefektywnym. Na kierownicy wygląda to dużo lepiej. Po drugie trzeba wspomnieć o Antoliciu, który do tej pory kojarzył się z pierwszym hamulcowym drużyny, a pod wodzą Vukovicia urósł i wciąż nie mamy wątpliwości, do kadry Chorwacji to on nie wróci, ewentualnie żeby popilnować rowerów, ale znalazł sobie miejsce i rolę na boisku. Albo Vuković mu znalazł, jak kto woli.

Po trzecie szkoleniowiec Legii umie czytać grę i wpuścić takiego zawodnika, który w danej chwili mu pomoże. Rosołek z Lechem, Niezgoda z Arką, no, tych przykładów jest naprawdę sporo. To cenna umiejętność u szkoleniowca, a nie posiada jej na przykład Żuraw.

Po czwarte wicemistrz Polski znów potrafi dać show, o czym mówią takie wyniki jak 7:0 z Wisłą, 5:1 z Górnikiem, nawet to 3:2 z Widzewem można pod tę tezę podciągnąć. A Legia, jako obecnie największy klub w Polsce, musi dawać show.

Radosław Sobolewski

Wiecie jak jest – potrafił w tej lidze pojawić się trener bez doświadczenia jako jedynka i szybko okazać się kompletną klapą, żeby wspomnieć przykład Mariusza Lewandowskiego i Zagłębia Lubin. Wygląda jednak na to, że ten przykład nie ma nic wspólnego z Sobolewskim, który wykonuje do tej pory świetną pracę z Wisłą Płock.

Owszem, ta machina w ostatnich dwóch kolejkach nie działa już tak znakomicie, bo był i remis z Cracovią po najgorszym meczu w całej galaktyce (jak przylecą Marsjanie, to im to puścimy i wrócą), i oklep od Śląska Wrocław po cyrku Wrąbla. Natomiast wiadomo, nikt nie oczekiwał od Nafciarzy, że wygrają wszystkie mecze do końca sezonu, ale już sama passa sześciu zwycięstw z rzędu była tak kozacka, jak i zaskakująca. Sobolewski przejmował w końcu drużynę, którą stawiało się w jednym szeregu z Koroną i Arką, a nie jest to towarzystwo spod najjaśniejszej gwiazdy.

Sobolewski naprawdę zrobił dużo. Przede wszystkim ułożył ten zespół w defensywie, kończąc cuda pod tytułem „Rzeźniczak na prawej obronie”, przesuwając go na środek i wstawiając Stefańczyka, który też wygląda solidnie. Nie ma skrzydłowego? Dobra, to lecimy z Tomasikiem i też to gra, bo nie dość, że Tomasik dodatkowo zabezpiecza tyły, to jeszcze da coś od siebie z przodu. Umówmy się też: skoro dobrze zaczął wyglądać Rasak, który stał się takim przybocznym Furmana, to nie mówimy o przypadku tylko o rozsądnie układanych klockach.

Nie wiemy, jak to się wszystko skończy, być może za jakiś czas Wisła Płock wróci jednak do zwykłej solidności, bo przecież nie ma kadry nawet na TOP5, ale solidność to jednak nie ten dramat proponowany na początku. W każdym razie: robimy podsumowanie po 15 kolejkach i cóż, za swój okres pracy w tym czasie, Sobolewski musi zostać wyróżniony.

Patryk Klimala

Jeszcze niedawno wydawało się, że Klimala tylko przebiera się za piłkarza, bo ma tatuaże, jeździ fajną bryką, umie zrobić obrażoną minę i dać głupi wywiad, w którym deprecjonuje Ekstraklasę (a ta w tamtym momencie go przerastała). Przypomnijcie sobie finał Pucharu Polski, tam diagnoza była jedna. Gdyby Sobiech grał w Jadze, a Klimala w Lechii, to ekipa Mamrota wznosiłaby puchar. Napastnik białostoczan zmarnował z dwie dobre okazje, raz przecież dostał świetną piłkę w szesnastce, a nawet nie potrafił jej przyjąć. Sobiech wszedł, cyk, strącenie po wrzutce Flavio i bądź tu Mamrocie mądry, co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

BIALYSTOK 15.05.2019 MECZ 36. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19: JAGIELLONIA BIALYSTOK - LEGIA WARSZAWA --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: JAGIELLONIA BIALYSTOK - LEGIA WARSAW RADOSLAW MAJECKI PATRYK KLIMALA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

No, ale minęło trochę czasu i nie jesteśmy przekonani, czy tym razem to nie kibice Lechii chcieliby się zamienić na strzelby. Co prawda obaj panowie mają tyle samo bramek, sześć, natomiast Klimala nie strzela karnych, a Sobiech tak i to właśnie w ten sposób Artur wykręcił 1/3 swojego dorobku. Po drugie dziś Klimala wydaje się piłkarzem mniej jednowymiarowym, przede wszystkim nie jest tak statyczny jak Sobiech, potrafi się urwać, czasem stworzyć coś z niczego.

Dobra, ale zostawmy Sobiecha, bo Klimala jest zaskoczeniem nie tylko względem niego, ale i samego siebie. Nie było piłkarza, jest piłkarz, z którego korzysta również Czesław Michniewicz i to z powodzeniem: dwa gole i asysta w eliminacjach.

Cóż, oby tak dalej, oby demony z przeszłości nie dopadły znowu Klimali.

Matus Putnocky

Odchodził z Lecha z łatką bramkarza, który trochę się już wypalił, bo niby było wiadomo, że potrafi bronić, ale żeby ktoś w Lechu pod koniec „kadencji” Słowaka to widział, niezbyt. Jasne, Kolejorz bardzo dziwnie korzystał ze swoich bramkarzy, skoro nie mieliśmy pojęcia, kto jest jedynką a kto dwójką w tym bajzlu, ale pewnie gdyby Putnocky na treningach i w swoich meczach nie pozostawiał wątpliwości, stałby między słupkami regularniej.

Lech przeprowadził więc rewolucję, która swoją drogą kompletnie mu nie wyszła, więc Putnocky przeszedł do Śląska. Różnie odbierano ten ruch, bo z jednej strony wciąż mówiono o doświadczonym bramkarzu, ale z drugiej Śląsk wielokrotnie zasłynął ze ściągania „doświadczonych” piłkarzy, którzy okazywali się po prostu dziadami. No, ale Matus to nie jest ta historia.

Średnia not 5,80, 54 obronionych strzałów, tylko 14 puszczonych. Równa, dobra gra i parę takich interwencji, że klękajcie narody – żeby wspomnieć mecze z Lechem czy Wisłą Kraków.

I cóż, na końcu wychodzi na to, że Śląsk ma lepszego bramkarza niż Lech.

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (6)