Niebezpieczna brzydota
Blogi i felietony

Niebezpieczna brzydota

Wczorajszy Wisłą Płock z Cracovią jest królem paździerzowych meczów Ekstraklasy tak jak lew jest królem dżungli. Cytując klasyka, szkoda na ten mecz strzępić ryja, ale zarazem dawno żaden mecz tak mnie nie poruszył – a że poruszył tak, jak porusza człowiekiem przewlekła, wybuchowa biegunka, to już inna sprawa.

Przeczytałem ostatnio „Futbolową gorączkę” Nicka Hornby’ego; Hornby, pisarz, jest kibicem Arsenalu od zawsze i na zawsze, jest bywalcem trybun, jest wyjazdowiczem, jest nałogowcem. Wie, jaką pasja do piłki potrafi być radością, ale też jaką może być traumą i trucizną. Zapadło mi w pamięć, gdy Hornby wspomina nagonkę na trenera, który przyłożył obie ręce do meczu będącego złem samym w sobie. Trener, glanowany przez dziennikarzy, kontratakuje mówiąc, że on nie ma odpowiadać za widowisko, tylko za to, żeby jego kibice nie chodzili wpienieni.

Od tego Hornby idzie dalej: najpiękniejszy gol – po widłach z czterdziestu metrów, po koronkowej akcji na jeden kontakt, po przewrotce godnej samego Marcina Mięciela – to źródło bólu, nie radości, jeśli strzelił rywal. Hornby zgadza się więc: tak, wolę skrajną brzydotę, niż ładną grę, jeśli ładna gra oznacza grę przeciwnika, albo chociaż ostatecznie jego na wierzchu.

Rozumiem ten punkt widzenia, w konsekwencji jestem w stanie też zrozumieć kilka osób mniej lub bardziej pośrednio związanych z wczorajszym płockim potworkiem. Ale kilka kwestii:

Na wasze nieszczęście Weszło nie ma rubryki „Jak co czwartek… Michał Probierz” czy „Jak co czwartek… Radosław Sobolewski”.

Na wasze jeszcze większe nieszczęście nie jestem Nickiem Hornby’m.

Nie kibicuję też ani Nafciarzom, ani Pasom.

A z neutralnej perspektywy zwykłego, zabłąkanego widza, mecz Wisły Płock z Cracovią wyglądał jak ta scena z Predatora. Predator jest tu Ekstraklasą, my, widzowie, przerażonym, ale i zadziwionym brzydotą Schwarzennegerem.

Po pierwsze, czy to się komuś podoba czy nie, twarde dane statystyczne kazały sądzić, że oglądaliśmy mecz najlepszej drużyny dwóch ostatnich ligowych miesięcy i zespołu, który zwycięstwem w Płocku wtarabaniłby się na fotel lidera. Wiadomo, że pojęcie czołówki w Ekstraklasie jest ruchome jak termin Wielkanocy, ale jednak tak, to był mecz drużyn marzących o pucharach, ba, Cracovia dopiero co latem ustami prezesa Filipiaka ogłaszała, że faza grupowa Ligi Europy to minimum.

Po drugie, ten mecz był zepsuty, by tak rzec, systemowo. To czyni go w moich oczach gorszym od tych wszystkich ligowych produktów meczopodobnych, których przez lata widziałem nie mało. Bywały mecze na błocie, na śniegu, gdzie nie dało się grać, a drybling mógł się skończyć rozbiciem sobie czaszki. Bywały mecze, gdy porażało ubóstwo techniczne, do tego dodajmy słabszy dzień tych, którzy akurat kopnąć piłkę potrafili i mieliśmy dramat.

Ale Wisła Płock – Cracovia to był pełnoprawny skandal.

Niezbędny rekwizyt, który tym, którzy dokonali właściwego wyboru i wczoraj o piętnastej przez dwie godziny robili cokolwiek innego, pokaże skalę. Canal+ ma obowiązek wybrać akcję każdego meczu i wrzucić ją na swoje sociale. Osoba, która robiła to wczoraj po Wisła Płock – Cracovia miała dość osobliwe wyzwanie przed sobą, bo ten mecz był dziewięćdziesięciominutową kompilacją nieudanych wrzutek.

Trzydzieści dwa dośrodkowania z gry, szesnaście kornerów, trzydzieści cztery faule. Oczywiście niektóre faule były w neutralnej strefie, ale neutralna strefa w ostatnim czasie w Ekstraklasie znacznie się zawężyła. Jeśli tylko przekroczono połowę boiska, to zaraz szła laga w pole karne.

Symboliczne zagranie, akcja warta 45 sekund, Sergiu Hanca, wrzutka, przejmuje bramkarz, czekamy na kolejną wrzutkę.

Trzydzieści dwa dośrodkowania z gry, szesnaście kornerów, trzydzieści cztery faule, które w minimum połowie przypadków też kończyły się dośrodkowaniem w pole karne, a przez cały mecz dwa celne strzały. Nawet wśród niecelnych próżno szukać żadnego groźnego – nic, kompletnie, sami widzicie po akcji meczu. Niemożliwe dane, a jednak, zdarzyło się.

Życie napisało wymowną puentę, swoisty wykrzyknik, do felietonu Pawła Paczula „Nudno, brzydko, na chaos. Wszystko, byle wynik się zgadzał”, z takim wymownym kolażem tytułów…

o-stylu

…i zeszłotygodniowym przykładem z innego meczu, który miał być szlagierem, a był żenadą, opatrzę go tu ważnym cytatem:

74917787_490663471791044_1303395357404692480_n

Stały fragment to nikłe ryzyko. Nie stracisz piłki na własnej połowie jak przy wyprowadzaniu zwykłej akcji. Owszem, może być kontra po wolnym, ale jak puścisz tylko pięciu piłkarzy w okolice szesnastki (tak jak Cracovia na pierwszym obrazku), raczej jej nie będzie, a jeśli już to niegroźna.

A w meczu Ekstraklasy ryzyko jest niewskazane. To między innymi dlatego piłkarze tak długo celebrują wybicie każdego kolejnego stałego fragmentu, bo to właśnie on może przynieść upragnioną bramkę. Piłkę przed autem trzeba wytrzeć, przed wybiciem rzutu wolnego – dokładnie wymacać i ustawić. Wyobraźcie sobie, że wspomniany rzut wolny Cracovia wybijała minutę i dwie sekundy. Co więcej: ostatecznie nawet nie zagrała lagi. To znaczy – nie na samym początku. Po celebrze wykonała kilka podań, które oczywiście zakończyły się dośrodkowaniem.

Jak widzisz ubóstwo umiejętności, no to co zrobisz? Ktoś czegoś nie umie i koniec, niewiele się z tym z dnia na dzień da zrobić. Jakkolwiek nie uważam, żeby Wisła Płock i Cracovia były piłkarskimi odpowiedziami na Chicago Bulls 96/97, tak nie uważam, żeby były aż tak ordynarnie złe. Ale one są zaprogramowane na brak kreatywności, na lenistwo boiskowego myślenia. Po co grać w piłkę, jak można poczekać aż Furman wrzuci i coś się może stanie – nie raz już się stało. Po co szukać rozegrania, skoro Pasy już niejeden tak koszmarny mecz po jakiejś zabłąkanej wrzutce wygrały, a przykład znajdziemy choćby w zeszłym tygodniu.

Wierzę, że to może przynieść skutek. Wierzę, że niejednokrotnie w polskiej lidze ładnie grające zespoły ostatecznie nie realizowały swoich celów. Ale wierzę też zarazem, że to jest droga donikąd, pogłębianie dna naszego rodzimego bagienka, bo tak się w piłkę po prostu nie gra – w piłce się dziś myśli, szybko, nieszablonowo, a wczorajszy mecz był całkowitą bezmyślnością.

To może dziś dało cenny ligowy punkt, ale na długą metę to wpędzanie ligi w ruinę topornego, archaicznego futbolu, piłki powietrznej, gdzie nikt nie myśli, gdzie wynik jest wypadkową liczby dośrodkowań i szczęścia przy nich. Przecież wczoraj równie dobrze można było rozegrać konkurs wrzutek zamiast meczu, wyszłoby na to samo, naprawdę nic poza nimi się nie działo, to były zbędne dekoracje.

Taka piłka zabija talenty, które chcą grać, taka piłka to uwstecznianie się, pójście pod prąd temu, co się dzisiaj gra. Ale skąd my mamy wiedzieć co się gra, skoro puchary oglądamy przez szybę?

Niemniej i przez szybę warto byłoby popatrzeć, jak Slavia wychodzi na Camp Nou, jedzie na Barcelonę, gra z nią w piłkę i wywozi 0:0. Jaka przepaść potrafi być pomiędzy 0:0 i 0:0, jak wymowna przepaść.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (29)