Oficjalnie: Warta liderem przed rundą rewanżową
Weszło

Oficjalnie: Warta liderem przed rundą rewanżową

Cokolwiek się stanie w kolejnych meczach 17. kolejki I ligi – liderem na półmetku rozgrywek pozostanie Warta Poznań. Dzisiejszym zwycięstwem w Olsztynie poznaniacy zapewnili sobie 4-punktową przewagę nad Podbeskidziem, więc nawet wygrana „Górali” już nie odbierze miejsca Zielonym. 

Warta. Poznań. Klub, który przed momentem był na krawędzi upadku, w którym brakowało pieniędzy na wodę, w którym państwo Pyżalscy ruszyli na podjazdową wojnę z całym światem, blokując bardzo długo choćby możliwość uratowania klubu przez kolejnych inwestorów. Ta Warta naprawdę przeżyła własną śmierć, przecież wydawało się, że w końcu zabraknie pieniędzy, by raz jeszcze wlec się na „domowy” mecz w Grodzisku Wielkopolskim, że w końcu te góry obietnic i długów zasypią piłkarzy, którzy jeden po drugim uciekną z toksycznego środowiska.

Lis miał łzy w oczach, pieniądze widział raz na pół roku, a dzisiaj wybronił po mistrzowsku dwa groźne strzały Sobczaka. Spora część drużyny doskonale pamięta ten okres balansowania na krawędzi, pamięta zrobiony za półdarmo awans do I ligi. Dziś? Dziś Warta gra jak z nut, ma 34 punkty (o pięć mniej niż na koniec poprzedniego sezonu), a w dodatku montuje raz za razem świetne piłkarskie widowiska. Tak było i ze Stomilem. Otwarty, szybki mecz, mnóstwo okazji z obu stron, jeśli czegoś brakowało, to wykończenia i nieco lepszych decyzji w ostatniej fazie akcji. Tyczy się to zresztą obu stron, co najlepiej było widać przed przerwą.

Świetny rajd Sobczaka? No to kończy go niecelne podanie. Grobelny bezlitośnie objeżdżany na skrzydle? Stomil nie potrafił z tego poskładać celnego dośrodkowania. Kontra Warty dwóch na jednego? Złe decyzje, które sprawiły, że z całego ataku nie został oddany nawet strzał. Ale sam poziom widowiska? Nikt tutaj nie kalkulował, nikt nie krył się za podwójną gardą, wręcz przeciwnie – czasem wydawało się, że próby kolejnych dryblingów czy strzałów są zbyt bezczelne. Przodowali w tym Rybicki i Hajda, raz po raz ostrzeliwując bramkę rywala z podobnie mizernym skutkiem.

No dobra, u Rybickiego chociaż wypaliła ta trzecia próba, gdy po fajnym zejściu na lewą nogę trafił w słupek. U Hajdy już niekoniecznie.

Gole padły dopiero po przerwie, w której zresztą mieliśmy też dużo więcej dramaturgii. Po pierwsze: aż trzy rzuty karne. Najpierw bezdyskusyjny dla Warty, kopnięcie w pachwinę, zamieniony pewnie na gola. Potem drugi dla Warty, już nieco bardziej kontrowersyjny, bo przecież akcja, w której doszło do przewinienia, zakończyła się golem. Piłka wpadła jednak do siatki już po gwizdku sędziego, więc Kupczak po raz drugi musiał uderzać na bramkę Skiby. No i trzeci rzut karny, już w doliczonym czasie gry. Głupi faul z boku pola karnego, do futbolówki podchodzi Sobczak i… pakuje na siłę, prosto w poprzeczkę. Po chwili zresztą odpycha próbującego go pocieszyć Grobelnego.

Nie brzmi jak PARTIDAZO, i KAWAŁ MECZYCHA? Być może, natomiast po I lidze i tak spodziewaliśmy się sporo mniej. Zwłaszcza, że pomiędzy tymi karnymi świetnego gola strzelił Stomil (Sobczak tym razem doskonale kontrolował obrońcę przy centrze Molloya), a na 3:1 po zespołowej, składnej akcji trafił Jaroch. Poza tym sporo było w tym meczu takich normalnych, fajnych rzeczy: na przykład lewy pomocnik wchodzący w drybling z prawym obrońcą, czy środkowy pomocnik próbujący zagrać prostopadłą piłkę pomiędzy defensorami. Może to kwestia poziomu ostatniej kolejki w Ekstraklasie, może po prostu mamy niskie wymagania, ale podobało nam się.

Tak jak i cała Warta, niejako mistrz jesieni, w końcu 17 meczów to jakkolwiek spojrzeć cała runda. Połowa drogi do Ekstraklasy…

Stomil Olsztyn – Warta Poznań 1:3 (0:0)

Sobczak 71′ – Kupczak 57′, 78′, Jaroch 90′

Fot.400mm.pl

KOMENTARZE (6)