Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Porozmawiajmy o tym, o czym porozmawiać wypada: o Adamie Matuszczyku.

Gdy Matuszczyk pojawił się w reprezentacji Polski, zdarzyło się jednocześnie kilka rzeczy. Po pierwsze, Smuda pomylił go z Szymonem Matuszkiem. Po drugie, Matuszczyk w Bundeslidze biegał z „Matuschyk” na plecach. Po trzecie, Matuszczyk został z urzędu zakwalifikowany do grona farbowanych lisów.

Nie muszę mówić, że ktoś go tak traktował, że tak się mówiło, że panowało jakieś widmowe ogólne przekonanie – nie, ja go tak traktowałem. Pamiętam to dobrze: stawiałem znak równości między Matuszczykiem, Boenischem, Ojgenem czy Francuzami.

I dziś wstydzę się tego.

Nie „od dziś”, a od jakiegoś już czasu, gdy, po prostu, wiem więcej. Zdaję sobie sprawę, że to najstarsza historia świata, nie ja pierwszy i nie ja ostatni oceniłem drugą osobę tak, a nie inaczej, mając śmiesznie tendencyjny zestaw informacji – nie popadajmy jednak w tanie wymówkarstwo, bo to droga donikąd.

Słyszałem tu i ówdzie, że Matuszczyk ma siebie za stuprocentowego Polaka, a potem przyszło mi porozmawiać z Piotrkiem Wołosikiem. Zaczęło się, jak to z Piotrkiem, od anegdoty.

Tour po Niemczech razem z moim dobrym przyjacielem, Łukaszem Olkowiczem. Wywiady z Sobiechem, Klichem, Matuszczykiem. Na koniec rozmowy wszyscy dostawali dwadzieścia takich samych pytań, taka strzelanka. I tam było też pytanie o ulubione powiedzenie Franza. Matuszczyk powiedział uczciwie:

„Ty chuju”.

Ja ze Smudą byłem wtedy na telefonie ciągle. Był podminowany. Kiedyś wybrałem się na trening: po mimice widzę, że kable napięte, nie ma co podchodzić. Po konferencji podchodzi do mnie i Rafała Romaniuka ówczesny dyrektor kadry, Tomasz Rząsa.

– Panowie, co wy narobiliście? Mailują mi z Polski, co Matuszczyk powiedział.
– No ale co w tym złego?
– Ja muszę to zgłosić do selekcjonera.
– A po co jak o tym nie wie? Po co go wkurwiać dodatkowo?

Ale podpierdolił. Franzowi się coś pomieszało z tego wszystkiego i zjebał Romaniuka. Dzwoni do mnie:

– Ty kurwa powiedz temu Romaniukowi, że mu jajca urwę! To my tu zapierdalamy, a on chuj atmosferę psuje!
– Słuchaj, ale to nie on, ja ten wywiad robiłem!
– A tam pierdolisz, na siebie winę bierzesz!

Spytałem Adasia Matuszczyka jak to się rozeszło. Powiedział:

– Najpierw przyszedł, zjebał, a potem się pośmiał: „No przecież tak mówię!”.

Pośmialiśmy się z Piotrkiem. Zapytałem go, jako że znacznie bardziej zorientowany był w temacie, jak to jest z Adamem. Odpowiedział bez wahania.

„Kto robił z Matuszczyka lisa, robił mu krzywdę. To prawdziwy Polak, stuprocentowy. Niemcy dokuczali mu w klasie. Docinki „uważajcie na rzeczy, bo ukradnie”, takie historie. Kiedyś ojciec Adasia pokazał mu artykuł, ze w Zgorzelcu złapano Niemców na kradzieży samochodu. Matuszczyk poszedł z tym do szkoły:

– Wy nawet samochodu nie umiecie ukraść.

Perquis, Boenisch – tak, nie on. Tak samo Poldi to Polak, bronił Adama w Koln. Jak jakiś Marokańczyk któregoś razu wszedł w Matuszczyka ostrzej, a potem go popchnął, Poldi drachnął tamtego po gębie. Marokańczyk nie ważył się oddać, Poldi był za mocny w Kolonii. On i Klose dwa przeciwieństwa”.

Nie powiem, że wróciłem do domu po rozmowie z Piotrkiem i zacząłem przetrząsać biblioteki w poszukiwaniu informacji na temat Matuszczyka. Ale tak, bez wielkiej presji, gdy coś mi wpadało do czytania, nie przykrywałem tego innymi lekturami. Tak dowiedziałem się, że Matuszczyk wyjechał z rodzicami do Niemiec gdy miał dwa lata – 1991, potransformacyjna Polska, szalejące bezrobocie, ojciec Matuszczyka dostaje ofertę pracy w Merzig. Takich historii było wówczas multum. Czasem działo się to w poszukiwaniu lepszego życia, ale czasem by w ogóle było za co żyć.  Myślę o swojej rodzinie: tak samo, w najbliższej, absolutnie najbliższej mam osoby, które wyjechały w tamtych czasach za chlebem do reichu.

One wróciły i ich dzieci nie stawiały sobie trudnych pytań. Ale czy ten powrót był taki oczywisty? Nie.

Ojciec Matuszczyka dbał o piłkarską edukację syna, do tego stopnia, że puszczał młodemu Adamowi mecze Polski z 1974. To ja dopiero mając ładne dwadzieścia kilka lat zacząłem coś nadrabiać z tego okresu – w sumie zazdroszczę, że Matuszczyk był w tych meczach jakoś wychowany, to fajny sposób na zaszczepienie piłki.

Świetny fragment wywiadu „Przeglądu Sportowego” przed Euro 2012, z rzeczonego tournee Wołosa i Łukasza Olkowicza.

„Teraz tak sobie myślę, że to musiała być dla niego sentymentalna podróż, dzięki tym meczom wracał wspomnieniami do kraju. Bardzo tęsknił za Polską. Drużyna Górskiego była dla niego jej uosobieniem. Do dziś lubi opowiadać o tamtym zespole. Jak przyjdzie znajomy, Niemiec, to tata mówi: „Ale wtedy, w 74, to mieliście szczęście…”. Miałem pięć czy sześć lat i oglądałem na kasetach wideo mistrzostwa świata z 1974 roku. Siadaliśmy przed telewizorem i tata opowiadał mi o Szarmachu czy Deynie. Teraz tak sobie myślę, że to musiała być dla niego sentymentalna podróż, dzięki tym meczom wracał wspomnieniami do kraju. Bardzo tęsknił za Polską. Drużyna Górskiego była dla niego jej uosobieniem. Do dziś lubi opowiadać o tamtym zespole. Jak przyjdzie znajomy, Niemiec, to tata mówi: „Ale wtedy, w 74, to mieliście szczęście…”.

Ale meczami reprezentacji Polski z 1974 tożsamości się nie zbuduje. To raczej ciekawostka. Mógł obejrzeć, docenić, zapomnieć. Potraktować jako rodzinną tradycję i koniec.

Dla mnie ten formatywny czas szkolny jest tu wymowny: Niemcy dokuczali Adamowi za to, że ma polskobrzmiące nazwisko. Od razu za to pocisk. Niejeden – Klose? Nie wiem czy tak było, ale kto wie? – zareagowałby wstydem, odcinaniem się od polskich korzeni, reagowaniem tak, jak się czasem mówiło o niektórych polskich emigrantach: że po dwóch miesiącach są – na przykład – bardziej angielscy od Anglików. Matuszczyk w to nie poszedł, a w drugą stronę, na kontrze. Zachował polskość pod ostrzałem, pod presją, zachował polskość gdy – jakby to źle dla kogoś nie brzmiało – miał wybór. Gdy gdzie indziej przyznawał, że w wieku piętnastu lat powiedział sobie, że jeśli mu się uda w piłce, to chce grać tylko dla Polski – ja tu widzę pewne więzy ze szkolnymi historiami, z tym opowiedzeniem się.

Gdzie w porównaniu Perquis, który OK, mógł szanować swoje odległe polskie korzenie, ale to maksimum? Który nigdy nie został postawiony w takich sytuacjach? Który miał, obiektywnie powiedzmy, bardzo luźne związki z Polską i trudno sądzić, by naprawdę czuł się Polakiem.

Gdzie w tym Obraniak, kiedyś zaczepiony na wrocławskim rynku w sondzie i wykręcający się „ja nie mówię po polsku” (kto pomoże znaleźć ten film, ozłocę). Gdzie Ojgen czy Boenisch, do których trzeba się było bez mała łasić, podczas gdy z którym kadrowiczem biało-czerwonych nie rozmawiam, to stwierdzają, że powołanie do reprezentacji Polski było spełnieniem dziecięcych marzeń?

Gdy jeden z byłych kadrowiczów powiedział mi, że na zgrupowaniu reprezentacji Polski przy jednym ze stolików królował niemiecki – dla mnie to jasny przykład tego, że sprawy poszły w złym kierunku. Ale Matuszczyk nawet z Poldim w Koeln gadali tylko po polsku, również na boisku.

Z Podolskim rzeczywiście rozmawialiście na boisku tylko po polsku?

Adam Matuszczyk: Nawet przeklinaliśmy w naszym języku. Nie zapomnę meczu z Bayernem. Mieliśmy rzut wolny, obok stał kolega z drużyny, Portugalczyk Petit. Poldi poprosił mnie po polsku: „Adaś, dotknij tylko piłkę, a jak ją p…”. Petit, któremu wydawało się, że zna już niemiecki, spojrzał na nas jak na dziwaków.

Oczywiście to mogło być mizdrzenie się w kierunku polskiej prasy – jakie mamy jednak podstawy, by tak sądzić, jakikolwiek dowód? Oczywiście Matuszczyk nigdy nie stanął przed wyborem: polska albo niemiecka kadra. Ale jaki jest sens rozliczać ludzi z wyborów, przed którymi nie stanęli?

Dzisiaj mówi się o przypadku Sonny’ego Kittela z HSV Hamburg. Facet coś tam kopie, ma 26 lat, rodzice Marzena i Zbigniew, dziadkowie mieszkają w Międzyzdrojach. W rozmowie Marcina Dobosza dla „PS” Kittel zapewnia: czuje się Polakiem, chce grać dla Polski, ogląda wszystkie nasze mecze. Nie zamierzam Kittela tu, w tym miejscu, w jakikolwiek sposób bronić, wciskać Jerzemu Brzęczkowi, chciałbym zwrócić uwagę na trzy rzeczy:

Po pierwsze, byłem swego czasu w Londynie, w polskiej szkółce piłkarskiej – dzieciaki polskich emigrantów, pierwsze pokolenie urodzone w Anglii, a już część z nich między sobą mówiąca tylko po angielsku. Wychowane w Anglii, tutaj mające przyjaciół, od małego przesiąkające tą kulturą – potrafię sobie wyobrazić, że gdy dorosną, ich tożsamość narodowościowa nie będzie jednoznaczna. To nie te czasy.

Po drugie, przydatność boiskowa NIGDY nie powinna być uniwersalnym wyznacznikiem, przerobiliśmy to już, nie chcę powrotu. Jeśli ktoś jest niezdecydowany, albo otwarcie mówi, że bardziej czuje się Niemcem, Anglikiem, Włochem, ale w sumie może dla nas zagrać – dziękuję, postoję. Ale niech taka ocena wynika z faktycznie poważnego potraktowania sprawy, żeby nie powtarzać błędu z Matuszczykiem.

Po trzecie, Kittel to jak słyszę dobry, wszechstronny zawodnik, ale jednak z 2. Bundesligi. To nie 2010 rok, kiedy w środku pola musieliśmy grać Darkiem Dudką, to nie 2008, gdy na skrzydle meczu Euro wychodził Marek Saganowski, w klubie napastnik.

Mamy kim grać, mamy skład, mamy zaplecze, co pokazuje młodzieżówka. Jak Kittel zrobi coś więcej, można wrócić do tematu – na ten moment dla mnie go nie ma z czysto piłkarskich przyczyn. Ale też nie będę udawał, że widziałem każdy mecz HSV w tym sezonie: jeśli mądrzejsi ode mnie stwierdzą, że Kittel ma papiery na to, by wydatnie pomóc kadrze, chciałbym rzetelnej rozmowy, a nie gównoburzy. Ja chłopaka z góry, z urzędu, na pewno nie skreślę.

Leszek Milewski

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (23)