Kontuzja na paintballu, pretensje Świerczoka i inne historie Podgórskiego
Weszło

Kontuzja na paintballu, pretensje Świerczoka i inne historie Podgórskiego

Czy kiedykolwiek miał szansę na zostanie Steven Gerrardem na warunki Piasta Gliwice? Dlaczego treningi w młodzieżowych grupach kończył z piaskiem w zębach? Jak odnoszą się do niego młodzi piłkarze Ruchu? Dlaczego mało nie spóźnił się na obiad podczas swojego pierwszego zgrupowania w Wiśle? Kto najlepiej zdefiniował umiejętności Kamila Glika? Czy Kamil Wilczek od początku swojej przygody w Gliwicach miał być napastnikiem? O co pretensje do siebie miał Jakub Świerczok? Na te i na inne pytania w rozmowie z nami odpowiada piłkarz Ruchu Chorzów, Tomasz Podgórski. 

Zapraszamy.

***

Kilka lat temu człowiek związany z Piastem Gliwice powiedział mi, że zachowując wszystkie proporcje, w Tomaszu Podgórskim widzi kandydata na lokalnego Stevena Gerrarda.

Ale mnie rozśmieszyłeś teraz, nieco przesadzona sprawa (śmiech). Powiedział tak pewnie, bo jestem rodowitym gliwiczaninem, związanym z klubem przez całe swoje dzieciństwo, dorastanie i długi czas kariery seniorskiej. Absolutnie legendą klubu się nie czuję, do statusu Gerrarda z Liverpoolu brakuje mi kolosalnie dużo, od kilku lat gram w innym klubach. Inna sprawa, że dalej mieszkam w Gliwicach, poznałem tam mnóstwo kapitalnych ludzi, wielu już dziś tam nawet nie pracuje, ale sentyment pozostaje i Piast znajduje się na specjalnym miejscu w moim sercu.

Urodziłeś się w 1985 roku. Bardzo zasłużonym dla polskiej piłki. Twoimi rówieśnikami są chociażby Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski, Sławomir Peszko, Łukasz Fabiański. 

Czyli cała plejada byłych i obecnych reprezentantów Polski. Moje nazwisko przy nich wypada bardzo blado, ale nikt nie odbierze mi tego, że miałem okazję z kilkoma z nich zagrać w kadrze U-20. Ten rocznik naprawdę obrodził w kapitalnych zawodników.

Nie miałeś nigdy myśli, żeby wyrwać się z tych Gliwic, z którymi jesteś bezpośrednio kojarzony? Żeby pokazać się na większym rynku?

Nigdy jakoś za bardzo nie miałem na to okazji. Późno zadebiutowałem w Ekstraklasie. Stopniowo przebijałem się do pierwszego składu Piasta, wybiłem się po świetnym sezonie w I lidze, od razu podpisałem trzyletni kontrakt, pokazałem się w elicie, zajęliśmy czwarte miejsce z dużymi szansami na podium i wtedy może faktycznie pojawiło się trochę ofert, ale żadna z nich nie była specjalnie oszałamiająca. Wszyscy pewnie traktowali mnie z pewną rezerwą, bo obowiązywała mnie relatywnie długa umowa, a zagrałem tylko jeden dobry sezon, więc nie sposób było uważać mnie jeszcze za klasowego ligowego wyrobnika. Piast też nie zamierzał oddawać mnie za czapkę gruszek, a że w tym mieście czułem się naprawdę komfortowo, to potem, kiedy już nie robiłem specjalnej furory na ekstraklasowych boiskach, nawet nie myślałem o zmienianiu otoczenia.

Skoro zrobiliśmy telegraficzny wstęp, to zweryfikujmy kilka historii.

Proszę bardzo.

Podobno, jako wychowankowi Piasta, zdarzała ci się konieczność deklarowania swojej szalikowej przynależności podczas kibicowskich podróży autobusami. 

Dementuję! Zdarzało mi się jeździć autobusami z kibicami Górnika Zabrze, ale nigdy nikt mnie specjalnie nie zaczepiał. Potem pewnie dlatego, że kiedy stałem się już trochę bardziej rozpoznawalny, wszyscy potencjalni prowokatorzy mieli świadomość, że piłkarze są trochę poza konfliktami fanowskimi. Faktem jest jednak to, że miasto jest podzielone. Część ludzi z dwóch-trzech dużych gliwickich osiedli dalej jeździ do Zabrza, ale teraz może to się zmieni, bo Piast, jako mistrz Polski, ma większą możliwość przyciągania ludzi na swój stadion. Wyniki robią popularność.

Jako młody chłopak często chodziłeś na stadion?

Zapisałem się do klubu jako dzieciak, więc siłą rzeczy wiązałem się z pierwszą drużyną i chodziłem na niższe ligi. Pamiętam rokroczne awanse. Kiedy przychodziłem, klub był świeżo po reaktywacji, powstały wysoko jakościowe grupy młodzieżowe, które prowadzili kapitalni ludzie. Najlepszym dowodem na moje słowa jest fakt, że kilku chłopaków, zaczynających w podobnym momencie do mnie, potem przebiło się do poważnej piłki.

Początkowo warunki treningowe były ekstremalne.

Oj, tak. Trudno to nawet opisać. Teraz rozmawiam czasami z młodymi chłopakami z Ruchu Chorzów i zawsze uświadamiam ich, że warunki przy Cichej są na świetnym poziomie. Nawet boczne treningowe boisko niczym nie odstaje od ekstraklasowych standardów. Naprawdę. Wtedy w Gliwicach grało się na szutrowym boisku. Wszędzie był piasek, który w upalne dni latał w powietrzu i schodziło się do szatni z zapiaszczonymi zębami. Potem wszystko zaczęło się poprawiać. Impulsem była budowa nowego boiska. Teraz też nie jest jeszcze idealnie, ale mało kto ma nawet świadomość, jak bardzo wszystko zmieniło się przez ostatnie kilkanaście lat. Pamiętam jeszcze, że za moich czasów w szkole trenowało się na żwirowych i betonowych boiskach. A dziś Orliki, murawy, pełnowymiarowe boiska…

Trudniej nauczyć się technicznego grania na betonie?

Jedyna różnica jest w tym, że jak się przewrócisz, to masz całe zakrwawione kolana (śmiech). Poza tym nie doszukiwałbym się jakichś specjalnych przewag, choć też nie jest tak, że nie łatwiej jest nauczyć się pewnych podstaw, kiedy dysponujesz komfortowymi warunkami do rozwijania swoich umiejętności. Kilka lat temu modne było przeświadczenie, że boisko, sprzęt, buty nie grają. Nie zgodziłbym się z tym. Pamiętam, że pojechaliśmy kiedyś z Piastem na międzynarodowy turniej i mieliśmy grać na jakimś fantastycznym obiekcie. To był pierwszy raz, kiedy zobaczyliśmy, że można trenować i grać w takich warunkach. Przeżyliśmy szok. Przeciwnicy automatycznie mieli przewagę w każdym czysto piłkarskim elemencie gry. Nie można ćwiczyć na krzywym, piaskowym boisko i kopać szmacianką, a potem grać jak równy z równym przeciwko komuś wychowanemu na profesjonalnych standardach. Dwie zupełnie inne dyscypliny. Teraz to się zmienia i zrównuje. Dobra infrastruktura pomoże nam wychować talenty.

Jak porównałbyś siebie z tamtego okresu z dzisiejszymi młodzieżowcami?

Różnicę widzę w fundamentalnej mentalności. Nie zaryzykuję stwierdzenia, że mają łatwiej, ale teraz zmieniły się proporcje. Kiedy ja wchodziłem do dorosłego zespołu, to na trzech młodych przypadało dwudziestu seniorów, a we współczesnych szatniach jest zupełnie odwrotnie. Młodzi dominują. W Ekstraklasie jest jeszcze to bardziej wyrównane, bo przepis o młodzieżowcu wszedł dopiero niedawno, ale im niższa liga, tym więcej nastolatków i mniej weteranów.

Pamiętam, że w mojej pierwszej szatni spotykałem większość w pełni ukształtowanych ludzi, po trzydziestce, z założonymi rodzinami. Siłą rzeczy, znajdując się w mniejszości, stawałem się bardziej pokorny. A teraz, dlaczego taki chłopak ma być wycofany, skoro w drużynie spotyka kilkunastu swoich rówieśników? Oni się znają z juniorów, reprezentacji, czują się naturalnie. Mnie starsi zawsze strofowali, pilnowali, suszyli. Ja mam trochę inny stosunek. Młodym tylko pomagam i doradzam. Wychodzę z założenia, że jeśli w środę kogoś opierniczę za jakąś pierdołę na treningu, on to weźmie do siebie w sobotę i jak wyjdziemy razem na boisko, to wszyscy na tym stracimy, bo będzie mu brakowało elementarnej pewności siebie.

Zdarzało ci się postawić starszym zawodnikom?

To nie mój typ charakteru. Mam swoje zdanie, ale znałem hierarchię. Nie ma sensu buntować się, kiedy nie można nic na tym wygrać. Często wspominam tamte czasy z Tomkiem Foszmańczykiem, który kiedy ja wchodziłem do Piasta, przebijał się w silnym wówczas Ruchu Chorzów. Mamy zupełnie inne przeżycia niż chłopcy, których spotykamy teraz. Nieśmiało otwierało się drzwi szatni, szło się na swoje miejsce i zastanawiało się tylko, czy powiedzieć „dzień dobry” i czy wypada wyjść z inicjatywą w podawaniu ręki. To takie niuanse, które brzmią śmiesznie, ale dla nas to stanowiło przeżycie.

podgorski tomasz fot. przemyslaw michalak

Nosiliście starszym zawodnikom sprzęt?

Pamiętam swój pierwszy obóz z dorosłym zespołem w Wiśle. Środek zimy, miałem siedemnaście lat, pojechaliśmy w trzech juniorów. Wtedy jeszcze ośrodki i hotele nie były specjalnie wyposażone, boisko znajdowało się daleko, choć w sumie za bardzo nie miało to znaczenia, bo w większości kazano nam biegać. Autokar zajechał wtedy na miejsce o dziesiątej i padł sygnał:

– Młodzi, wypakunek!

Piłki lekarskie, płotki, piłki, wody mineralne. Jak zaczęliśmy przed południem, tak ledwo zdążyliśmy na popołudniowy obiad (śmiech). Nikt się z nami nie pieścił, nikt nie pytał, czy zdążymy. Mieliśmy to wykonać i tyle. Hierarchia. Sam też teraz doceniam, jeżeli młodzieżowiec nie jest wobec mnie usłużny, ale chce się uczyć, spytać o radę. Z każdym chcę żyć w zgodzie.

We wspominanych czasach Piast miał sporo problemów finansowych.

Paradoksalnie przez te kilkanaście lat naprawdę nigdy nie brakowało mi stabilizacji finansowej. Piast może i nie płacił dużo, ale bardzo regularnie, a sytuacja poprawiała się z każdym rokiem w momencie, kiedy w klub zaczęło inwestować miasto.

W tamtym okresie cała polska piłka borykała się z aferami korupcyjnymi.

W ogóle tego nie odczuwałem, choć też trafiłem akurat na ostatni okres, kiedy to wszystko powoli zaczynało się normować, ale jeszcze jakieś dziwne sytuacje się zdarzały. Wydaje mi się, że zwyczajnie byłem za młody, żeby pewne rzeczy rozumieć. Myślałem, że to wynika z nieumiejętności sędziów. Miałem osiemnaście lat i do dziś opowiadam, że jeżdżąc po wyjazdach nie było możliwości dostania rzutu wolnego bliżej niż trzydzieści metrów od bramki rywali (śmiech). Piekliłem się, myślałem, że to kolejny arbiter, który nie bawi się w delikatną grę, a dopiero później się okazało, że niektórymi kierowały nieco inne pobudki. Cieszę się za to, że ominęły mnie wszelkie szatniowe szemrane sprawy. Po wyjściu na jaw wszystkich afer środowisko się oczyściło. Bardzo szanuję działania Polskiego Związku Piłki Nożnej w tym temacie. W kontraktach są odpowiednie klauzule i nie sądzę, żeby ktokolwiek mógłby pomyśleć, żeby coś kręcić.

Pamiętasz swój debiut w Ekstraklasie przeciwko Górnikowi Zabrze?

Na trybunach panowała świetna atmosfera, kibice zrobili oprawy, wszedłem jakoś na końcówkę, chyba przegraliśmy, ale wspomnień piłkarskich nie mam prawie żadnych. Przez większość czasu przyglądałem się wszystkiemu z pewnej odległości. To stanowczo nie był spektakularny debiut. Fajnie tylko, że na stadionie Górnika, bo zawsze z nimi rywalizowaliśmy na juniorskim poziomie i każdy mecz z tym rywalem budził we mnie spore emocje.

Niewiele później zostałeś wypożyczony do Zawiszy Bydgoszcz, z którego odchodziłeś podobno z dość niestandardowym urazem…

Rozwaliłem sobie nogę na paintballu, akurat kiedy już miałem wracać do Gliwic. Wyglądało to tak, że skończył się sezon i władze klubu postanowiły zorganizować nam przyjemne pożegnanie. Zawisza wynajął takie hale produkcyjne, mieliśmy najpierw rywalizować w paintballu, a potem zrobić sobie wspólnego grilla. Przyznam, było fajnie (śmiech). Dostaliśmy sprzęt, broń, grube kombinezony. Można się było czołgać, teren był rozległy, podzieliliśmy się na trzy zespoły. Niestety, na podłożu znajdowało się pełno dziur i w jedną z nich wpadłem. Na moje nieszczęście znajdował się w niej długi, wystający, metalowy pręt, w który trafiłem bokiem kolana. Nie przebił skafandra, ale zaczęła mnie pobolewać noga, więc zszedłem z pola walki, odsłoniłem nogę i od razu postanowiłem pojechać na ostry dyżur. Lekarz od razu się mnie pyta:

– Nie ma pan problemów z kolanem? Może chciałby pan przy okazji przeczyścić łękotkę, bo idealnie samoistnie zrobiło się cięcie do zrobienia artroskopii.

Śmieszna sprawa, ale na strachu się skończyło. Pamiętam, że następnego dnia wyprowadzałem się z Bydgoszczy i miałem problem ze zniesieniem paru rzeczy z trzeciego piętra.

W Piaście nie mieli pretensji, że wracasz z tak głupią kontuzją?

Absolutnie nie, dostałem cztery szwy, zrobiła się lekka opuchlizna, ale to była zwykła rana. Żadnego urazu kolana. Mieliśmy akurat dziesięć dni przerwy, wypocząłem i normalnie zacząłem przygotowania z Piastem. Trenerem był wtedy Marcin Brosz, pokazałem się mu z zatejpowanym kolanem, ale nawet nic mu nie wspominałem, bo nie miało to wpływu na moje zdrowie.

I zaczęła się krystalizować tam naprawdę ciekawa ekipa. Spotkałeś chociażby Kamila Glika i Kamila Wilczka.

Trójka z młodzieżowego Realu – Glik-Wilczek-Matuszek – przyszła do nas po historycznym awansie do Ekstraklasy. Utrzymaliśmy się w niezłym stylu, a ten pierwszy zaliczył naprawdę solidny sezon. Pamiętam jego debiut. Wszedł na boisko z Jagiellonią Białystok w miejsce Pawła Gamli, każdy traktował go jako bardzo obiecującego zawodnika i od razu potwierdził potencjał. Już wtedy sygnalizował wszystkie atuty, z których później zasłynął – czytanie gry, umiejętność wyprzedzania, wygrywanie pojedynków powietrznych. Bardzo dobrze zdefiniował go wtedy zasłużony środkowy obrońca Górnika Zabrze, a wtedy asystent w Piaście, Józef Dankowski, który zawsze mówił, że dawno nie widział tak przewidującego stopera, który posiada magnes na piłkę we własnym polu karnym. Rywale mogli sobie dośrodkowywać, wrzucać futbolówkę pod naszą bramkę, ale jakoś zawsze tak wychodziło, że był już tam Glik i oddalał niebezpieczeństwo. Nikt nie grał tak głową jak on, choć parę razy tymi „kaskami” się z kimś zderzył i wcale nie było przyjemnie (śmiech).

5001933-tomasz-podgorski-900-663

Mogłeś się porównać z Szymonem Matuszkiem, który wrócił z Hiszpanii i długo mówiło się, że jest nawet najbardziej perspektywiczny z całej trójki. 

Właśnie niekoniecznie. Z dwóch aspektów. Po pierwsze, grałem wtedy na skrzydle, a on na środku. Po drugie, za bardzo go z tamtych czasów nie pamiętam, choć spotkałem go niedawno na boiskach trzeciej ligi, więc mieliśmy okazję przybić piątkę (śmiech). Inaczej sprawa wyglądała z Kamilem Wilczkiem, który u nas w ogóle grywał na pozycji defensywnego pomocnika.

Powiedział mi kiedyś, że trenerzy widzieli go w roli Gennaro Gattusso.

Coś w ten deseń, bo za czasów trenera Fornalaka zawsze mówili, że ma doskonale ułożoną stopę i może przerzucać piłki z lewej na prawą. Potem to się zmieniło, bo nagle zaczął strzelać jak najęty i dziś jest wziętym napastnikiem. Obu Kamilów wspominam bardzo pozytywnie. Mieszkaliśmy czasami razem w pokojach i bardzo mnie cieszy, że tak potoczyły się ich kariery.

Minęło kilka lat i przez szatnię przewinęło się młodsze pokolenie. Wychowankiem Piasta jest na przykład Radosław Murawski.

Bardzo wcześnie został włączony do zespołu, pokorny, spokojny, sympatyczny i bronił się na boisku. Trenerzy nie bali się na niego stawiać, od razu został rzucony na głęboką wodę, organizował grę, szybko złapał doświadczenie i wiedziałem, że jest dużym talentem. Nie mogło mu się nie udać. Miał wszystko, żeby się wybić. Praca plus talent naprawdę dają efekt. Trochę inaczej wspominam za to innego młodego, Jakuba Świerczoka. Przyszedł do nas po nieudanym okresie w Niemczech w letnim okresie przygotowawczym. Wyglądał świetnie, ale poza murawą stanowił zupełne przeciwieństwo „Murasia”. Bezczelny i emanujący pewnością siebie. Wielu osobom to przeszkadzało, ale ja to tolerowałem, bo szybko zrozumiałem, że on taki po prostu jest i nikogo nie udaje. Styl bycia. Tego się w ludziach nie zmienia. Pamiętam z nim śmieszną historię. W swoim debiucie, a wszedł w 70. minucie,  próbował z połowy boiska zaskoczyć lobem wysuniętego Janukiewicza. I prawie się mu udało, bo piłka minimalnie minęła spojenie. Schodzi do szatni, jest wyraźnie przybity:

– Chłopaki, mam do siebie ogromne pretensje, uwierzcie, wiem, że zawaliłem, przepraszam.

– Co ty mówisz? Za co przepraszasz?

– On był na szesnastym metrze, kiedy strzelałem. Do pustej przecież muszę trafić!

Może i mówił na poważnie, ale wyszła niezła anegdota, obrazująca jego charakter. Super piłkarz. Uderzenie z obu nóg, drybling, naturalny talent. Kontuzje trochę zwolniły jego rozwój, mógł szybciej doskoczyć do topu, ale nie jest tak, że zniknął. Robi karierę.

To był moment, kiedy miałeś już mocną pozycję w szatni.

Status wyrobiłem sobie podczas zakończonego awansem sezonu w I lidze. Potem też dostałem opaskę kapitana, ugruntowałem sobie pozycję poprzez trzy lata w Ekstraklasie i wiesz z czego jestem też dumny?

Z czego?

Że przyczyniłem się do tego, że podtrzymałem coś takiego, co zawsze czułem w gliwickich szatniach. Taki dobry duch zespołu. Przychodzili nowi zawodnicy i łatwo im było wpasować się w zespół. Naprawdę. Gliwice stają się coraz fajniejszym miastem, z coraz fajniejszym klubem. Większość piłkarzy dostających tam propozycję przedłużenia umowy, po prostu tę umowę przedłuża. I tu dochodzimy do o tyle nieprzyjemnego tematu, że ja takiej możliwości nie dostałem.

Dlaczego?

Po prostu taka była decyzja klubu. Musiałem szukać nowego klubu. Rok grałem w Chorzowie, dwa lata w Bielsku-Białej, a potem znowu wróciłem do Ruchu. Tyle, że już do II ligi.

Można to rozpatrywać w kategoriach, że coś poszło nie tak?

Bez przesady. Nie czuję się wypalony. Jestem w stanie jeszcze grać na przyzwoitym poziomie. W II lidze nie odstawałem, a przepaści między nią a I ligą wielkiej nie ma. Ale nie ma co gdybać. Jestem tu, gdzie jestem, na razie na poziomie III ligi, pomagam Ruchowi w zatrzymaniu degrengolady. Liczę, że wszystko się ustabilizuje i jeszcze zapiszę jakiś pozytywny rozdział w historii klubu.

ROZMAWIAŁ: JAN MAZUREK

Fot. Michał Chwieduk/400mm.pl, Newspix, Przemysław Michalak

KOMENTARZE (3)