To jeszcze nie czas, żeby zachwycać się Bielikiem
Weszło

To jeszcze nie czas, żeby zachwycać się Bielikiem

Jeśli wierzyć socjologom Krystian Bielik, rocznik 1998, należy do Pokolenia Z, którego przedstawicieli cechuje zdolność do kreatywnego wykonywania nawet najprostszych poleceń przełożonych. Idąc tym tropem, nic dziwnego, że w piątkowym spotkaniu przeciwko Słowenii utalentowany zawodnik Derby County potrafił zmaksymalizować prosty przekaz Jerzego Brzęczka brzmiący „Krystian, próbuj” i rozegrać naprawdę obiecujące zawody. Trochę inaczej wyglądało to w meczu z Austrią, kiedy wyszedł w pierwszym składzie i dostał dużo więcej bardziej skonkretyzowanych zadań. I choć potwierdził wiele ze swoich zalet, to – zachowując narrację – uwidoczniły się też inne stereotypy na temat jego generacji – brak koncentracji, zagubienie w swojej wielofunkcyjności i częsty brak umiejętności wpasowania się w otoczenie.

Bielik zajął miejsce bezproduktywnego Mateusza Klicha i nikt się temu nie dziwił. Roszada oczekiwana. Zwyczajnie sobie na nią zasłużył. Po pierwsze, przyjechał na kadrę po wywalczeniu sobie miejsca w wyjściowym składzie swojego nowego klubu w Championship. Po drugie, nie tak dawno zachwycił całą piłkarską Polskę świetnymi występami na Mistrzostwach Europy U-21. I po trzecie, pokazał się z naprawdę pozytywnej strony w swoim debiucie w kadrze.

Musiał dostać szansę.

Nie miał łatwo, bo wszyscy sporo się po nim spodziewali. Napompowano wokół niego balonik. Bielik miał być z miejsca zbawcą, zdominować środek pola, imponować po obu stronach boiska. Jak można przypuszczać, wcale tak się nie stało i choć absolutnie nie było tak, że kompletnie zawiódł, to analizując jego występ nie da się popaść w zachwyt.

I tak, to prawda, nie można zaprzeczyć, że jest już gotowy na regularne występy z seniorami, bo nie dawał się przepychać, potrafił wziąć starszych zawodników na plecy, ustać, pchał piłkę do przodu, niekiedy zaskakując tym faktem nawet swoich kolegów z zespołu, to ewidentnie brakowało mu doświadczenia. Takiego zwyczajnego ogrania na wysokim poziomie, czyli dokładnie tego, co musiał nadrabiać za niego Grzegorz Krychowiak.

Przy młodszym koledze, nie rozgrywający wybitnych zawodów piłkarz rosyjskiego Lokomotiw Moskwa, w wielu sytuacjach wyglądał na profesora. W szczególności na początku spotkania, kiedy Bielik zdawał się nie nadążać za tempem austriackich ataków. Jego próby podłączenia się do ofensywy kończyły się momentalnymi stratami i dynamicznymi kontratakami rywali. Obrazek, w którym Marcel Sabitzer, Konrad Laimer czy nawet Julian Baumgartlinger pędzili w stronę bramki Łukasza Fabiańskiego, a za nimi nieco niespiesznie podążął spóźniony o dobre kilka metrów 21-latek, był jednym z najczęściej oglądanych podczas widowiska na Stadionie Narodowym.

Gra zaczęła się kleić dopiero, kiedy „Krycha” kilka razy, gęsto przy tym gestykulując, nakrzyczał swojego partnera ze środka pola. Przyniosło to efekt w postaci mniejszych dziur wytwarzanych przez brak zgrania piłkarza z Konina ze swoimi kolegami z zespołu. Ale do tego potrzeba czasu i za to nie można go piętnować, bo, poza swoją defensywną opieszałością, momentami jego zagrania naprawdę mogły się podobać.

35 razy podawał, robiąc to z 85% dokładnością, a jest to w jego przypadku o tyle wartościowa statystyka, że kiedy po kwadransie gry otrząsnął się trochę z pierwszego szoku, zazwyczaj starał się unikać sztampowych rozwiązań. Zamiast bezpiecznie podawać do Glika czy Bednarka, szukał lepiej ustawionych Grosickiego, Zielińskiego i Lewandowskiego, a chyba nikomu nie trzeba udowadniać, że jest to rodzaj prowadzenia akcji często poza granicami możliwości polskich wyrobników z pozycji „6” i „8”. Do tego nie bał się dryblować, nawet jeśli było to dosyć ryzykowne, bo po stracie piłki Austriacy natychmiastowo próbowali ją odebrać i wprowadzało to relatywny spokój w szeregach słabo dysponowanych biało-czerwonych.

Problem w tym, że z jego ofensywnych poczynań konkretów było naprawdę niewiele, jeśli nie wcale. Ale z drugiej strony, nie bramek i nie asyst oczekuje się po zawodniku, który pełni rolę defensywnego pomocnika. Z ich braku należałoby rozliczać raczej tercet Zieliński-Grosicki-Lewandowski.

Jak sama nazwa pozycji jednak wskazuje miał on przede wszystkim bronić i choć wygrał 10 na 14 pojedynków w destrukcji, to absolutnie nie zachwycił. Na żadnym etapie meczu środek pola nie został przez Polaków wygrany, Austriacy robili, co chcieli, oddali sporo groźnych strzałów z dystansu z łatwością podchodząc pod same pole karne Fabiańskiego od samego środka. Do tego nie można przemilczeć nieodpowiedzialnego faulu młodego Polaka w 90. minucie spotkania, kiedy ważyły się losy meczu i takich sytuacji trzeba było unikać jak ognia.

Mamy świadomość, że wszystkie błędy, których dopuścił się podczas swojego debiutu w pierwszej „11” reprezentacji Polski można zrzucić na karb braku doświadczenia i nie odmawiamy mu niewątpliwego talentu, ale będąc uczciwym trzeba przyznać, że to nie były dobre zawody w wykonaniu Krystiana Bielika. I choć oczywistym jest, że piłkarz, który przez ostatnie lata uczył się rzemiosła od gwiazd Arsenalu, musi w niedalekiej przyszłości stanowić o sile polskiej kadry, to po takich meczach jaśniejsze staje się, dlaczego na razie występuje w Championship, a nie w Premier League.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (12)