Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Gdy czytałem na żywo komentarze podczas meczu Atromitos – Legia, Grecy po straceniu pierwszej bramki zostali niemal uniwersalnie uznani za zespół, któremu samodzielnie dałby radę Bohdan Łazuka, a po drugiej bramce Grecy zostali uznani za zespół, któremu samodzielnie dałby radę Bohdana Łazuki pies. Ja z całym szacunkiem zarówno dla pana Bohdana, jak i jego równie godnego szacunku psa uważam, że obaj mogliby mieć niejakie problemy.

Oczywiście, że często jestem dla polskiej piłki bezlitosny. Nie ma powodu, by nie być bezlitosnym dla kota, który naszczał na poduszkę, a tak często zachowuje się polska piłka. W innych krajach rodzimy futbol daje radości – mnie nauczył przede wszystkim cynizmu. I pewnie nie tylko nie mnie. Ale jeśli będziemy przekreślać wszystko i zawsze, to się robi dość przewidywalne.

Atromitos zagrał piach. To jest bezsporne. Ale ten piach nie zagrał się sam. Atromitos to wciąż zespół, który wyeliminował DAC Dunajską Stredę, która z kolei wyrzuciła z eliminacji Cracovię. Dlatego gdy czytam, że ten Atromito to generalnie dół pierwszej ligi, że jedno wielkie dziadostwo, że w zasadzie nie miałby szans z Koroną Kielce, czyli w zasadzie z taką Cracovią:

No nie, front zmieniony zbyt zdecydowanie i za szybko.

Oddajmy Legii co jej – to był dobry mecz. Nie tak dobry, żeby kibice The Gers trzęśli portkami – wiem, bo śledzę ich poczynania, śledzę też co piszą i na ten moment są przekonani, że wspólna drużyna Atromitosu i Legii wciąż byłaby słabsza od Midtjylland – ale dobry. Wyjazdowe zwycięstwo z reprezentantem piętnastej ligi rankingu UEFA, awans, który był przez zdecydowaną większość dwumeczu wyraźnie kontrolowany, awans, który przyszedł nie po szarpaninie godnej pewnego lokalu socjalnego, ale awans, który nie podlegał większej dyskusji, był po prostu zasłużony.

Nie, nie ma się czym jarać, Legia była faworytem i wygrała. Przejście Atromitosu było jej obowiązkiem. Nie róbmy, naturalnie, jaj, nie róbmy parady godnej Greków w 2004.

Ale dopiero co miałem okazję porozmawiać z Jankiem Sikorskim, który czarno na białym – a konkretnie na rankingowym tle – pokazał, że jesteśmy w bodaj najgorszym momencie w historii naszych rankingów, że jesteśmy mistrzami trwonienia rozstawień, że gdybyśmy tylko w ostatnich latach wygrywali to, co powinniśmy wygrać, to, co wygrać było naszym obowiązkiem, to nie byłoby z nami wcale źle. W tym kontekście traktowanie zwycięstwa Legii z pogardliwym uśmieszkiem stanowiłoby niczym nie uzasadnioną próżność.

Swoją drogą, to wyświechtane „w Europie nie ma już słabych drużyn” powoli zaczyna ewoluować w „Europie nie ma już średnich drużyn”. Legia jest rozstawiona w ostatniej rundzie, a aby wejść do fazy grupowej musi – zapewne – ograć Rangers? W Europie dobrych drużyn w tym momencie jest znacznie, ale to znacznie więcej, niż miejsc w fazach grupowych. Nie jestem pewien, czy jeszcze idą w dziesiątki.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (33)