Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Weszło

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

W zasadzie powinna to przeczytać Krystyna Czubówna głosem znanym całej Polsce z rasowych dokumentów: – Oto rzadki okaz, praktycznie nie występuje w naturze: komplet zwycięstw polskich drużyn w europejskich pucharach. Uwaga: Zagrożony wyginięciem. Choć więc może nie najpiękniejszy, tak doceńmy, że jeszcze go widzimy.

***

Niewykorzystane sytuacje się mszczą – porzekadło starsze niż czas, zgrane bardziej niż „Last Christmas”, ale nie udawajmy, że gdzieś nie majaczy na horyzoncie dwumeczu Lechii. Polska piłka troszeczkę zakochała się w takich scenariuszach, które ostatecznie kończą się naszą odwieczną honorową porażką i rozpamiętywaniem słupków, poprzeczek, maślanych rąk bramkarza i zmarnowanych strzałów do pustaka. Brondby nie mogłoby narzekać, gdyby dostało dzisiaj czwórkę, a jednak urządzi je w rewanżu skromne, bezduszne 1:0. Parafrazując klasyka:

Wszystko, co wiem o niesprawiedliwości, wiem dzięki piłce nożnej.

Ale dla czystej higieny psychicznej polskiego kibica stała się rzecz nie do pogardzenia: oto wreszcie oglądaliśmy polski zespół, który z poważnym rywalem nie tyle gra, co poważnego rywala przegania po murawie, a ostatecznie – najistotniejsze – na malowniczym przeganianiu się nie kończy, tylko jest konkretny efekt w postaci zwycięstwa. I położę tutaj koniecznie nacisk na „poważnego rywala”, bowiem męczy mnie deprecjonowanie przeciwników na takiej podstawie, że Polacy z nimi wygrali. Jak przegramy, to frajernia, jak wygramy, to co z tego, bo oni, choćby byli jak Brondby rozstawieni w tej parze, i tak na pewno reprezentują poziom reprezentacji Radzymina. Nie, na taką retorykę się nie zgodzę: Lechia wygrała i nie zasługuje na to, by jej wygraną obrzucać błotem. Nie uważam Brondby za następców duńskiego dynamitu z 1992 roku, ale też nie przeginajmy w drugą stronę, szanujmy to zwycięstwo i jego styl: bez szafowania gdybaniem, jak się w 92. minucie ociera o bramkę, w której asysta mogłaby być główką, a rywal mógł tylko patrzeć, to się widzów nie męczyło.

Zwycięstwo jest nieznaczne, ryzykowne, ale zwycięstwo na pewno nie jest przypadkowe. Widać było w tej drużynie pomysł, polot, a także więcej jakości czysto piłkarskiej. Ta ostatnia jednak – jakkolwiek to brzmi – bywa zawodną inwestycją, przydatną najbardziej w meczach, w których potrzeba wielkiej fantazji – Lechia w rewanżu wielkiej fantazji nie potrzebuje, potrzebuje dyscypliny. I co jak co, ale Stokowcowi taktycznego warsztatu odmówić zwyczajnie nie można, szczególnie w ustawianiu defensywnych szyków, a dokładnie to będzie najważniejsze w Danii i na tym opieram swój optymizm:

Lechia Brondby przejdzie.

***

W przypadku Piasta należy zapytać, czy oni na pewno wiedzą, że liczą im się wyłącznie gole strzelane do bramki rywala, a nie własnej. Może jakiś kurs, pogadanka, coś niemal na zasadzie szkolenia BHP – śmiejecie się, zarzucacie absurd, ale większym absurdem jest ładowanie sobie w drugim kolejnym meczu pucharowym dwóch bramek.

Takiej łapczywości na samobóje nie miały nawet zespoły w czasach Fryzjera – mistrzowie fachu piłkarskiego pokera uznaliby takie wybryki za amatorszczyznę, szwy zbyt grubymi nićmi szyte, elementarny brak subtelności. Przecież Ryga w obu sytuacjach, które zakończyły się bramkami, nawet nie zakręciła się wokół stworzenia zagrożenia. To nie tak, że zmusiła Pietrowskiego czy Koruna do błędu jakimś wysokim pressingiem, jakąś ofiarnością, wielkim zaangażowaniem – nie, po prostu Pietrowski podał źle, a potem Korun podał jeszcze gorzej (Plach też mógłby krzyknąć jak wychodzi, szczególnie, że opuszcza światło bramki).

Ja, przyznam szczerze, tej Rygi wcale nie lekceważyłem. Patrzę, a tam goście z przeszłością w Ekstraklasie, czasem – Rakels – z przeszłością niedawną i w sumie nieprzypadkową. Jest Tomislav Sarić, jest weteran ukraińskich boisk Wiaczesław Szarpar, czy nawet nasz Kamil Biliński zaledwie na ławie – generalnie wielu graczy, którzy gdzieś coś widzieli, gdzieś coś kopali. Takie przyszły czasy, że i na Łotwie nie należy w kategoriach cudu rozpatrywać przypadku stworzenia zespołu, nad którym polski przepaści jakościowej mieć nie będzie. Ja wiem, że w lepszym tonie jest grzmieć, że powinno być 5:0, ale pół-amatorów wśród rywali nie uświadczysz, a tak trochę do dziś się myśli, gdy przyjdzie mierzyć się z łotewskim zespołem.

Co nie zmienia faktu, że Piast Gliwice był faworytem, a jednak przez większość meczu uprawiał może jakąś dyscyplinę sportu, ale nie była to piłka nożna. Za łeb wziął kolegów dopiero Jakub Czerwiński, pół Jaap Stam, pół Carsten Jancker: to gola strzeli, to wyjaśni wszystko w tyłach, to zaszczepi wiarę, że jednak Piast to nie są ostatnie czereśniaki. Czerwiński jako jeden z niewielu dorósł do gry w pucharach, ba, do gry w pucharach na wysokim poziomie. Nie wiem, jaka czeka go przyszłość, ale czas płynie, chłop w lidze wyróżnia się nie od wczoraj, a teraz i trzyma ciśnienie w pucharowej jatce – ja ciekaw jestem, jak poszłoby mu w mocniejszym otoczeniu. PESEL już nie tak pożądany, ale dajcie spokój: na defensora dwadzieścia osiem lat to jeszcze ho ho i trochę do emerytury.

A Piast? Rygę przejdzie. Pewnie będzie miał w tym wielki udział zarówno Czerwiński, jak i Felix. Czy ktoś więcej – pewnie tak, we dwójkę się nie wygrywa, ale jednak pozostali będą mniej lub bardziej na doczepkę.

***

Jak było w meczu Legia – KuPS, tak było, koneserów dobrego futbolu raczej nie uraczyło, a i koneserzy futbolu jakotakiego kręcili z niesmakiem głowami. Poziom: Stevenage – Crawley Town, w porywach. Jest jednak kolejne zwycięstwo i zauważam rzadką prawidłowość:

Gdy wydawało się, że przegraliśmy ostatnio wszystko i wszędzie, jest jeszcze kraj, w którym nas nie leją, a przynajmniej od dawna, konkretnie od 1989, kiedy wpadka przydarzyła się GKS-owi Katowice. Nawet, gdy Legia miała dwa lata temu mierny sezon, to IFK Marienhamn – było nie było fińskiego mistrza – przejechała walcem.

Dzisiaj walca nie było, dzisiaj maksymalnie taczka, żegnana gwizdami przez trybuny, czemu trudno się dziwić. Co jest nie tak w Legii?

Najchętniej zwróciłoby się uwagę na brak jakiejś głębszej idei w grze zespołu, ale ostatnio zastanawiając się nad Legią, coraz bardziej zastanawiam się, czy piłkarze tutaj nie oduczają się futbolu. Ligowe gwiazdy przychodzą i blakną, ci sprowadzeni skądinąd grają dobrze jakiś czas, potem osiadają na laurach.

Za wygodnie w tej Warszawie? I bez super wyników żyje się nieźle? Presja wiąże?

Momentami to wygląda jak temat pod czwarty sezon Stranger Things.

Leszek Milewski

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (13)