Jak krew w Plach
Weszło

Jak krew w Plach

Ależ nas Piast podpuścił! Przez większość dwumeczu z BATE był drużyną lepszą, dojrzalszą, prezentującą większą kulturę gry. Człowiek naprawdę uwierzył, że coś z tego może być, że to ekstraklasowe naznaczenie frajerstwem gliwiczan akurat nie dotyczy, mimo prawie zerowego doświadczenia w pucharach. Ale nie, jednak nie! Gdy wydawało się, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu i nawet nie będzie szczególnych wichrów w drodze do portu, coś musiało się spierdolić.

Konkretnie zrobił to Frantisek Plach. Słowak przychodził do Piasta z zadupia, praktycznie bez CV, ale jak już wszedł do bramki, sprawiał korzystne wrażenie i jeszcze jesienią wygryzł ze składu Jakuba Szmatułę. Wiosną bronił tak dobrze, że koniec końców uznano go najlepszym bramkarzem ligi. Zdawał się być gościem bez większych mankamentów w swoim fachu.

Prawie bez mankamentów. A to prawie zrobiło dziś gigantyczną różnicę.

Plach ma czasem problem z grą na przedpolu i przy dośrodkowaniach. W Ekstraklasie jeszcze rzadko to wychodziło, poważniejszą konsekwencją była jedynie spóźniona interwencja przy golu w Gdyni na początku rundy wiosennej. W rewanżu z BATE niestety wszystko eksplodowało z podwójną mocą. Goście przez 80 minut nie oddali celnego strzału, Słowak nic nie musiał robić. I nic miał też nie robić, gdy do dalekiego podania doszedł Nemanja Milić. Niewielkie zagrożenie, facet wygonił się do boku, a Plach niepotrzebnie wyszedł i jeszcze bardziej niepotrzebnie pacnął Milicia, z czego ten skwapliwie skorzystał. Jeszcze się łudziliśmy, że Słowak podobnie jak w lidze błyśnie przy rzutach karnych, ale nie tym razem. Rezerwowy, robiący mnóstwo szumu Hervaine Moukam, nie dał mu szans. Plach tylko stał.

Co gorsza chwilę później stał też po dośrodkowaniu Igora Stasiewicza z rzutu wolnego, a wbiegający w pole bramkowe Zachar Wołkow z bliska zapewnił BATE awans. Pięć minut i cały wcześniejszy dorobek poszedł w pizdu. Jak krew w Plach…

Nie sposób go tu rozgrzeszać, choć oczywiście zupełnie w pojedynkę tego dwumeczu nie przegrał. Piast powinien mógł wygrać w Borysowie, spokojnie mógł też dziś podwyższyć prowadzenie, które dał Jakub Czerwiński. Czerwiński w defensywie grał profesurę, do tego notorycznie gubił krycie rywali przy stałych fragmentach i dochodził do strzałów. Cóż jednak z tego, skoro wynik się nie zgadza i teraz jak co roku przełykamy gorzką eurowpierdolową pigułkę.

Gorzką jeszcze bardziej, bo uwierzyliśmy, że będzie dobrze, że mistrzowie Polski nie mogą już tego zepsuć. Narobiliśmy sobie nadziei.

Został tylko maksymalny wkurw. Jak zawsze.

Fot. Michał Chwieduk/400mm.pl

KOMENTARZE (84)