Drągowski i Fiorentina – małżeństwo, które jeszcze może być udane
Weszło

Drągowski i Fiorentina – małżeństwo, które jeszcze może być udane

Bartłomiej Drągowski jest ostatnio w czołówce polskich piłkarzy, o których mówi się najwięcej. I z czysto sportowego punktu widzenia, bo rundę wiosenną w barwach Empoli miał bardzo udaną, i z powodu spraw pozaboiskowych, tajemniczej kontuzji, która uniemożliwiła mu stawienie się na zgrupowanie młodzieżówki i wyjazd na mistrzostwa Europy. Nie jest to opowieść cukierkowa, pozbawiona wątpliwości, ale jednocześnie trzeba zauważyć, iż stanowi miłą odmianę dla gościa, który trochę czasu już w swojej karierze stracił. 

Nowy sezon jest już na horyzoncie, piłkarze w większości kończą urlopy, więc postanowiliśmy zastanowić się nad tym, czy w wykonaniu 21-letniego golkipera może być on równie ciekawy jak wiosna tego roku. Okazja jest całkiem dobra – Fiorentina ogłosiła kadrę na International Champions Cup i wydaje się, że ze strony klubu, z którym Polaka wiąże jeszcze dwuletnia umowa, jest spora chęć postawienia właśnie na „Drążka”.

Do tej pory to na pewno nie było udane małżeństwo. Drągowski jeszcze w czasach Jagiellonii Białystok miał momenty, w których kartkami z propozycjami kontraktów mógł wytapetować sobie mieszkanie. I choć magia niektórych nazw działała na wyobraźnię, ostatecznie nie zapomniano o kluczowym kryterium – szansach na regularną lub w miarę regularną grę. Fiorentina w tym kontekście wydawała się wyborem nie najgorszym, nawet jeśli Drągowski musiałby na miejsce między słupkami trochę poczekać. Pierwszy sezon w barwach włoskiego klubu był dla niego właśnie testem na cierpliwość. Pierwszym wyborem był wtedy Ciprian Tatarusanu. Okienko prowadzące do debiutu uchyliło się co prawda bardzo szybko, ale gdy w drugiej kolejce Rumun doznał kontuzji, na placu pojawił Luca Lezzerini, a nie siedzący na ławce obok niego Drągowski. Ten sam golkiper dostał szansę od trenera Violi w Lidze Europy. Później w bramce zameldował się jeszcze, na dwa mecze, wypożyczony zimą Marco Sportiello – Drągowski akurat leczył kontuzję. Na debiut Polak musiał poczekać do ostatniej kolejki sezonu.

Czy czekał pokornie? No nie. Szybko wyżalił się na swoją sytuację portalowi polsatsport.pl, co we Włoszech odbiło się sporym echem. – Na ławce co prawda siedzę, bo jest ona długa, siada tam 12 osób, ale w meczach nie występuję. Ostatnio pierwszy bramkarz miał kontuzję, ale nie ja byłem jego zmiennikiem. Może jeszcze ktoś jest przede mną… kierowca albo fizjoterapeuci. Może siódmy jestem, może ósmy? Bo jest pięciu fizjoterapeutów. No i kierowca. A więc jestem daleko, daleko…

Kolejny sezon to odejście Tatarusanu do Nantes, ale sytuacji „Drążka” zbyt mocno to nie zmieniło. Dostał występy w Pucharze Włoch (skończyło się na dwóch), ale w Serie A trzeba było czekać na czerwoną kartkę Włocha, którą złapał w końcówce rozgrywek. – We Florencji prezesi też się będą zastanawiać, co ze mną zrobić, bo jeśli ja będę kolejny rok siedzieć na ławce, nie wiem, czy nie skończę grać w piłkę. Mam swoją cierpliwość, ale bez przesady – mówił Polak wiosną 2018 Przeglądowi Sportowemu.

To może kolejny rok? No też nie, gdyż choć Sportiello wrócił do Atalanty (skąd został wypożyczony do Frosinone), to Viola sięgnęła, za 8 milionów euro, po prawie dwa lata młodszego od Polaka Albana Lafonta. Mimo młodego wieku chłopak zdążył zagrać prawie 100 razy w Ligue 1 i akurat on z miejsca dostał miejsce między słupkami. W obliczu przegranej rywalizacji z trzecim już bramkarzem, w dodatku z takim z rocznika 1999, chyba jedynym sensownym krokiem było wypożyczenie.

Ale że Empoli okaże się aż takim przełomem nie spodziewał się chyba nikt, a już w szczególności nie spodziewała się Fiorentina. Nie udało się Drągowskiemu utrzymać tego zespołu we włoskiej elicie, ale sam reklamę zrobił sobie świetną. Tak głośną, że wykraczała poza Półwysep Apeniński. Przeciwko Atalancie Polak odbijał wszystko, zaliczył 17 udanych interwencji, pobił rekord Serie A – nie mogło być więc inaczej.

I nie był to tylko rodzynek w zakalcu, na wielki plus Drągowski zapracował w całej rundzie. I pewnie tym trudniej było się pogodzić z rolą zmiennika Kamila Grabary w Michniewiczówce, ale też – abstrahując od naszej oceny jego zachowania – tym łatwiej było przekonać część kibiców, że taki wyjazd z młodzieżową drużyną nie jest mu do niczego potrzebny. „Niech odpocznie i wyjaśni klubową przyszłość” – takie głosy się pojawiły.

Czy się udało? Pierwsza część planu pewnie wypaliła, a w przypadku drugiej części na razie stawiamy znak zapytania – choć z przeświadczeniem, że będzie dobrze. Wynika ono z paru spraw.

Po pierwsze: Drągowski wzbudza zainteresowanie. Padły nazwy fajnych klubów (Bournemouth i Southampton) i padły imponujące kwoty (10-15 milionów euro). Pojawiło się także zainteresowanie ze strony Romy, ale skoro w stolicy Italii wylądował Pau Lopez, ten temat można uznać za zamknięty.

Po drugie: Alban Lafont po sezonie, który okazał się rozczarowaniem, przeniósł się na zasadzie wypożyczenia do Nantes.

Po trzecie: Fiorentina wysyła jasne sygnały, że chce na Polaka postawić. – Jeśli tylko zadeklaruje, że chce z nami zostać, będzie pierwszym bramkarzem – mówił na początku miesiąca Daniele Prade, dyrektor sportowy klubu. – Dojrzał i świetnie spisuje się na treningach. To ciągle bardzo młody chłopak, ale ma wielkie umiejętności – to z kolei Vincenzo Montella.

W tle pojawia się też wątek przedłużenia kontraktu oraz podwyżki i choć na początku rozbieżności wydawały się spore, według Gianluki Di Marzio strony dojdą do porozumienia. I trudno nie odnieść wrażenia, że to najlepsze wyjście z całej sytuacji. Bo choć czasami niełatwo schować burzliwą przeszłość i urażone ambicje do kieszeni, to najważniejsza przyszłość. A Drągowski chyba lubi, gdy koniec końców wychodzi na jego.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (2)