„200-metrowa kolejka po autograf”. Słowik o pierwszych dniach w Japonii
Weszło

„200-metrowa kolejka po autograf”. Słowik o pierwszych dniach w Japonii

Dwieście metrów – tyle liczyła sobie kolejka po autograf na jednym z pierwszych treningów Jakuba Słowika w Vegalcie Sendai. Jak przyjęli go japońscy kibice? Dlaczego w ogóle zdecydował się na taki ruch? Jakie są jego wrażenia z miasta, przez które w 2011 roku przeszło ogromne tsunami, powstałe w wyniku czwartego co do wielkości w historii świata trzęsienia ziemi? Były piłkarz Śląska Wrocław opowiada nam o swoich pierwszych dniach w Japonii. 

JAK PODNIEŚĆ SIĘ PO NAJWIĘKSZEJ KLĘSCE OD CZASÓW HIROSZIMY I NAGASAKI? JEŚLI CHCESZ DOWIEDZIEĆ SIĘ, DO JAKIEGO KLUBU TRAFIŁ JAKUB SŁOWIK, PRZECZYTAJ NASZ REPORTAŻ O VEGALCIE SENDAI

Jak pierwsze dni? Zdążyłeś już się zaszokować?

W zeszłą niedzielę wyleciałem z Polski, w poniedziałek dostałem od razu wolne, by odpocząć po podróży, bo to w sumie 20 godzin. We wtorek miałem testy medyczne, porozmawiałem z trenerem, poznałem się z chłopakami, na koniec dnia było podpisanie kontraktu i jeszcze jedna rozmowa z trenerami. Początkowo nie trenowałem ze wszystkimi, bo drużyna grała w środę Puchar Japonii, ale zależało mi, by jak najszybciej zacząć funkcjonować w szatni. Dopiero 15. lipca mogę być zgłoszony do rozgrywek, a pierwszy mecz mogę zagrać 20. Do 15. lipca w klubie jest Daniel Schmidt, który odchodzi do Belgii. Gra wtedy swój ostatni mecz, a ja płynnie przechodzę w jego miejsce. Letnie okienko w Japonii jest trochę tak jak nasze zimowe, z kolei to zimą robi się największe transfery. Każdy dzień dla mnie jest ważny. Cały czas poznaję chłopaków. W sobotę mieliśmy mecz, więc zostałem z ekipą, która nie jechała. Skupiam się na razie na treningach. Mieszkam jeszcze w hotelu, myślę, że w tym tygodniu uda się pozałatwiać już samochód czy dom. Japończycy starają się we wszystkim pomóc, to od razu rzuca się w oczy.

Odczułeś już, że piłkarz w Japonii jest traktowany trochę inaczej?

W rozmowie z trenerem czułem, że zostałem przez nich dobrze sprawdzony. Trenerzy analizowali mecze, rozmawiali ze mną o poszczególnych sytuacjach, wiedzieli sporo o moim życiu prywatnym. Pytali, kiedy przeprowadzi się rodzina i przedstawili konkretny plan na mnie. Mam do dyspozycji tłumacza, który cały czas ze mną chodzi, na treningu przebiera się w dres i jest do mojej dyspozycji. Tłumaczy mi wszystkie uwagi, które trener przekazuje na treningu. Jak rodzina przyjedzie, mamy zapewnionego polskiego tłumacza.

Tylko dla was?

Tak. Na razie na bazie jest ze mną angielski tłumacz, ale jak moje dziewczyny przyjadą, zostanie nam przydzielony polski. Mamy małe dziecko i nie ukrywam, że przeprowadzka na koniec świata była z tego względu ciężką decyzją. Gdyby nie daj Boże działa się jakaś niekolorowa sytuacja, zależało nam, by ktoś pomagał nam po polsku, dzięki czemu będziemy mieć jasny przepływ informacji. Trudno było też dlatego, że dobrze nam się żyło we Wrocławiu, gdzie zdobyłem szacunek i wyrobiłem sobie pozycję. Po pierwszych dniach rzuca się w oczy pomoc Japończyków. Masz skupić się tylko na piłce. Na każdym kroku zaznaczają, że mam sygnalizować, gdy czegoś nie wiem albo coś mnie trapi. Od razu spróbują pomóc albo coś wyjaśnić.

DSC01212

Krzysiek Kamiński mówił, że – przynajmniej w jego klubie – zawsze będą stawiać na bramkarza z zagranicy, bo japońscy piłkarze często mają kruchą psychikę. Jeśli ktoś ma zapewnić spokój, to właśnie bramkarz. Też dostałeś takie sygnały, że masz być kimś, kto wprowadzi europejskie spojrzenie i zarazi piłkarzy mentalnością?

Trener mówił, że podczas analizy moich meczów podobało mu się liderowanie od tyłu. Powiedział, żebym żył w bramce i był sobą, przenosił swoją grę w Ekstraklasie na J-League. Dlatego zależy mi na dobrej komunikacji z obrońcami i zespołem. Krzysiek ma większe doświadczenie, bo jest w Japonii już piąty rok. Wypytywałem go o kraj i ligę. Zachwalał i zapewniał, że będę z tego kroku zadowolony. Po obejrzeniu pucharowego i ligowego meczu Vegalty wydaje mi się, że w Polsce liga japońska jest niedoceniana.

Dobrze, że o tym mówisz. Niektórzy mogą myśleć, że pojechałeś do egzotycznej ligi zarobić trochę pieniędzy, a fakty są takie, że J-League to większy poziom i czołowi japońscy piłkarze – o ile nie myślą jak Morioka, który chciał się wypromować – są nieosiągalni dla klubów Ekstraklasy.

Dokładnie. W Polsce niewiele wiemy o lidze japońskiej. Moje wrażenie było identyczne: gdzie do Japonii? Na drugi koniec świata? Popytałem o wszelkie aspekty życiowe czy sportowe i wszyscy pochlebnie się wypowiadali, tak Krzysiek, jak i moi japońscy znajomi. Będąc tu ponad tydzień widzę w swoim zespole dużą jakość piłkarską. Wyszkolenie techniczne jest na wysokim poziomie. Po jakimś czasie będzie mi łatwiej coś więcej powiedzieć, ale mam wrażenie, że przechodząc tu zaliczam progres. Nasz trener bramkarzy wychował Daniela Schmidta, który jest reprezentantem kraju. Treningi są bardzo dobre. Dostałem możliwość rozwijania się, więc chcę ją wykorzystać. Zrobię wszystko, by odpaliło.

Przyjeżdżasz do regionu, który osiem lat temu przeżył potworne tsunami, powstałe w wyniku czwartego co do siły trzęsienia ziemi w historii świata. Zginęło ponad 20 tysięcy ludzi, 300 tysięcy z nich zostało bez dachu nad głową. Odczułeś już, jak ważne są te wydarzenia dla miejsca, w którym jesteś?

Gdy jechałem z dyrektorem sportowym z lotniska, od razu rzuciło mi się w oczy, że wybrzeże jest opustoszałe, są tam tylko pola uprawne.

Ludzie po prostu boją się tam osiedlać.

Gdy wjedziesz wgłąb miasta, nie widzisz, że stała się tu taka tragedia. Budują się w centrum, którego tsunami nie dotknęło aż tak bardzo. Nie ukrywam, że pytałem też o trzęsienia ziemi, ale każdy mnie zapewniał, by się nie bać. Konstrukcje domów są do nich przystosowane. Musiałoby być niesamowicie silne trzęsienie, by coś nam się stało. Równie dobrze samochód może cię potrącić na przejściu dla pieszych, nie masz na to wpływu. Jestem pełen podziwu i mam olbrzymi szacunek do tutejszych ludzi, że tak szybko odbudowali się po tragedii.

DSC01297

Vegalta odegrała wielką rolę w powrocie mieszkańców Sendai do normalności. Była jedyną rozrywką, która przetrwała. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, każdej z osób jadącej na pierwszy wyjazd zginął ktoś bliski. 

Za krótko tu jestem, by to czuć. Wiedzę mam bardziej z materiałów, które mi podesłałeś. Widać, że kibice bardzo żyją klubem. Może ta tragedia scaliła ich miłość do Vegalty. Jestem naprawdę pod wrażeniem kibiców. Byłem tylko na Pucharze Japonii, ale cały mecz śpiewali, mega rytmicznie. Są bardzo życzliwi. Po niedzielnym treningu, nie chcę cię skłamać, zobaczyłem dwustumetrowy tunel osób czekających na zdjęcie czy autograf. Tak samo po moim pierwszym treningu było kilkudziesięciu kibiców, którzy mówili, że serdecznie mnie witają i służą pomocą w każdej sprawie.

Do autografów będziesz musiał się przyzwyczaić. W Jubilo Iwata zatrudniono nawet osobę, która odpowiada za pomoc przy autografach – chodzi z mazakami i pomaga robić zdjęcia.

Czuć duże wsparcie, piszą wiele wiadomości na social media. Wielka gościnność i chęć niesienia pomocy. Gdy przed transferem oglądałem kibiców na YouTube, byłem pod wrażeniem. Mam nadzieję, że dalej będą naszym dwunastym zawodnikiem.

Jak pojawiła się ta oferta? Zabiegałeś o opcję egzotyczną czy przyszła sama?

W tym okienku miałem kilka telefonów od różnych agentów z różnymi kierunkami: Azerbejdżan, Turcja, Cypr, Rosja. Doświadczony wcześniejszymi latami pytałem za każdym razem o konkrety, ale ich brakowało. Gdy spotkałem się z moim agentem, powiedział mi, że zainteresowane mną są dwa zagraniczne kluby – jeden z Portugalii i Vegalta Sendai. Od razu zaznaczył, ze Japończykom bardzo zależy. Mówię: “OK, mam jeszcze ważny kontrakt, dobrze się czuję we Wrocławiu, ale jak się pojawi konkretna oferta to mogę usiąść i porozmawiać”. W ciągu tygodnia mieli skontaktować się ze Śląskiem z zapytaniem, za ile można mnie wykupić. W poniedziałek pojechałem na pierwszy trening i okazało się, że wpłynęło nie tylko zapytanie, ale już pierwsza oferta. Kluby w ciągu kilku dni się dogadały, została moja kwestia. Pierwszych warunków nie zaakceptowałem i mimo że kluby się dogadały, szło nam ciężko, lecz w końcu znaleźliśmy wspólne porozumienie. Traktuję to jako życiowo-sportową szansę. Pojawiło się wyzwanie i postanowiłem je przyjąć. Gdybym nie spróbował, może za kilka lat plułbym sobie w brodę, że tego nie zrobiłem? Skoro dostałem szansę pracy w Japonii, chcę poznać też kulturę i zagłębić się w zwyczaje. Wychodzę z założenia, że nasze życie to jedna wielka podróż.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK 

Fot. Jakub Białek / FotoPyK 

DSC01206

DSC01303 DSC01295