Messi wreszcie zaśpiewał hymn, ale bohaterem Argentyny był kto inny
Weszło

Messi wreszcie zaśpiewał hymn, ale bohaterem Argentyny był kto inny

Gdybyśmy dzisiejszy występ Argentyny odnieśli do jej wcześniejszych meczów na tegorocznym Copa America, to był to mecz świetny. Ale gdyby punktem odniesienia dla gry Argentyńczyków był jej potencjał, to byłby występ jedynie średniawy. Choć na Messiego i spółkę się narzeka, choć wytyka się im mankamenty, choć psioczy się i narzeka na tę kadrę bez przerwy, to nie zmienia to faktu, że ekipa Lionela Scaloniego właśnie zameldowała się w półfinale Copa.

W Argentynie wokół kadry atmosfera jest na tyle gęsta, że przed tym ćwierćfinałem problemów szukano nawet w tym, że… Leo Messi nie śpiewa hymnu. Dziennikarze przeprowadzili wywiad z chłopcem, który wyprowadzał gwiazdę Barcelony na jeden z wcześniejszych meczów i ten chłopak przyznał, że Messi hymn tylko nucił. Dzisiaj zatem ważne rzeczy działy się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem – wszystkie kamery były skierowane na kapitana kadry.

I medialna presja chyba zrobiła swoje, bo Messi po raz pierwszy od niepamiętnych czasów hymn śpiewał.

A w starciu z Wenezuelą liczono na niego bardzo mocno. No bo jeśli nie z Wenezuelą, to z kim? Kraj od dłuższego czasu wyczekiwał na olśniewający występ swojego asa, ale na Copa do tej pory dostawał jedynie pasmo rozczarowań. Messi albo był schowany, albo nie miał z kim grać, bo to pozostali piłkarze pochowali się za rywalami. Ale przecież to w starciach z Wenezuelczykami zdobył najwięcej punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (tyle samo, co w meczach z Paragwajem), zatem argentyńska prasa wieszczyła, że jeśli Leo znów ma być wielki, to przełamanie musi nadejść w takim meczu, z takim rywalem.

Ale czy Leo był wielki? Cóż, niezbyt. Tak jak wielki nie był ten występ całej kadry. Nawet mimo wygranej 2:0, gwarantującej pewny awans do kolejnej fazy rozgrywek. Tak po prawdzie, świetnie oglądało się ekipę Scaloniego tylko w pierwszym kwadransie, gdy Albicelestes sunęli atakami z obu flanek, a ponadto byli groźni przy stałych fragmentach.

Wielki był za to Lautaro Martinez, który dźwiga na tym turnieju kadrę na plecach – to on fantastyczną, intuicyjną piętą zmienił tor lotu piłki po strzale Aguero i dał swojej drużynie spokój na te wszystkie minuty, które pozostały Argentyńczykom do przyklepania półfinału. Wenezuela dziś nie zagrażała rywalom w żaden sposób. Grała prymitywnie, niemrawo, nużąco. A w dodatku po prostu brzydko. Bo to był w ogóle brzydki mecz. Jeszcze w pierwszej połowie sędzia pokazał pięć żółtych kartek, sporo było skrobania się po kostkach, wyolbrzymiania drobnych fauli, a arbiter co chwilę sprawdzał coś na wozie. Argentyna przeważała, ale najlepsze sytuacje miał… stoper Pezzella, któremu piłka trzykrotnie spadała pod nogi po wrzutkach Messiego przy stałych fragmentach.

No i Argentyńczycy wieźli się tak przez ten mecz na trafieniu Martineza (drugim na tym Copa). Nie przeszkadzała im przedmeczowa pompka, nie przeszkadzała im fama stadionu (Maracana, wspomnienia z przegranego finału MŚ 2014 mogły wrócić), nie przeszkadzała im trauma związana z ostatnimi wynikami na mistrzostwach Ameryki Południowej. Kontrola przebiegu spotkania była tym bardziej ułatwiona, że rywale ich nie gonili. Jakby Wenezuela wyszła z założenia, że do tej pory Albicelestes grali tak żenująco, że z imprezy wyautują się samobójem. Tak po prawdzie – Armani musiał interweniować tylko dwa razy. Najpierw jednak Hernandez z bliska strzelił prosto w niego, a w końcówce Rondon i tak uderzał przy rozstrzygniętym wyniku, więc strachu nie było.

Wynik był już rozstrzygnięty, bo bramkarz Wenezueli kontynuował rozwijanie przed Argentyną czerwonego dywanu do półfinału i niegroźny strzał Aguero sparował wprost pod nogi Lo Celso, który z bliska trafił do pustej bramki. Na kwadrans przed końcem meczu Argentyńczycy byli już zatem pewni miejsca w czwórce najlepszych ekip turnieju. Ale w półfinale spacerku już nie będzie. W środę w nocy ekipę Lionela Scaloniego będzie starała się zweryfikować Brazylia, która też na Copa nie gra olśniewająco, ale to i tak gospodarze turnieju będą murowanym faworytem tego spotkania.

Argentyna – Wenezuela 2:0 (1:0)

Lautaro Martinez (11′), Giovani Lo Celso (74′)

fot. NewsPix

KOMENTARZE (2)