Nie szukajmy kwadratowych jaj. Dwójka z przodu to nasza przyszłość
Weszło

Nie szukajmy kwadratowych jaj. Dwójka z przodu to nasza przyszłość

Jeśli jeden z twoich napastników jest gwiazdą klasy światowej, drugi wprawił minionym sezonem całą Europę w osłupienie, a trzeci ma poważną markę i strzela 20 bramek dla wicemistrza Włoch, trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym trzeba by odesłać dwóch z nich na ławkę. Naprawdę nie wiemy, z kim musielibyśmy grać, o jaką stawkę, żeby to miało sens. Wzmocnienie obrony to jedno, ale wówczas drużyna traci ogrom potencjału z przodu. I dzisiejszy mecz to udowodnił – z grona Lewandowski, Piątek, Milik przynajmniej dwóch z nich powinno cały czas przebywać na boisku.

Dostrzeże to pewnie każdy, natomiast z wysokości trybun było to widać jeszcze lepiej. Chodzi tu przede wszystkim o to, że uniknęliśmy tych cholernych dziur albo w ataku, albo w pomocy. Otóż, gdy Lewandowski bywał osamotnionym strzelcem, właściwie nie miał kto mu podawać piłek. Między nim a środkiem pola istniał olbrzymi krater, który można było zasypywać tylko długimi podaniami, ale bardzo często przypominało próby zasypywania Wielkiego Kaniony przy pomocy wiaderka i małej łopatki. Robert, mimo że jest kozakiem, w pewnie ośmiu na dziesięć prób jest przegrany, jeśli przychodzi mu się mierzyć z bandą trzech-czterech obrońców.

Znamy już Zielińskiego trochę czasu i wiemy, że dziesiątką to on nie jest, więc jednocześnie nie jest też receptą.

Oczywiście, istniał jeszcze taki wariant, gdy Lewandowski wracał się po piłkę. No, ale wtedy znowu dupa była zbita przodu, znamy to doskonale z kadencji Smudy i Fornalika. Napastnik był na czterdziestym metrze, z kolei na dwudziestym hulał wiatr. Tak więc Lewandowski mógł się czuć, jak Syzyf, który cokolwiek by zrobił, i tak nie miał szans powodzenia. Było to zresztą widać w statystykach. 15 goli w sumie za Smudy i Fornalika, 37 za samego Nawałki, który dołożył mu Milika.

I tak właściwie to Brzęczek nie miał tak trudno, jak swój poprzednik. Nawałka w dużej mierze sam wymyślił Arka, bo ten wówczas dopiero wchodził do grania w Ajaksie. A Brzęczek? Miał na tacy i Milika, i Piątka. Z jakichś powodów nie zawsze chciał z tego bogactwa korzystać. Macedonia (!) – jeden napastnik. Wcześniej niezbyt mocne Czechy też atakowane były przez osamotnioną dziewiątkę. Mamy nadzieję, że od tego meczu będziemy ten wariant wałkować częściej, w końcu w tej grupie nie ma się kogo bać (skoro wicelider był, jaki był).

Naprawdę wyglądało to fajnie. Lewandowski wchodził głębiej, Piątek był ustawiony wyżej (ale potrafili się panowie w tym schemacie zmienić). Zieliński schodził do środka, robiąc miejsce Kędziorze. Grosicki grał swoje na skrzydle, za porządek w środku pola solidnie dbali Klich z Krychowiakiem. Miało to ręce i nogi.

Oczywiście jakieś wątpliwości są, ale to ustawienie jest elastyczne. Jeśli będziemy grać z naprawdę wielką potęgą, nic nie stoi na przeszkodzie, by Klich zmienił ktoś odpowiedzialny tylko za odbiór. Wówczas za kreację wziąłby się jeszcze bardziej Zieliński, wspomagany przez Lewandowskiego. Powiecie, że jedno ustawienie to za mało, że będziemy czytelni? Nawałka kombinował i widzieliśmy, jak skończył. Przy tym niby prostym 4-4-2 możemy rotować pozycją Zielińskiego, możemy wyjść na dwóch klasycznych skrzydłowych, może grać Milik, który jest kompletnie innym piłkarzem niż Piątek.

Pewnie, nie zawsze będzie to wyglądało tak miło i sympatycznie. Czasem skończy się taką kopaniną jak z Łotwą. Trudno. Mimo wszystko chyba zmniejszamy prawdopodobieństwa walenia głową w mur, gdy mamy kim straszyć.

Cholernie nie stać nas, by rezygnować z własnej woli z duetu napastników, skoro mamy dziś taką moc z przodu. Trzech? Być może przesada. Ale dwóch? Żaden to Zdenek Zeman w najbardziej zwariowanym wydaniu. Ot, po prostu zdrowy rozsądek. Selekcjonerze, prosimy go zachować.

Fot. FotoPyk