Raptors się nie zatrzymują. W pierwszym meczu finałów NBA ograli Warriors
Inne sporty

Raptors się nie zatrzymują. W pierwszym meczu finałów NBA ograli Warriors

W tym roku finał NBA przyniósł nam starcie Dawida z Goliatem. Z jednej strony drużyna, która w najlepszej lidze świata gra od 1995 roku i po raz pierwszy w historii doszła do decydującej serii. Z drugiej aktualny mistrz, walczący o trzecie trofeum z rzędu i czwarte w ostatnich pięciu latach. Pierwszy mecz Toronto Raptors z Golden State Warriors rozegrano w nocy. Celny cios zadał Dawid.

– Zwycięstwo Toronto to super wiadomość, to jest dobre dla tej serii. Najlepiej byłoby, gdyby Raptors wygrali dwa pierwsze mecze, pojechali do Oakland i tam zobaczylibyśmy, co dalej. Fajnie się ta seria zaczęła, jest nadzieja na to, że będzie wyrównana – mówi nam Krzysztof Sendecki, dziennikarz sportowy Radia ZET i komentator Sportklubu. Bo faktycznie o ile przed rozpoczęciem finałów raczej mieliśmy w głowach zwycięstwo Warriors w pięciu lub nawet czterech spotkaniach, o tyle teraz Raptors pokazali nam, że to wszystko wcale nie musi się kończyć tak szybko i gładko.

Tym bardziej, że w momencie, gdy wszyscy skupiali się na tym, co w ekipie gospodarzy zrobi Kawhi Leonard, jej gwiazda numer jeden i gość, który w play-offach grał fantastycznie, zza jego pleców wyskoczył Pascal Siakam i to on stał się głównym architektem nocnego zwycięstwa. A to najlepiej pokazuje, że Raptors to drużyna, na którą można postawić nieco pieniędzy. Bo nie opiera się na jednym zawodniku (jak Cavaliers, z którymi Warriors mierzyli się w finałach w ostatnich latach, na LeBronie), a ma kilku zdolnych pociągnąć grę. Siakam to udowodnił, zdobywając 32 punkty, do których dorzucił osiem zbiórek, pięć asyst i dwa bloki. Zaliczył fantastyczny występ i stał się – na ten moment – bohaterem całej Kanady.

Obok niego swoje dorzucili Leonard (23 oczka), Marc Gasol (20) i, z ławki rezerwowych, Fred VanVleet (15). Podkreślić trzeba zwłaszcza świetny występ Hiszpana, który nie tylko nieźle punktował, ale i dołożył do tego gigantyczną porcję czarnej roboty w defensywie. Doświadczony i inteligentnie gospodarujący siłami Gasol może być kluczowym elementem układanki Raptors w finałach, biorąc pod uwagę podkoszowe zawirowania w Warriors.

W pierwszym meczu finałów Hiszpan inteligencją na parkiecie wręcz zachwycał. Bo przed meczem mało kto mógł się spodziewać, że stanie się tak ważnym zawodnikiem gospodarzy. Tym bardziej, że ostatnio nie był w najlepszej formie. Tej nocy jednak znakomicie się ustawiał, rozbijał obronę rywali i robił miejsce swoim kolegom, szczególnie Leonardowi, na którego baczną uwagę zwracali zawodnicy Warriors. Wszystkie ich zasieki i przewagi niwelował jednak Gasol. O ile nie był tak widoczny jak Siakam czy Leonard, o tyle dla trenera był w tym spotkaniu zawodnikiem nieocenionym.

Jednak, jako się rzekło, gwiazdą numer jeden był Siakam.

– Nasi kibice byli wspaniali, wspierali nas już na rozgrzewce. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Wiedzieliśmy, z jaką drużyną się zmierzymy. Od razu ruszyliśmy do przodu, wykorzystaliśmy własne atuty. Przede wszystkim byliśmy pewni siebie, o to nam chodziło. Do tego szybko naprawialiśmy własne błędy. Przed kolejnym spotkaniem na pewno będą na nas lepiej przygotowani, my też musimy być gotowi – mówił Pascal Siakam.

Zwycięstwo dedykował ojcu, który pięć lat temu zginął w wypadku samochodowym. Dla Pascala to najcenniejszy skalp w karierze, ale tylko jeden z czterech potrzebnych do zdobycia tytułu. Raptors mogą jednak być optymistami. Po pierwsze dlatego, że w dzisiejszym spotkaniu kontrolowali wynik od momentu uzyskania przewagi, aż do samego końca. Nie pozwolili Warriors na jeden z ich słynnych zrywów, cały czas trzymali się na dystans kilku punktów, ostatecznie powiększając przewagę do dwunastu oczek. Skończyło się 118:106. Drugi powód do optymizmu? To trzecie starcie tych ekip w tym sezonie. I trzeci raz lepsza była ta z Kanady.

– O ile przed finałami raczej byłem zdania, że nie ma co patrzeć na sezon regularny, bo w play-offach to inni Warriors, o tyle teraz wychodzi na to, że ten sposób faktycznie jest – mówi Krzysztof Sendecki. – Bo Raptors wygrali już trzeci mecz z rzędu z GSW. Do tego w finale mają przewagę parkietu, co może mieć znaczenie, gdyby ten rozstrzygał się w siedmiu meczach. Choć po tym pierwszym spotkaniu mam pewien problem z wyciągnięciem wniosków. Bo wciąż jestem przekonany, że GSW mogą tę serię gładko wygrać, ale Toronto z każdym meczem coraz bardziej mnie zaskakuje.

Faktycznie, o ile w poprzednich latach w Toronto play-offy były raczej sympatycznym wydarzeniem, ale bez większych nadziei na dojście do finału, o tyle w tym marzenia Kanady stały się faktem. Wciąż jednak trzeba pamiętać, że mierzą się z najlepszą ekipą ostatnich pięciu lat i, prawdopodobnie, jedną z najlepszych w historii NBA, która w składzie ma nie jednego, a kilku zawodników z Meczu Gwiazd. To siła ognia, z jaką poradzić mogą sobie tylko najlepsi, nawet jeśli osłabiona brakiem Kevina Duranta i niedoleczonym urazem DeMarcusa Cousinsa. Z tego powodu wciąż trudno wierzyć w końcowe zwycięstwo Kanadyjczyków. Gdyby jednak i w drugim meczu (ten odbędzie się w nocy z niedzieli na poniedziałek) w Toronto okazali się lepsi… to zdecydowanie napisalibyśmy, że być może rodzi nam się nowy mistrz. Na ten moment jednak jest tak, jak ujął to Steph Curry:

– Świat się nie kończy, podobnie jak ta rywalizacja – do końca daleko. To dla nas nowe doświadczenie, pokazywaliśmy już jednak, że nie odpuszczamy i potrafimy wygrywać pod presją. Dzisiejszy mecz jest dla nas lekcją, musimy wyciągnąć z niej wnioski. Nie panikujemy, jesteśmy pewni swoich umiejętności, możemy wygrać.

Czekamy wiec na spotkanie numer dwa z niecierpliwością. Bo sporo powinno nam wyjaśnić. – Na razie jest nadzieja na to, że ta seria będzie wyrównana – mówi Sendecki. – W tej chwili jestem w stanie sobie wyobrazić wszystko. Że Toronto zostanie mistrzem, bo nie wykluczałbym takiego scenariusza, ale też że Warriors wygrają 4-1. Nic nie jest pewne. Ale właśnie za tę niepewność kochamy NBA.

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (5)