Pio, Pio, Pio! Ruszyła maszyna!
Weszło

Pio, Pio, Pio! Ruszyła maszyna!

Dyskusja trwała w zasadzie od ostatniego jesiennego meczu kadry. Zgrupowanie przedmeczowe? Telefony ekspertów dzwoniły już tak często, że niektórzy pewnie mieli ochotę utopić aparat w jeziorze. Pytania ciągle te same. Czy Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek mogą grać razem? Jeśli nie, to którego z dwójki szalejącej na włoskich boiskach wystawić obok gwiazdora Bayernu? A może żadnego i lepiej „Lewego”, szczególnie w pierwszym i najtrudniejszym meczu, otoczyć pomocnikami? Takiego kłopotu bogactwa Jerzemu Brzęczkowi mógłby pozazdrościć prawie każdy selekcjoner na świecie. I mecz z Austrią pokazał, że jest czego. 

Choć dalecy jesteśmy od stwierdzenia, że trener kadry trafił. Powróciliśmy do tego, co sprawdzało się przez większość kadencji Adama Nawałki, czyli ustawienia z Robertem Lewandowskim i Arkadiuszem Milikiem, ale efekt był bardziej taki – że tak to ujmiemy – „senegalowy”. Napastnik Napoli zagrał fatalnie, na długie fragmenty znikał, a gdy już się odnajdywał, podejmował złe wybory. Zjazd do bazy już w przerwie był uzasadniony, ale przy okazji zmieniono taktykę – na placu pojawił się nie Krzysztof Piątek, a Przemysław Frankowski.

I również ciężko powiedzieć, że Brzęczek miał później nosa. Zmiana Piotra Zielińskiego była wymuszona, zasługą selekcjonera było na pewno to, że odważył się w 59. minucie postawić na napastnika Milanu, zamiast trzymać się wymyślonej wcześniej taktycznej roszady i wprowadzać kolejnego pomocnika. Ale to już tak na dobrą sprawę historia, detale i niuanse dla szczególarzy – najważniejsze, że się stało.

Wszedł Piątek i zrobił to, co najlepiej potrafi – znalazł się w odpowiednim miejscu o właściwej porze.

Piłka od razu wzięła go radar i szukała w polu karnym. Długo nie musiała. Jeszcze w pierwszej sytuacji Piątek podjął decyzję o odegraniu do kolegi – nie najlepszą, ale w sumie zrozumiałą. Za drugim – już nie było zmiłuj, pozostawało po złej interwencji bramkarza dostawić głowę i wepchnąć futbolówkę do siatki. Niby chodzi o rozstrzygnięcie będącego na styku, szalenie ważnego dla nas meczu, a dla niego to jak kolejny nudny dzień w biurze. Minus należy się co prawda za sytuację z 76. minuty, gdy napastnik Milanu nie skorzystał ze świetnego podania Lewandowskiego, ale w obliczu wygranej chyba nie ma co wybrzydzać.

Lepiej skupić się nad tym, jak niesamowite miesiące ma ten chłopak. Do składu Genoi wszedł znacznie lepiej niż Szakal do akcji z prezydentem, Włochy oszalały na jego punkcie. Milan? „Proszę bardzo, zobaczcie, jaką mam cieszynkę”. Przy tym pięknym śnie reprezentacja mogła być pewnym niedosytem. Niby szybko, już w drugim meczu, strzelił gola Portugalii, ale co z tego, skoro przez resztę jesieni oglądał Polaków z ławki. Całościowy bilans znacznie poniżej ambicji:

– na ławce przeciwko Włochom na wyjeździe,
– 61 minut w meczu towarzyskim z Irlandią,
– 90 minut i gol u siebie przeciwko Portugalii,
– na ławce w rewanżu z Włochami,
– na ławce w meczu towarzyskim z Czechami,
– na ławce w spotkaniu wyjazdowym w Portugalii.

Ale wydaje nam się, że to już przeszłość. Że po latach możemy to wspominać jako nie najlepsze świetnego początki. Ten mecz, generalnie słaby w wykonaniu kadry, nie dał nam zbyt wielu odpowiedzi, ale jedno wydaje się pewne – trzymanie Piątka w takiej formie gdzieś indziej niż na murawie ociera się o zbrodnię przeciwko reprezentacji.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (23)