Dlaczego Legia Warszawa nie jest Slavią Praga?
Weszło

Dlaczego Legia Warszawa nie jest Slavią Praga?

Wczoraj Slavia Praga zagrała główną rolę w jednym z najlepszych piłkarskich widowisk tego sezonu. Spektakularne odrabianie strat z hegemonem, jeśli chodzi o rozgrywki Ligi Europy i awans z pozycji kopciuszka – czyli coś jak spotkanie Ajaksu z Realem, tylko bardziej emocjonujące. Nie mamy wątpliwości – większość kibiców z Polski przez bite 120 minut zastanawiała się, co takiego dzieje się w okolicach Cieszyna? W czym tkwi tajemnica tej granicy, że po czeskiej stronie trawa robi się bardziej zielona, podczas gdy u nas cały czas dominuje kolor szary. Innymi słowy: dlaczego Sevillę ogoliła nie Legia Warszawa, a Slavia Praga?

Odpowiedzi nie da się zawrzeć w jednym zdaniu, choć istotnie: jest duża pokusa, by uprościć wszystko do chińskiego kapitału. Legia ma Dariusza Mioduskiego ze wszystkimi ograniczeniami Dariusza Mioduskiego, Slavia Praga ma jeden z chińskich koncernów, które wyróżniają się na rynku nieograniczonymi możliwościami inwestycyjnymi.

Oni mają kasę, my nie mamy kasy, lekcje odrobione, pora na CS’a.

Ale niestety – by Slavia Praga mogła pokonać Sevillę, Czesi musieli wykonać kilkadziesiąt kroków, których u nas wykonać albo się nie da, albo po prostu nie chce. Spróbujmy wspólnie przejść przez tę wyjątkowo nieprzyjemną drogę, która obnaża wszystkie niedoskonałości rodzimego futbolu.

NIE MAMY SWOJEJ SLAVII, BO ONI MIELI WIĘCEJ CZASU

Niestety, to jest coś, co już się stało i czego się prędko nie nadrobi. Gdyby ktoś chciał odwiedzić w 2008 roku akademię któregoś z polskich klubów, prawdopodobnie ujrzałby wuefistę z gwizdkiem, który na łące próbuje podzielić gromadkę niesfornych juniorów na dwie drużyny. Oczywiście to hiperbola, ale sprawy szkolenia w latach dziewięćdziesiątych i na początku wieku były na samym końcu piramidy potrzeb, którą zresztą otwierały potrzeby szeroko opisywane na blogu „Piłkarska Mafia”.

W 2008 na obiektach Slavii Praga, obok gustownego hotelu pełniącego również rolę bursy znajdowało się sześć boisk, na których profesjonalne treningi prowadziła wykwalifikowana kadra. Efekt psychologiczny dla juniorów? Tuż za ich boiskami stała nowa, pachnąca, oddana do użytku właśnie w 2008 roku Eden Arena, stadion Slavii na 21 tysięcy miejsc z ogromną powierzchnią komercyjną w środku. Biorąc pod uwagę jak równolegle rozwijały się akademie Sparty czy Viktorii Pilzno… Cóż, startowaliśmy z dość trudnej pozycji. Jasne, przez swoją głupotę, brak uczciwości, krótkowzroczność i tak dalej, ale to nie zmienia faktu: dzisiejsze Lechy, Legie i Wisły nadal płacą część długów zaciągniętych przez dzikie lata polskiej piłki.

Natomiast w świetle późniejszych zdarzeń to i tak nieistotny szczegół, gdyż…

NIE MAMY SWOJEJ SLAVII, BO ONI MAJĄ WIĘCEJ PIENIĘDZY

Nie da się pominąć finansów przy opisywaniu sukcesów Slavii Praga. Najpierw krótki rys historyczny.

W 2014 roku Slavia, jeden z czeskich gigantów, którzy wydawali się zbyt wielcy, by upaść, staje nad przepaścią. Najpierw walczy o utrzymanie, sezon później do problemów sportowych dochodzi głęboka finansowa zapaść. Lata życia na kredyt i przepalania pieniędzy na zbyt słabych piłkarzy doprowadziły klub niemal do bankructwa. Wtedy jednak zupełnie nieoczekiwanie, za sprawą osobistego zaangażowania jednego z czeskich polityków, w Pradze zjawili się Chińczycy.

Po sezonie 2014/15, za namową byłego ministra obrony narodowej Republiki Czeskiej Jaroslava Tvrdíka, potężny chiński konglomerat CEFC zdecydował się spłacić 112 milionów koron czeskich długu wobec byłego właściciela klubu, firmy Enic Sports Ltd. Przejął też 59,97% udziałów, zostając większościowym udziałowcem Slavii.

Chiński kapitał w takiej lidze jak czeska? Trochę jak gwiazdka, trochę jak dzień dziecka. Warto tu zauważyć, że wbrew pozorom głównej roli nie odegrały jakieś wyjątkowe uwarunkowania sportowe, organizacyjne czy finansowe. To nie było tak, że Chińczycy siedzieli z mapą Europy i sprawdzali, które z miast naszego regionu jest najbardziej zadbane. Naturalne jest pytanie, dlaczego nie wybrali 4 razy liczniejszej Polski, ale odpowiedź jest banalna: w Czechach to część większej operacji, w którą zaangażowani są najwyżsi rangą politycy. Nie, nie zniechęciliśmy ich kibolami, słabym zarządzaniem i niską oglądalnością, po prostu tam Chińczycy planują ogromne inwestycje przy okazji których drobniaki poszły na futbol, u nas – jak na razie – na taki scenariusz się nie zapowiada.

Klub od razu ruszył na łowy i w dwa sezony wydał na transfery ponad 8 milionów euro. Nazwiska? Niektóre brzmią znajomo. Jaroslav Mihalik, Gino van Kessel, później też Tomas Necid. Apogeum wypadło jednak w sezonie 2017/18, gdy Slavia po wyprostowaniu wszystkich bieżących problemów postanowiła zafundować całemu regionowi prawdziwy manifest siły. Jedno okienko transferowe wystarczyło, by sprowadzić nazwiska, jakich liga czeska nie widziała od dawna.

Danny, legenda Zenitu Sankt Petersburg. Rusłan Rotan, kapitan Dnipra, finalista Ligi Europy w sezonie 2014/15. Halil Altintop, prawie 70 goli w Bundeslidze, przeszło 350 występów w niemieckiej elicie. Miroslav Stoch z przeszłością w Chelsea, wyciągnięty za milion euro z Fenerbahce. A to wszystko jedno okienko transferowe. To było jak podłożenie bomby pod całą ligę czeską, ta wybuchowa mieszanka miała zdominować ligę, bo przecież na papierze pojedynczy zawodnicy kosztowali więcej niż całe drużyny z dolnej części tabeli ligi czeskiej.

Tu jednak pojawia się kolejny aspekt, który wytrąca nam z ręki łatwe usprawiedliwienia.

NIE MAMY SWOJEJ SLAVII, BO NIE UCZYMY SIĘ NA BŁĘDACH

Szybko bowiem okazało się, że te wszystkie wielkie nazwiska nie różnią się specjalnie od Eduardo da Silvy, który w Warszawie wyglądał jak cień dawnego piłkarza.

Altintopa po zdobyciu dwóch bramek w dziesięciu meczach pożegnano po pół roku. Rotan wytrzymał właściwie do końca października – potem pojawił się na murawie już tylko w dwóch meczach ligowych, odszedł w styczniu. Danny wprawdzie wytrzymał do końca sezonu, ale w rundzie wiosennej tylko pięć razy wyszedł od pierwszej minuty, tylko raz zagrał pełne 90 minut. W Slavii zrozumiano momentalnie, że polityka dużych nazwisk może robić wrażenie na postronnych obserwatorach, ale jakości piłkarskiej nie tylko na miarę mistrzostwa Czech, ale i sukcesów w pucharach w ten sposób zbudować się nie da.

– W listopadzie zmieniliśmy dyrektora sportowego, zaczęliśmy się koncentrować przede wszystkim na czeskich zawodnikach. Teraz, kiedy kupujemy kogoś z innego kraju, chcemy by był młody i lepszy od zawodników, których już mamy. W klubie było odczucie, że sprowadziliśmy wcześniej w jednym czasie zbyt wielu starszych zawodników, że to był błąd. Dlatego teraz chcemy najlepszych graczy z innych czeskich klubów i największych talentów spoza Czech, które w przyszłości można będzie sprzedać z zyskiem – tłumaczył nam swego czasu Michal Býček, rzecznik prasowy Slavii.

Suche „zmieniliśmy dyrektora sportowego” nie brzmi może efektownie, ale gdy spojrzeć z bliska – to był hit transferowy, który prawdopodobnie przebił nawet zaciąg czeskich galacticos. Jan Nezmar to bowiem prawdopodobnie najwybitniejszy czeski dyrektor sportowy.

W latach 2012-2017 był w Slovanie Liberec, który finansowo, organizacyjnie czy kibicowsko nie może porównywać się z praskimi klubami. Slovan Nezmara 3 razy zagrał w fazie grupowej Ligi Europy, raz zostając w pucharach na wiosnę. Jak działał? Na przykład dostrzegając potencjał w niechcianym w Sparcie Davidzie Pavelce. Zrobił z niego zawodnika sprzedanego za 1,5 miliona euro do Kasimpasy, gdzie od prawie 4 lat gra w podstawowym składzie. Jan Sykora w Sparcie nie doczekał się debiutu w lidze – w Libercu wykreowany został na gościa, którego za milion euro wzięła Slavia Praga. Kolejny jego sukces to Martin Graiciar, wyciągnięty za 50 tysięcy euro z juniorów Pilzna, po pół roku sprzedany za 1,5 miliona euro do Fiorentiny.

Mało? Petr Sevcik z Sigmy pół sezonu grał w rezerwach. Nezmar ściągnął go do Liberca, przed momentem Slovan oddał Sevcika do Slavii za milion euro.

Nezmar słynie z oka do piłkarzy, talentu negocjacyjnego oraz spójnej wizji. Trafił do Slavii w grudniu 2017 roku, jako odpowiedź na rozczarowania zagranicznym zaciągiem. Mimo zdecydowanie większych możliwości finansowych, nie zmienił stylu działania, stawiając przede wszystkim na lokalne talenty. Odpowiada za okienka zimą i latem 2018 roku oraz to najświeższe, zimą 2019. Sprawdźmy, jak mu idzie:

Ondrej Kolar (podstawa z Sevillą)
Lukas Pokorny
Martin Vantruba
Ondrej Kudela (podstawa z Sevillą)
Peter Olayinka (wszedł z ławki z Sevillą)
Alexandru Baluta
Jan Matousek
Petr Sevcik
Alex Kral (podstawa z Sevillą)
Jaroslav Zeleny
Vladimir Coufal
Lukas Masopust (podstawa z Sevillą)

Z tego grona Sevcik i Coufal są kontuzjowani, Baluta gra regularnie (25 meczów w tym sezonie), Matousek czasami jako joker (20 lat, jesień w Slavii, teraz wypożyczony do FK Pribram), Zeleny w rotacji (13 meczów). Praktycznie żadnego przestrzelonego uderzenia, a przecież to nie Hiszpania, gdzie nie da się rzucić kamieniem, by nie trafić w talent wychowany w akademiach Barcelony czy Realu. Nezmar jednak z ludzi, którzy na razie nie osiągają szalonych sukcesów z reprezentacją Czech, zrobił ekipę, która zaczyna się liczyć w Europie poprzez występy w klubie.

Dodajmy też, skąd Slavia czerpie zawodników. 6 z 8 najwyższych transferów ostatnich miesięcy to Czesi z czeskich klubów: dwóch z Jabłońca, dwóch z Liberca, po jednym z Teplic i Przybramia.  1,5 miliona euro za Matouska i milion za Sevcika można byłoby porównać z sytuacją, w której Legia kupuje Frankowskiego za półtorej bańki i Jagiełłę za bańkę.

No właśnie. Odważne postawienie na czeskich piłkarzy, wykupienie utalentowanych zawodników z mniejszych klubów, które im pozwoliło na awans sportowy i finansowy, a Slavii na płynne stworzenie ligowego giganta z potencjałem na ostrą w walkę w Europie. Jak to możliwe?

NIE MAMY SWOJEJ SLAVII, BO NIE MAMY SWOICH TEPLIC

Trudno oceniać to w kategorii zalety czy wady. Nasza liga jest wyrównana. Po prostu, nie możemy się na to obrażać, nie możemy tego uregulować ustawą: jest szesnaście klubów, z których piętnaście ma pełne prawo myśleć, że w zasięgu jest górna połowa tabeli, a przy odrobinie szczęścia nawet puchary. Ten szesnasty to Legia, której finansowa przewaga jest bezsprzeczna, jednak wciąż mniejsza, niż przewaga czeskich gigantów nad czeskim planktonem.

Jakie perspektywy przed sobą mają przed sobą Teplice w porównaniu z – na przykład – Górnikiem Zabrze? Górnik Zabrze jak trafi dobry moment, niezłego trenera i jednego dobrego juniora, może wziąć udział w europejskich pucharach, a swoją gwiazdę sprzedać do Włoch za świetne pieniądze. Teplice przy wpływach z telewizji o wartości 200 tysięcy euro rocznie (!) musi się modlić, by któryś z jego zawodników wpadł w oko klubom z Pragi czy z Pilzna. Transfery krajowe – bo przecież nie zagraniczne – to dla nich tlen. Czeskie słabsze kluby praktycznie nie handlują z zagranicą, bo rynek cały czas przebiera Slavia czy Sparta, regularnie zgarniając najmocniejszych do siebie.

Łatwo jest porównywać dane dla obu lig – generalnie w Ekstraklasie zarabia się więcej, generalnie w Ekstraklasie wydaje się więcej na transfery. Ale to tak jak z wyliczaniem zarobków firmie, gdzie ekspedientka z prezesem razem zarabiają ponad 100 tysięcy złotych, średnio po 50 na głowę. Rozstrzał pomiędzy wicemistrzem Polski a ostatnią utrzymaną drużyną w porównaniu do rozstrzału między czeską wielką trójką a najsłabszymi klubami ligi to zupełnie inna kategoria pojęć. U nas dowolna Arka Gdynia czy Korona Kielce może dyktować ceny zaporowe nawet najmocniejszej w stawce Legii. Tam przeróżne drużyny z Teplic czy innego Ołomuńca mają prosty wybór: sprzedać do gigantów, albo umrzeć.

Więc sprzedają.

To jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo naszej ligi. Klubów, które w miarę sobie radzą i mogą pchać piłkarzy na zachód jest po prostu zbyt wiele, przez co potencjał polskiej piłki jest rozdrobniony. Dla kibiców Pogoni Szczecin, Jagiellonii Białystok, Śląska Wrocław i Cracovii to bardzo dobrze. Dla tych, którzy marzą o polskiej Slavii Praga – źle.

NIE MAMY SWOJEJ SLAVII, BO MAMY ZA MAŁO SWOICH VIKTORII

Tu jednak warto zauważyć, że Slavia nie jest jedynym czeskim klubem, który odnosi sukcesy w pucharach, nie jest nawet aktualnym mistrzem Czech. I tak jak Pragi nie powinniśmy traktować jako wyrzut sumienia, zwłaszcza z uwagi na chiński kapitał, tak już Viktoria Pilzno… Cóż, opisywaliśmy fenomen tego klubu wielokrotnie i za każdym razem nie do końca wierzyliśmy przedstawianym liczbom. Nigdy w historii nie wydali więcej niż 1 milion euro na zawodnika. Gdy zaczynali odnosić pierwsze sukcesy na arenie europejskiej, ich budżet oscylował w okolicach 16 milionów złotych, czyli za plecami schyłkowej Wisły Kraków i Zagłębia Lubin, o Legii i Lechu tamtych lat nawet nie wspominając. Zaufanie, które otrzymał Pavel Vrba, trener posiadający status legendy Pilzna, spłaciło się z nawiązką.

System premiowana za wyniki na boisku zamiast kominów płacowych, mocny akcent na szkolenie i skauting, ciągłość pracy pionu sportowego, brak nerwowych ruchów przy przebudowie składu, odrzucanie ofert transferowych zamiast rzucania się na każde rzucone przez zachodnie kluby euro. Viktoria od lat jest zarządzana w mądry, spójny i co najważniejsze konsekwentny sposób, choć akurat w Pilznie nie spadł nigdy żaden chiński deszcz pieniędzy.

***

Zbierając to w całość? Cóż, trudno o optymizm. Jesteśmy biedniejsi, bardziej krnąbrni i gorzej zorganizowani, nasi piłkarze są gorzej wyszkoleni i drożsi, a w dodatku liga jest tak wyrównana, że każdy walczy o mistrzostwo. Już teraz najlepsze czeskie kluby wyprzedzają nasze pod każdym względem, a z chińskim potencjałem, czeską jakością szkolenia i mądrymi dyrektorami sportowymi różnice będą się jedynie pogłębiały. Dobra wiadomość? Do Pragi rzut beretem. Wcześniej na Ligę Mistrzów można było skoczyć do Lwowa, gdy z konieczności grywał tam Szachtar, teraz najbliższa dobra piłka to rzut beretem za południową granicę.

Jak będziecie jechali, to przywieźcie do nas Chińczyków i Jana Nezmara.

fot. newspix.pl

KOMENTARZE (51)