Nie musiałem grać w piłkę by mieć na chleb. Większość walczyła o przetrwanie
Weszło Extra

Nie musiałem grać w piłkę by mieć na chleb. Większość walczyła o przetrwanie

Jego historia różni się od historii typowego, brazylijskiego piłkarza. Nie mieszkał w faweli, nie pochodzi z biednej rodziny, piłka nie była jego jedyną szansą na przetrwanie. – Postaw się na miejscu trenera. Masz do wyboru dwóch piłkarzy na równym poziomie. Widzisz, że ten pierwszy musi grać w piłkę, bo ma czwórkę rodzeństwa, tata nie żyje, mieszkają w faweli, jeśli nie przyniesie na stół trochę chleba, on i jego rodzina będą głodować. Wiesz, że piłka to jego jedyna szansa na godne życie. Drugi to ja. Chłopak z dobrego domu, który ma więcej perspektyw. Nie dziwię się, że trenerzy podejmują decyzję: gra ten, który naprawdę tego potrzebuje – mówi Guilherme Sitya, lewy obrońca Jagiellonii Białystok. 

Jak chłopak z bogatego domu przebijał się wśród rówieśników walczących o wszystko? Czy czuł się w Brazylii bezpiecznie i jak jego mamie na środku ulicy skradziono samochód? Za co dostawało mu się od Gigi Becaliego? Co pomyślał, gdy pierwszy raz zobaczył Niecieczę? Czego brakuje Jagiellonii, by włączyła się w walkę o mistrza? Jak trener Mamrot sprawił, że głupio nie iść na lekcję polskiego? Czy dziewięć punktów straty do lidera to dużo? 

***

Oglądasz mecze reprezentacji Polski? 

Tak. Każdy mecz. 

Nie myślisz sobie: cholera, gdybym urodził się w Polsce, nastukałbym kilkadziesiąt meczów dla całkiem solidnej reprezentacji narodowej?

Też lubię się z tego śmiać, ale lewa obrona to problem nie tylko reprezentacji Polski. Jestem bardzo szczęśliwy, że urodziłem się w Brazylii, choć zdaję sobie sprawę, że dla kariery reprezentacyjnej to nie jest najlepsze miejsce. Mamy wielką liczbę zawodników i tylko ci z największych zespołów mogą grać w kadrze. W Rumunii także mi mówili, że mógłbym grać w ich reprezentacji. Ale nie wiemy, co by się stało, gdybym się urodził w Polsce albo gdziekolwiek indziej. Może nie grałbym na takim poziomie, na jakim jestem teraz? 

Twoja historia jest zupełnie inna niż typowa historia brazylijskiego piłkarza. Nie wywodzisz się z biedy, nie mieszkałeś w faweli, piłka nie była twoją jedyną szansą na lepsze życie.

Urodziłem się w Santa Maria, to miasto wielkości Białegostoku. Mój dziadek pochodził z małego miasta. Może nie mieszkał w faweli, ale nie miał zbyt wiele. Ostatnio widziałem zdjęcie jego pierwszego domu i… to był dla mnie szok. Gdyby nie on, prawdopodobnie byłbym jak każdy z tych chłopaków wywodzących się z biedy. Pracował w dwóch-trzech miejscach, by opłacić sobie uniwersytet. Został lekarzem i zyskał dobrą markę. Mama pomagała dzieciom z faweli, pracowała jako nauczycielka. Tata grał w piłkę do 20 roku życia w Santa Marii. Zapowiadał się dobrze, pomocnik, ale musiał w końcu wybrać: albo piłka, albo uniwersytet. Uznał, że futbol może nie dać mu regularnych, pewnych pieniędzy, więc wybrał naukę. Pasja do piłki wciąż w nim została – gdy miałem cztery lata, posłał mnie do szkółki. Miałem normalne życie, jak w Europie – chodziłem do szkoły i miałem wszystko, czego potrzebowałem. W Polsce takie życie uznane byłoby za normalne, w Brazylii to coś więcej – znak, że komuś dobrze się wiedzie. Dzieci godzą zwykle szkołę z pracą, wiedząc, że trzeba pomóc rodzinie. 

Brazylijski dzieciak i szkółka – pachnie sporym luksusem. 

To był klub futsalowy, brałem udział w wielu turniejach pomiędzy miastami, na normalne boisko przerzuciłem się dopiero w wieku 15 lat. Gdyby nie dziadek i tata, każdego dnia walczyłbym jako dzieciak o to, by mieć cokolwiek. O przetrwanie. Nigdy nie musiałem grać w piłkę, by mieć na chleb. Grałem, bo to kocham, chcę tego, to coś, co sprawia mi dumę, a to że w dzieciństwie rodzina mogła stworzyć mi odpowiednie warunki, jest tylko moim szczęściem. Nie grałem z przymusu, jak wielu chłopaków, a z wyboru. To tak, jak ty wybrałeś sobie bycie dziennikarzem. Nie wyobrażam sobie innej pracy, dlatego walczę o to, by być piłkarzem. 

W Brazylii naturalnym jest, że piłka to dla utalentowanego chłopaka jedyna szansa na normalne życie. Musiałeś wszystkim udowadniać, że mimo lepszej sytuacji życiowej, też zasługujesz na szansę. 

Postaw się na miejscu trenera. Masz do wyboru dwóch piłkarzy na równym poziomie. Widzisz, że ten pierwszy musi grać w piłkę, bo ma czwórkę rodzeństwa, tata nie żyje, mieszkają w faweli, jeśli nie przyniesie na stół trochę chleba, on i jego rodzina będą głodować. Wiesz, że piłka to jego jedyna szansa na godne życie. Drugi to ja. Chłopak z dobrego domu, który ma więcej perspektyw. Nie dziwię się, że trenerzy podejmują decyzję: gra ten, który naprawdę tego potrzebuje. W Brazylii takie dylematy zdarzają się bardzo często. 

Nie jest to trochę krzywdzące? 

Nie, dlaczego? W mojej opinii to fair. Sam wybrałbym chłopaka z biednego domu, bo miałbym pewność, że jego motywacja jest na najwyższym poziomie. Co może być większą motywacją niż gra o przetrwanie? Jasne, jeśli jest dwóch chłopaków i ten z dobrego domu jest lepszy – wtedy nie ma dyskusji. Kiedy już taki chłopak z biednego domu wyjedzie zagranicę i stanie się profesjonalistą, jest już inaczej. Pojawiają się kolejne pytania o motywację, choć często zdarza się, że taki chłopak gra dla całej swojej rodziny i ma na utrzymaniu pięćdziesiąt osób. W Brazylii czasami słyszałem zarzuty: 

– Nie potrzebujesz piłki tak bardzo. Nie grasz dla chleba. 

Come on, ciężko pracuję na to, by być piłkarzem i chcę tego. Dopiero gdy udowadniałem, że walczę o wszystko tak samo jak reszta, byłem akceptowany. Początki były bardzo trudne. W drużynach U-15 czy U-17 mieszkaliśmy z całą drużyną w jednym miejscu nieopodal stadionu. Wtedy przestawało mieć znaczenie, ile pieniędzy ma twoja rodzina, czy jesteś czarny czy biały, wszyscy byliśmy tacy sami, razem. Dołączając do klubu, zmieniłem swoje myślenie, by pokazać, po co tam jestem. Zdałem sobie sprawę, że ci, którzy mają normalne ubrania, szkołę, bezpieczeństwo, muszą dać z siebie jeszcze więcej. Przychodzić pierwsi na trening, trenować ciężej. Muszą udowodnić wszystkim, z jakiego powodu tam są. Że może nie martwią się o los swojej rodziny, ale o swoją przyszłość, o swoje marzenia. Chłopaki muszą cię zrozumieć, by traktować cię jak pełnoprawnego członka drużyny. W Europie myślenie w takich kategoriach nie istnieje.

BELEK 23.01.2019 MECZ TOWARZYSKI: JAGIELLONIA BIALYSTOK - ARSIENAL TULA 1:2 --- FRIENDLY FOOTBALL MATCH: JAGIELLONIA BIALYSTOK - ARSENAL TULA 1:2 GUILHERME HAUBERT SITYA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Co tak właściwie było twoją motywacją?

Nigdy nie myślałem o tym, co piłka może mi dać. Zawsze szanowałem pieniądze, bo wiem, jak dużo pracowała moja rodzina. Zawsze mi o tym dużo opowiadali. Gdy zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze z piłki jako 16-latek, podobało mi się, że mogę być samodzielny i wynająć samemu mieszkanie z innymi dwoma chłopakami. Stwierdziłem wtedy, że rodzice pomagali mi do tego momentu, stworzyli odpowiednie warunki, ale teraz zaczynam pracować na własny rachunek. To najlepsza motywacja. Pokazała mi, że nie osiągnąłem tego wszystkiego dzięki rodzicom, ale samemu na wszystko zapracowałem.

Lubię udowadniać coś sobie i innym. Gdy ktoś mi mówi, że nie jestem najlepszym lewym obrońcą w Ekstraklasie, wkurzam się i robię wszystko, by mu pokazać, jak bardzo się myli. Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie będę idealny. Mój tata zawsze mi powtarzał, że gdy starasz się dojść do perfekcji, to nigdy do niej nie dojdziesz, ale zawsze będziesz bliżej i bliżej. Niektórzy mówią, że czasami narzekam. Ale nic nie poradzę, że chcę zawsze wygrywać i mogą mieć ze mną problem. Chodzę wściekły, bo nie zawsze to się udaje. Czasami ma to swoje złe strony. Nie zawsze zależy od ciebie, czy wygrywasz. Musisz zaakceptować, że jakaś drużyna jest po prostu lepsza, masz gorszy dzień. Nie jesteś w stanie kontrolować, jakie decyzje podejmą twoi koledzy. To trudne. Chciałoby się grać jak dżojstikiem na konsoli, ale musisz akceptować, że nawet jeśli zrobisz wszystko, czasami to nie wystarczy. Perfekcjoniści mają ciężko.

Jako chłopak z bogatego domu czułeś się kiedyś w Brazylii zagrożony? 

Nie raz. Zawsze ciężko wytłumaczyć to człowiekowi z Europy, w których miejscach w Brazylii jest bezpiecznie, a w których nie. W Białymstoku biorę telefon w rękę i chodzę sobie gdzie chcę i kiedy chcę. W Brazylii musisz na siebie uważać. Ktoś idzie w twoim kierunku, czujesz zagrożenie, przechodzisz na drugą stronę ulicy. Nawet w dzień. Ciągle musisz pamiętać o takich rzeczach. Moja mama pojechała rok temu z psem do sklepu zoologicznego. Zaparkowała tuż przy sklepie. Pies się wyrywał, bo chciał biec, jak to pies. Podszedł do niej mężczyzna i zapytał, czy wie jak dojść na jakąś tam ulicę. Zaczęła odpowiadać, on pokazał pistolet i… nie było wyboru. Po prostu wziął sobie samochód i odjechał. Kilka osób na ulicy, południe, centrum… Stało się to tak po prostu. 

– Daj mi kluczyki. 

– Co?

– No daj mi kluczyki. Mam pistolet. 

Chwila i tracisz samochód na środku ulicy. Nie masz żadnej opcji. 

Nie jest tak na szczęście wszędzie. Są miejsca, gdzie możesz chodzić swobodnie, nawet jako turysta. Ale są też takie, gdzie – niezależnie od pory – nie powinieneś się pojawiać. Wszystko bierze się z biedy. Jest wielu ludzi, których nie stać na jedzenie dla swojej rodziny, na jakiekolwiek przetrwanie. Kradną, by mieć cokolwiek albo by mieć na narkotyki, w które wpadli z biedy. Są oczywiście źli ludzie, którzy po prostu kradną by się dorobić jeszcze więcej, ale bardzo często to ludzie, którzy nie mają nic. Ale – tak generalnie – Brazylia jest bezpieczna do życia. To mój kraj i nie wyobrażam sobie życia po karierze gdzie indziej. 

Rodzina wiele ci dała, ale sam się jej odwdzięczyłeś, przerywając swoją karierę na kilka miesięcy będąc zawodnikiem Steauy, by pomóc ojcu w chorobie. Nie bałeś się, że kariera znacznie wyhamuje? 

Czasami musisz w życiu wybierać. Rodzina jest najważniejsza. Mój dziadek zmarł trzy dni temu (rozmawiamy 21 stycznia – red.) i to była druga najgorsza chwila w moim życiu. Ostatnio w Brazylii mogłem się z nim pożegnać. Gdy mój tata zachorował, mogłem wybierać pomiędzy karierą a byciem przy nim i pomocą. Uznałem, że muszę wrócić do Brazylii. Zerwałem kontrakt ze Steauą i uznałem, że powinienem przerwać karierę na trzy miesiące, a potem zobaczę, co się wydarzy. To dlatego trafiłem do Bruk-Betu. Dla wielu ludzi był to krok w tył, ale dla mnie była to szansa powrotu do miejsca, w którym chcę być. Koniec końców nie zmieniło się zbyt wiele, może w tamtym czasie potrzebowałem tej przerwy. 

Gdyby nie ojciec, nie trafiłbyś pewnie do Europy. Gdy przyszła oferta, musiałeś zareagować bardzo szybko. 

Odszedłem z Caxias, małego klubu, w którym stawiałem pierwsze kroki w profesjonalnej piłce. Leżałem na plaży, gdy zadzwonił telefon.

– Chciałbyś trafić do Rumunii?

Rumunia, hmm… Znałem oczywiście postać Gheorgie Hagiego, ale to tyle, co wiedziałem o tym kraju. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć. 

– Do kiedy mogę dać odpowiedź? 

– Jutro musisz już tu być. 

Musiałbym dojechać w pięć godzin do mojego miasta i od razu pędzić na lotnisko. Odmówiłem. Za dwie minuty zadzwonił mój tata. 

– Oszalałeś? Całe życie czekałeś na szansę z Europy, teraz chcesz zrezygnować?! 

– Ale ja nawet nie wiem, kto to jest. 

– Jestem z nim w kontakcie, zaufaj mi. Powinieneś jechać. 

Wziąłem rzeczy, wróciłem do Porto Alegre, gdzie była moja mama. 

– Wyjeżdżam. 

– Co, gdzie? 

– Do Rumunii. 

– Gdzie?! 

Na lotnisku w Sao Paulo spotkałem tego człowieka, polecieliśmy do Rumunii i… zostałem. Duże wrażenie zrobił na mnie trener Reghecampf, generalnie byłem całą Concordią bardzo zaskoczony na plus. No, poza postawą tego człowieka, z którym później walczyłem o kontrakt. Na szczęście w międzyczasie spotkałem mojego menedżera, z którym jestem już osiem lat. W dwa dni zmieniło się całe moje życie.

Co było dla ciebie na początku najtrudniejsze w Europie? 

Rumunia jest dość podobnym krajem do Brazylii, mówię o ludziach. Podchodzą na ulicy, zapraszają cię na obiad, rozmawiają, spędzają czas razem. Byłem bardzo szczęśliwy, zwłaszcza że miałem w zespole jeszcze kilku Brazylijczyków. Co było najtrudniejsze? Bieganie przez godzinę na śniegu pierwszego dnia! W Europie treningi były cięższe niż w Brazylii.

Twoja kariera w Rumunii potoczyła się modelowo – od malutkiego klubiku, przez szybki awans do klubu z czołówki, aż po największą markę. Planowałeś taką drogę? 

Gdy wylądowałem w małym klubie, uznałem, że to moja szansa i wszystko teraz jest w moich nogach. Mój menedżer zapewniał mnie, że jeśli będę się rozwijał, to po sześciu miesiącach może się uda pójść wyżej. Petrolul miał dobry plan – oparł drużynę w dużej mierze na obcokrajowcach i zatrudnił trenera, który potrafił znaleźć z nimi wspólny język. Wyszedł z tego dobry miks. Mogłem odejść do Steauy już wcześniej, ale Petrolul nie chciał mnie puścić. Wszystko odbyło się w dobrym czasie.

WARSZAWA 27.02.2018 MECZ 25. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - JAGIELLONIA BIALYSTOK 0:2 GUILHERME HAUBERT SITYA MARKO VESOVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Odchodziłeś, gdy klub wpadł w tarapaty – konkretnie właściciel, który – jak to w Rumunii – trafił do więzienia. 

To się stało tydzień po tym jak odszedłem. Rozmawialiśmy o przedłużeniu kontraktu, nawet dogadaliśmy się co do warunków, ale daliśmy sobie czas na podpis aż wrócę z urlopu. Gdy wróciłem, usłyszałem, że… jednak nie podpiszemy. Nie lubię mówić zbyt dużo o właścicielach klubów – mają swoje życia i popełniają swoje błędy, a w Rumunii to nie pierwszy raz, gdy właściciel klubu ma problemy gospodarcze. Szkoda tylko kibiców, bo klub zleciał do czwartej ligi. W Rumunii powinni zrozumieć, że czasami nie warto obiecywać piłkarzom dużo, wystarczy mniej, ale jednak na miarę możliwości. Petrolul musiał zacząć działać rozsądnie, by wrócić do ligi. Wielkie marki bankrutują. Traci cały kraj, także reprezentacja, która potrzebuje mocnych drużyn i piłkarzy, którzy walczą w pucharach. 

Odszedłeś do Greuther Fuerth, gdzie piłkarsko na poziomie drugiej Bundesligi praktycznie nie zaistniałeś. Dlaczego tak właściwie? W „Przeglądzie Sportowym” mówiłeś, że zgubiła cię arogancja. 

To złe słowo, może nie arogancja, a zbyt duża pewność siebie. W Rumunii byłem jedynym piłkarzem w lidze, który rozegrał cały sezon, mecz w mecz w pierwszym składzie po 90 minut. Przyszedłem zatem z klubu który ciagle wygrywał i w którym grałem wszystko na poziom, gdzie cię nie znają, nie wiedzą, kto to Guilherme. Szanują cię, ale jeszcze nie znają twojej wartości. Musisz to pokazać. Może nie byłem gotowy mentalnie. Zagrałem pięć meczów – jeden naprawdę źle, ale gdybym dostał czas, grałbym lepiej. Potrzebowałem trochę cierpliwości i zmiany mentalności. Nawet jeśli trenowałem ciężko i w sparingach wypadałem dobrze, nie dostałem ponownie szansy. 

Szkoda, bo to świetne miejsce do grania i rewelacyjne warunki do piłki. Uważałem, że nie zasłużyłem na ławkę, ale w piłce czasami musisz zrozumieć, że to nie ty jesteś pierwszym wyborem. Nie potrafiłem poradzić sobie z tą sytuacją. Mogłem tam zostać i być może bym się przebił, ale finalnie wyszło dobrze, bo trafiłem do Steauy. Zły czas, zła sytuacja, zaszkodziła mi też sama forma odejścia z Petrolul – ze względu na sytuację kontraktową nie mogłem grać miesiąc. Inaczej jest trenować samemu, a inaczej być pełnoprawnym członkiem drużyny. A ja przez miesiąc głównie biegałem. Myślę, że grałem całkiem dobrze w tych meczach, które dostałem, choć może wyniki o tym nie mówią. Może gdybyśmy wygrywali, potoczyłoby się inaczej. Wierzę, że wszystko w życiu ma jakiś powód. Może gdybym nie zrozumiał wtedy pewnych spraw, musiałbym je zrozumieć później. Ale jestem bardzo wdzięczny za ten czas. Nawet, jeśli trener za bardzo mnie nie cenił. 

Jak jako piłkarz Steauy patrzyłeś na te wszystkie problemy klubu i całej ligi? 

Przegrywała na tym zamieszaniu cała liga i kibice. Steaua to wielki klub, niesamowity, ważny dla miasta. To była tylko walka o wpływy, o to kto ma więcej siły. Steaua zmieniła się na FCSB i walczyła z armią… O co tak właściwie? Wyłącznie o ego. Teoretycznie byłem piłkarzem FCSB, ale nawet jeśli zmienisz nazwę klubu, nie zmienisz tego, że to Steaua zdobyła swoje ostatnie mistrzostwo ze mną. To większe niż ktokolwiek. Problemem ligi rumuńskiej – choć mnie to nigdy nie dotknęło – była wypłacalność. Dla piłkarza nie jest ważne to, ile ci obiecają, a ile ci wypłacą. Piłkarze szli do FIFA, ale teraz wiele się zmieniło, bo federacja zaczęła mocno karać ujemnymi punktami za zaległości. W Rumunii tak jak w Brazylii – każdy kocha piłkę. W parku, pod stadionem, na meczach. Jak w Polsce, która ma wszystko, by być świetną ligą. Gdyby tylko jeszcze więcej ludzi przychodziło na stadiony, bo uważam, że może ich być więcej. Czasami ktoś ogląda w TV mecz u siebie – kupujesz abonament i to cię rozleniwia.

Wszystko w twoich nogach. 

Powinien być pełny stadion. Ludzie przychodzą, ale nie tak tłumnie, jak mogliby. W Polsce obiekty wypełniają się głównie na Legię, Lecha, Jagę. Powinny też na mniejsze zespoły. Kocham grać, gdy jest pełny stadion.

Czyli gra w Niecieczy to twój mały koszmar.

Nie, ponieważ tam często był full! Mały stadion, ale zapełniony. Rozumiem, co masz na myśli, ale jeśli na 4500 miejsc przychodzi 4500 ludzi, to atmosfera jest dobra. Gdy masz stadion na dwa tysiące i ludzie się nie mieszczą i stoją dookoła, to o wiele lepszy widok niż wielki stadion, ale pustawy. W Niecieczy ludzie przychodzili nie tyle pokibicować, co obejrzeć piłkę. Bo co innego mieli do roboty? Próbowali zrobić ruch ultras i to bardzo fajne. Mówiłem chłopakom, że to dobre miejsce, jeśli interesuje cię głównie gra w piłkę. Masz dobre warunki treningowe, poukładany klub, brak wielkiej presji. I gdy tam grałem, mieliśmy też wynik sportowy, bo łapaliśmy się do pierwszej ósemki.

Kojarzysz Rafała Grzelaka ze Steauy? 

Sorry, nie. 

Gdy Gigi Becali go zobaczył, powiedział, że z numerem 10 nie może grać w Steaule łysy gość. Objechał go w mediach i furory w Bukareszcie nie zrobił. Ty też nie byłeś ulubieńcem właściciela.

Cały Gigi! Typowa sytuacja w Rumunii. Gigi Becali jest… trochę inny. Bardzo ważny dla Steauy, ale czasami mógłby być łagodniejszy. Ale to jego droga, chce robić biznes i show. Kocha mówić, zawsze mieć mocną opinię. Powiedział o mnie wiele rzeczy, także o innych piłkarzach. Jeśli nie jesteś silnym gościem, możesz mieć ciężko, by to znieść. Steaua dała mi w ostatecznym rozrachunku wiele pewności siebie i pozwalała się bardziej skoncentrować. Gdy zagrałeś zły mecz – mówił od razu, że jesteś najgorszym piłkarzem świata i nie zasłużyłeś na to, by tu być. Zagrałeś w następnej kolejce dobrze – byłeś najlepszy na świecie i chciał sprzedawać cię za 10 milionów. Próbował być trenerem, mówił, który piłkarz ma grać, a który nie. Wiele osób mówi, że dzięki niemu Steaua wygrała wiele tytułów, ale równie dużo przez niego straciła. Potrzebuje być w tym klubie dla show. 

Za co ci się obrywało?

O mnie i prawym obrońcy Petrolul powiedział, że jesteśmy najlepsi w lidze. Po jednym dniu w Steaule zmienił zdanie i stwierdził, że Steaua nigdy nie miała gorszego lewego obrońcy i właściwie nie wie, jak się tam znalazłem. Trener uspokajał: „spokojnie, to Gigi style”. Krytykował każdego, dosłownie każdego, nie tylko mnie. Nawet gdy wygraliśmy. Co mogliśmy powiedzieć? Był właścicielem. „Tak jest, panie Becali” i tyle. Mógł powiedzieć co chciał o każdym. Mogę być najgorszym, ale to nasza drużyna przyniosła do klubu ostatni tytuł. Czasami miało to dobre strony, bo skupiał uwagę na sobie, a nie piłkarzach. Choć często to denerwowało: „Gigi, jestem tu by grać jak najlepiej dla twojego klubu, nie jestem tym gościem, za którego mnie masz”.

PLOCK 04.11.2017 MECZ 15. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: WISLA PLOCK - JAGIELLONIA BIALYSTOK 1:2 TARAS ROMANCZUK IVAN RUNJE GUILHERME SITYA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Pamiętasz pierwszą myśl, gdy przyjechałeś do Niecieczy?

Zanim to się stało, spojrzałem na Google, jak wygląda Nieciecza. O mój Boże, tylko pole i stadion pośrodku! Pierwsza myśl: jak mógłbym tam żyć? Spojrzałem jednak na Tarnów i pomyślałem, że piłkarze pewnie tam mieszkają. To fajne miasto, może nie największe, ale jest w nim wiele rzeczy do roboty. Stadion robił wrażenie – elegancki, z marmurowymi elementami. Centrum treningowe również było na dobrym poziomie – to dla mnie najważenie. Przyjechałem z założeniem, by pograć pół roku i spróbować coś zmienić. Rodzinie powiedziałem, że startuję od zera. Czułem to, że drużyny przyjeżdżając do nas myślały, że spokojnie wygrają. Trener ustawiał nas defensywnie i robiliśmy z tego użytek. Mentalnie byłem na dobrym poziomie, kontuzje mnie omijały, wypromowałem się.

Doszło do rzadkiej sytuacji – każda akcja ofensywna przechodziła przez lewego obrońcę.

Jeśli jesteś dobrym piłkarzem, w mniejszym klubie masz łatwiej, bo wszyscy od razu cię zauważają. Często zresztą za piłkarzem ciągnie się opinia – jeśli ktoś źle zacznie, ciężko mu to odwrócić. Ja miałem dobry start i fajnie to szło. Tu w Jadze mam lepsze liczby, ale mamy też swoje problemy  – zwłaszcza w meczach u siebie. Może gdybyśmy wygrali mistrzostwo, więcej osób by nas doceniało indywidualnie. W liczbach jestem lepszy niż wcześniej, ale nie przywiązuje do tego wielkiej wagi. Liderem jest Lechia i teraz mówi się o ich lewym obrońcy, że jest najlepszy w lidze. Moim zdaniem nie jest, Guiherme jest najlepszy, mam lepsze statystyki. Szanuję opinie innych, ale w mojej to ja jestem najlepszym lewym obrońcą ligi, Ivan Runje najlepszym stoperem, Arvydas najlepszym skrzydłowym. Taras i Marko Poletanović to niesamowici piłkarze środka pola. Kiedy Lechia poszła w górę, wszyscy mówią, że ich piłkarze są najlepsi. Są bardzo dobrzy, ale zdanie o nich jest przesadzone. 

Wiele daje nam też trener Mamrot, który jest bardzo otwarty na naukę. Wysłał zagranicznych piłkarzy na lekcje polskiego. Czasami się nie chce, wiadomo – iść na trening, zadbać o formę i mieć wolne. Ale zdaję sobie sprawę, że ucząc się języka oddajesz szacunek, więc próbuję. To trudne, często się na naukę polskiego wściekasz, bo język nie jest najłatwiejszy. Trener Mamrot widząc to stwierdził, że on sam pójdzie na lekcje angielskiego, by też mieć lepszą komunikację z nami. Jak możesz widząc to powiedzieć takiemu facetowi, że nie pójdziesz na lekcję polskiego?

Czego wam brakuje do pierwszego miejsca? 

Regularności. Gramy na wysokim poziomie przez 50-60 minut, ale pozostałe 30 potrafią przesądzić. Poza tym nie jesteśmy w stanie dać powera u siebie. W Białymstoku powinniśmy robić rywalom piekło. Musimy wbić to sobie do głów, że możemy być najlepsi i pokazywać to w każdym meczu. Jest ciężko walczyć z Legią, gdy budżet jest o wiele mniejszy, ale teraz nie grają powalająco. Inne kluby szanują bardziej Legię niż Jagę. Musimy zrobić tak, by inni myśleli: cholera, jedziemy do Białegostoku, dziś możemy przegrać. Teraz tak nie myślą. Myślą: OK, na Jadze może ugramy jakieś punkty. Nie może tak być. Jeśli nie wygrywasz u siebie regularnie, nie da się być mistrzem. 

A moim marzeniem jest teraz zostanie mistrzem. Po to tu przyszedłem i to obiecałem. Byliśmy na drugim miejscu, tak blisko… Mistrzostwo w Białymstoku smakowałoby zupełnie inaczej niż na przykład w Legii. Legia powinna mieć tytuł co roku, drugie miejsce to dla niej duża porażka. Jeśli wznieślibyśmy Jagę na wyżyny ligi, długo by nam tego nie zapomnieli. Wtedy wiele by się zmieniło, Inne kluby podchodziłyby do nas z większym respektem. Myślę, że mamy wszystko, by być mistrzem. Potrzebujemy tylko mentalności zwycięzców. 

Po tych transferach czujecie się mocniejsi? To jasny sygnał, że jeszcze walczycie o mistrza. 

Wszyscy muszą zrozumieć, szczególnie piłkarze, że mamy naprawdę świetny zespół. W poprzednich sezonach wielu piłkarzy odeszło, ale władze Jagiellonii zawsze chcą utrzymać wysoki poziom drużyny. Jak mówiłem – wciąż mamy najlepszych piłkarzy na swoich pozycjach w lidze. Musimy sobie to uświadomić. Nie zadowolimy się ponownie drugim lub trzecim miejscem. Jeśli przegramy mistrza o pieprzone dwa punkty, musimy uznać to za stracony rok. Ta jesień to przeplatanka –  dobry mecz, zły mecz, dobry mecz, zły mecz. Jeśli chcesz być mistrzem, nie możesz grać w ten sposób. Możesz zaliczać dobre i złe mecze, ale zawsze musisz kończyć z dobrym wynikiem. Zasługujemy na chociaż jedno trofeum w tym sezonie. Jeśli przyniesiemy jakiś puchar, może fani znowu w nas uwierzą, bo jestem świadomy tego, że nie jest przyjemnie chodzić na mecze, gdy drużyna tak często nie wygrywa. Dziewięć punktów to rezultat do nadrobienia. Gdyby to było piętnaście, powiedziałbym, że zadanie jest ekstremalnie ciężkie. Ale dziewięć? Wszystko się może zmienić. 

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. FotoPyK / JB

KOMENTARZE (6)