Mogło być +7, Liverpool podgrzał tylko do +5. Boruc i Bednarek na duży plus
Anglia

Mogło być +7, Liverpool podgrzał tylko do +5. Boruc i Bednarek na duży plus

We wtorek Rafa Benitez ze swoim Newcastle wyświadczył Liverpoolowi wielką przysługę. Sroki ograły Manchester City, dając Liverpoolowi szansę odzyskania siedmiopunktowej przewagi nad The Citizens. Szansę wykorzystaną tylko w 1/3, bo plany odjechania na dystans sprzed meczu z City mocno pokrzyżowała ekipa Leicester.

Lisy to dla nas coraz większa niewiadoma. Wyników tej ekipy kompletnie nie da się przewidzieć. Odpadli z czwartoligowym Newport w tym samym miesiącu, w którym właśnie powstrzymali Liverpool na Anfield jako dopiero drugi zespół w tym sezonie Premier League. A przecież na koniec roku ograli w pięć dni Manchester City i Chelsea, by za kolejne trzy przegrać u siebie z Cardiff.

A wydawało się, że plan Claude’a Puela na spotkanie runął już w 3. minucie. Gdy Sadio Mane dostał podanie od Andrew Robertsona spod lewej linii bocznej, Kasper Schmeichel musiał skapitulować po raz pierwszy. Zaraz można było też stwierdzić, że to nie będzie jego ostatnia przyjęta sztuka – dwie kolejne minuty i mogło być 2:0, tym razem po zagraniu górą Salaha bliski pokonania Duńczyka był Firmino. Chwilę później po rzucie rożnym Shaqiriego kompletnie niepilnowany Mane oddał niecelne uderzenie głową.

Choć The Reds nie poszli tak zdecydowanie za ciosem w kolejnych minutach, mieli wszystko pod kontrolą. I wtedy nadszedł doliczony czas gry pierwszej połowy, a wraz z nim – niepotrzebny faul Robertsona przy linii bocznej, który pozwolił Leicester rozegrać dodatkową akcję. Pierwsza wrzutka okazała się nieudana, ale okazję do poprawki dostał Ben Chilwell. I zagrał idealnie za plecy defensorów Liverpoolu, gdzie do piłki doszedł Harry Maguire i wpakował ją do siatki. Czy powinien móc to zrobić? O ile z samym golem wszystko było w porządku, stoper reprezentacji Anglii mógł stały fragment kolegów oglądać już z szatni, sfaulował bowiem wybiegającego do piłki zagranej za linię obrony Mane. Można było założyć w ciemno, że Senegalczyk dopadnie do futbolówki i wyjdzie sam na sam ze Schmeichelem, jest przecież nielichym sprinterem. A jednak sędzia zdecydował się tylko na żółtko.

Z tej decyzji jeszcze się wybroni. Zdecydowanie bardziej skrzywdził The Reds już po przerwie. Naby Keita składał się bowiem do uderzenia w polu karnym, gdy jego stopę nadepnął Ricardo Pereira. Martin Atkinson pozostał niewzruszony. Poza tą sytuacją Liverpool stworzył sobie w zasadzie tylko jedną, którą można nazwać dogodną, w drugiej części meczu. Firmino raz jeszcze płaskim strzałem próbował oszukać Schmeichela, znów jednak przegrał starcie z Duńczykiem.

I tu kamyczek do ogródka ekipy Kloppa. Bo to Leicester w drugiej części meczu doszło do lepszych szans na przechylenie szali na swoją stronę. Firmino o mało nie pokonał Alissona po zgraniu Maguire’a po rzucie wolnym z głębi pola. Brazylijczyk zdecydowanie powinien też skapitulować, gdy oko w oko z nim stanął James Maddison. Pomocnik podjął jednak niezrozumiałą decyzję, by strzelać z czuba, w efekcie wyszło z tego przestrzelone zagranie do tyłu, a nie pełnokrwiste uderzenie.

W Liverpoolu mogło się więc po wczorajszej wpadce City zrobić +7, zrobiło się tylko (?) +5. Wciąż jest to jednak bezpieczna przewaga, pozwalająca na jedną wpadkę więcej niż zespół z Manchesteru.

Liverpool – Leicester 1:1
Mane 3′ – Maguire 45’+2′

***

Gdybyśmy mieli obstawiać, który zawodnik przez swój styl życia i podejście do diety, regeneracji i tym podobnych na pewno nie dogra do wieku 39 lat w poważnym klubie w poważnej lidze, Artur Boruc byłby gdzieś na szczycie listy. Gdyby ktoś nam parę lat temu powiedział, że tuż przed czterdziestką Holy Goalie będzie zachowywał czyste konto w wygranym przez jego zespół 4:0 meczu z Chelsea, sprawdzilibyśmy, czy rozmówca przypadkiem nie ma temperatury w okolicach 39 stopni.

Niewiarygodne, ale Boruc znów wygrał rywalizację ze swoim konkurentem. Zajęło mu to rekordowo dużo czasu, przez osiemnaście miesięcy wyczekiwał na zjazd formy Asmira Begovicia, ale gdy już się doczekał – jak to on – wyciska swoją szansę do ostatniej kropli. Czyste konto z West Hamem to jeszcze nic, w końcu miał do obrony zaledwie jeden strzał. Zero z tyłu z Chelsea, między innymi po takiej interwencji?

Zupełnie inna para kaloszy. Polak łącznie musiał się zmierzyć z siedmioma celnymi uderzeniami The Blues, nie wpuścił do siatki choćby jednego. I po prostu zachował status bramkarza numer jeden przynajmniej do następnej kolejki – trudno bowiem sobie wyobrazić, by Eddie Howe zamieniał golkipera bez straconego gola w ostatnich dwóch kolejkach na tego, który wpuścił w swoich ostatnich pięciu meczach szesnaście sztuk.

Bournemouth – Chelsea 4:0
King 47′, 74′, Brooks 63′, Daniels 90’+5′

***

A to nie koniec pochwał dla Polaków. Jan Bednarek znów wygrał z algorytmami WhoScored i znów okazał się według nich najlepszy na boisku w zremisowanym przez Southampton 1:1 meczu z Crystal palace. Nota 7,9, na koncie wybicie piłki zmierzającej do bramki i udana interwencja jako ostatni obrońca (znowu!). Po Wesie Morganie i Pierre-Emericku Aubameyangu o zdolności stopera do znajdywania się tam, gdzie można uratować sytuację przekonał się przede wszystkim Mamadou Sakho, którego uderzenie głową po rzucie rożnym w ostatniej chwili wybił Polak.

Statystyki Bednarka mówią same za siebie:

– 57 podań (88% celnych)
– 3 udane odbiory (na 5 prób)
– 7 wybić
– 1 przejęcie
– 5 wygranych pojedynków główkowych (na 8)
– 2 zablokowane strzały
– 1 strata

Southampton – Crystal Palace 1:1
Ward-Prowse 77′ – Zaha 41′

***

Wygrany kolejki w środku tygodnia? Zdecydowanie Tottenham. Kto by pomyślał, że dodatkowa wtorkowo-środowa seria gier w chwili, gdy Harry Kane i Dele Alli leczą kontuzje, a Heung-Min Son może jeszcze odczuwać jet lag, wyjdzie Kogutom na zdrowie? Tymczasem podopieczni Mauricio Pochettino byli jedną z dwóch ekip z Big Six – obok Arsenalu – która nie zgubiła punktów. Efekt jest taki, że Tottenham jest już tylko dwa punkty za wiceliderem, ale co ważniejsze, powiększył przewagę nad piątą obecnie Chelsea do siedmiu punktów. W kwestii utrzymania statusu drużyny z Champions League, to doskonała wiadomość.

Kluczową rolę w comebacku Tottenhamu w starciu z Watfordem odegrał zaś piłkarz zdecydowanie najbardziej wyszydzany wśród kibiców Kogutów, a więc Fernando Llorente. Bask marnował najlepsze nawet sytuacje w tym sezonie, a jednak potrafił strzelić bramkę na 2:1 z takiej zdecydowanie mniej oczywistej, wcześniej asystując przy golu Sona na 1:1.

Tottenham – Watford 2:1
Son 80′, Llorente 87′ – Cathcart 38′

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (11)