Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Czy PZPN mógł coś zrobić? Jeśli nie mógł, to dlaczego? Jeśli naprawdę nie mógł – to czy będzie mógł coś zrobić w przyszłości? Jak najbardziej stabilna i najbardziej wiarygodna w oczach państwowych partnerów instytucja może zadbać, by Hulk Hogan nie kupił za pół roku na przykład Śląska Wrocław? Sytuacji Wisły Kraków istniejącymi przepisami już się pewnie nie odkręci, ale może to doskonała okazja, by porozmawiać o nowych narzędziach? 

Przy stopniowym upadku Białej Gwiazdy zakończonym kambodżańską farsą organizacje piłkarskie nie miały wiele do gadania – klub spłacał długi licencyjne, podpisywał ugody, w ostatniej chwili, ale jednak – potrafił wynająć stadion zgłoszony we wniosku licencyjnym. Nałożony na niego nadzór finansowy wymuszał hamowanie przynajmniej w kwestiach długów licencyjnych, a biorąc pod uwagę momenty, w których następowały przelewy, klub wiedział do jakiej granicy może prowadzić grę z instytucjami PZPN-u. Można się spierać co do kwot – w teorii mniej groźne wydaje się 5 milionów długu licencyjnego niż kilka razy więcej długów z ostatnich miesięcy. W praktyce: gdzieś związek musi wyznaczać granicę i jest nią właśnie proces licencyjny.

Czy powinno się już wcześniej przerwać ten łańcuch zadłużania?

Moim zdaniem – nie, nie powinno. Łatwo jest z pozycji kibica zachwalać opcję „nowego startu”, która dotknęła wielu zasłużonych polskich klubów. Bardzo komfortowa jest sytuacja, w której w domowym zaciszu oblicza się sezony, jakie zajmie Wiśle powrót z IV ligi do polskiej elity. Można wskazywać na przykłady ŁKS-u, Widzewa czy Pogoni Szczecin, można przypominać, że piekło niższych lig to świetny czyściec dla tych, którzy przez lata byli wyniszczani przez nieudolnych działaczy. Ale decyzja o odebraniu licencji na występy w najwyższej klasie rozgrywkowej, czyli w przypadku Wisły skazanie na bankructwo, to rozwiązanie, w którym ginie coś więcej niż klub. PZPN interweniując w myśl zasady „zero tolerancji”, pozbawiłby szans na odebranie choć części zarobionych pieniędzy obecnym i byłym zawodnikom Wisły. Wierzyciele zostaliby na lodzie, tak jak na lodzie zostali byli piłkarze czy trenerzy obu łódzkich klubów oraz Polonii Warszawa.

Przykład Ruchu Chorzów pokazuje, że przy rozłożeniu długów, drastycznym ograniczeniu kosztów i mozolnej walce, da się powrócić na tory nawet w najbardziej tragicznej sytuacji. Chorzowianie oczywiście nie idą na razie po 15. mistrzostwo Polski, wciąż są nad przepaścią, w dodatku w II lidze, po dwóch kolejnych spadkach. Nie ma żadnej gwarancji, że ominie ich bankructwo i parszywa podróż po peryferiach futbolu. Ale klub istnieje. Mógł zawinąć manatki po pierwszym spadku, pewnie w czerwcu wygrałby IV ligę, teraz prawdopodobnie walczyłby o awans na czwartym szczeblu. Ale wytrwał, spłaca zobowiązania, ciągnie za sobą bagaż pakowany latami przez nieudolnych działaczy.

Jeszcze lepszy numer wywinął Ruch Radzionków, który nie potrzebował nawet Komisji ds. Licencji Klubowych do rzetelnej wyceny swoich możliwości. Radzionkowianie oszacowali budżet na I ligę, uznali, że ten poziom rozgrywkowy ich przerasta i zrezygnowali z gry przed sezonem. PZPN zgodnie z przepisami zdegradował ich wówczas o dwa szczeble, do III ligi, do której mogli przystąpić po 12 miesiącach. Ruch przez rok nie funkcjonował, nie miał dorosłej drużyny, nie jeździł na mecze, za to spłacał długi. Dziś radzi sobie na czwartym poziomie bez żadnych zobowiązań wobec ludzi, którzy występowali w jego barwach na zapleczu Ekstraklasy.

Nie jestem samobójcą, nie zamierzam proponować Wiśle dwunastomiesięcznej przerwy w funkcjonowaniu. Wskazuję jedynie na sposób działania PZPN-u – związek nie reprezentuje interesu wyłącznie kibiców z całej Polski, którzy „mają dość oglądania tej organizacyjnej amatorki”. PZPN reprezentuje również piłkarzy, trenerów oraz szeregowych pracowników, dla których śmierć klubu to bezpowrotnie utracona kasa. Nie dziwię się, że Komisja ds. Licencji stawia sobie za cel w pierwszej kolejności czyszczenie przez klub najbardziej pilnego z ich perspektywy zadłużenia (czyli tych słynnych długów licencyjnych), w drugiej – utrzymanie klubu przy życiu.

To jedna kwestia, w której PZPN-owi kompletnie się nie dziwię. Osobną jest jednak komedia, której świadkami jesteśmy przy sprzedaży Wisły – i mowa tu nie tylko o obecnej awanturniczej powieści ze Szwedami, Luksemburgiem i kambodżańskim chorowitkiem, ale też o wcześniejszej grotesce z Jakubem Meresińskim.

PZPN mówi: nie da się nic zrobić. Prezes Boniek tłumaczy na Twitterze, że odradzał prezes Sarapacie biznesy z wątpliwej reputacji trupą artystyczną oraz informował prezydenta Majchrowskiego, że ci ludzie nie do końca zasługują na zaufanie ze strony prezydenta tak dużego miasta. W teorii to wszystko – PZPN dopiero po dopięciu transakcji wszczyna na nowo proces licencyjny i szczegółowo weryfikuje zamiary właściciela z jego wypłacalnością na czele. Sęk w tym, że to ruch spóźniony, musztarda po obiedzie, ratunek, w momencie, gdy pacjent już ledwo dyszy. Pojawiają się seria podstawowych pytań:

1) Co zrobić wcześniej?

Moim zdaniem sprawa jest prosta – chcesz sprzedać klub? Zgłoś to PZPN-owi, który od tej pory wjeżdża w proces prześwietlania nowych inwestorów z całą swoją prawniczo-organizacyjną potęgą. Pomijając trywialne kwestie – koszt zatrudniania specjalistów od transakcji na tak duże kwoty i kruczków w umowach, PZPN ma też o wiele większe możliwości sprawdzania potencjalnych inwestorów, również pod kątem uzyskania przez nich licencji już po dokonaniu sprzedaży. Przesadą byłoby może odbywanie całego procesu licencyjnego jeszcze przed sprzedażą, bo trudno oczekiwać, by potencjalny nowy właściciel dogadywał we własnym imieniu umowy klubu z poszczególnymi spółkami. Ale możliwości są szerokie, a w gruncie rzeczy ograniczają się do sprawdzenia, czy mamy do czynienia z bogaczem (banalne do zweryfikowania), sprawnym menedżerem z pomysłem (trudniejsze, ale wykonalne) czy bandą przebierańców (dość proste). Pierwszym przesiewem mogłaby być w sumie nawet symboliczna kaucja zwracana po dokonaniu transakcji. Gołodupcy zostaliby odsiani na pierwszej przeszkodzie.

2) Jak to rozwiązać prawnie?

PZPN mógłby tutaj zaprotestować – ale jak mamy tego dokonać, skoro to prywatne spółki? Cóż, prywatne spółki, ale uczestniczące w rozgrywkach organizowanych pośrednio lub bezpośrednio przez PZPN. To właśnie Polski Związek Piłki Nożnej wymusza na prywatnych spółkach dysponowanie boiskiem zaopatrzonym w oświetlenie o konkretnej mocy oraz stanowiska komentatorskie o określonych standardach. To specjaliści tej instytucji sprawdzają, czy zgadza się liczba zadaszonych krzesełek i czy na pewno klub zapewnił wystarczającą liczbę ubikacji dla sektora rodzinnego. Nie widzę nic zdrożnego we wprowadzeniu czegoś na kształt licencji właścicielskich, które należałoby wyrobić przed zakupem klubu – a następnie do wymogów licencyjnych dopisać prosty przepis, że do rozgrywek dopuszczamy wyłącznie kluby, na których czele stoi podmiot z licencją właścicielską.

Nie zamierzam tu świrować specjalisty od prawa, być może zaraz usadzi mnie na miejscu ktoś z PZPN-u, ale skoro na prywatnych spółkach da się wymóc szereg działań pod dyktando podręcznika licencyjnego, to czy nie da się wymóc tego samego na prywatnych podmiotach, które mają zamiar przejąć klub?

3) Jak zmusić tych ludzi do poddania się weryfikacji?

Zdaję sobie sprawę, że tajemniczy biznesmen może sobie nie życzyć lustrowania przez PZPN i odmówić uczestnictwa w takim procesie kupna/sprzedaży. PZPN ma jednak w ręku bardzo mocną kartę, którą roboczo można określić mianem: „jak się nie podoba, to graj w bierki”. Po prostu. Co więcej, przecież związki używają tego argumentu w starciach z amatorskimi klubami, gdzieś po A- czy B-klasach. Nie podoba się, to nie zgłaszajcie się do ligi, nie macie drużyny młodzieżowej, to nie grajcie o awans do A-klasy, nie macie umowy na boisko na cały sezon, to pokopcie sobie w lidze szóstek. Jak to sobie wyobrażam?

– Dzień dobry, to jest pan Hartling, kupujemy klub.
– Dzień dobry, tu pan Ważny z PZPN-u, poproszę taki, taki i taki dokument.
– Nie mam obowiązku.
– Nie ma pan też obowiązku gry w lidze, dziękujemy i zapraszamy do rozgrywek Polskiej Ligi Koszykówki.

Innymi słowy, pan Vanna mógłby się zasłonić przed fotoreporterami parasolką, ale nie mógłby się zasłonić przed lustracją PZPN-u. Nadal może kupić klub, nikt nikomu nie zabroni sprzedaży spółki. Ale niech nie liczy wówczas, że jego drużyna zagra w rozgrywkach wymagających pezetpeenowskiej licencji.

4) Co zrobić z klubami, które będą chciały ominąć PZPN / kiedy zgłaszać opcję transakcji PZPN-owi?

Okej, PZPN wprowadza przepis o weryfikowaniu potencjalnych kupców, kluby to akceptują, bo nie mają innego wyjścia. Dajmy na to – TS Wisła próbuje chwilę później sprzedać klub panu Bannie Shy z Singapuru. W którym momencie powinna poinformować PZPN o swoich zamiarach? Tu znów decyzję podjąłby sam związek, który mógłby odgórnie ustalić dowolną zasadę, włącznie z szeregiem umownych kar za zbyt późne zgłoszenie podjęcia kroków w kierunku sprzedaży klubu. Tak, kluby otrzymują kary za spóźnienia, braki w dokumentacji, za dosyłanie konkretnych świstków po terminie – dlaczego nie miałyby również otrzymać kary w momencie, gdyby zatajały przed PZPN-em swoje zamiary? Optymalne z punktu widzenia mojej kanapy byłoby rozwiązanie, w którym PZPN-owi zgłasza się już podjęcie rozmów z nowym podmiotem, ale tak naprawdę związek mógłby wkraczać do akcji nawet przed samym podpisaniem umowy – i wtedy na przykład mógłby uratować prezes Sarapatę przed podpisaniem w Szwajcarii dealu z luksembursko-brytyjskim konsorcjum kambodżańskiego Francuza i jasnowłosego Szweda.

Oczywiście jeśli związek usłyszałby wówczas, że to konsorcjum ma bardzo dużo pozytywów na allegro i zapłaciło nawet za mega dolewkę w KFC, więc Wisła i tak zostanie sprzedana, trupa usłyszałaby, że drużynę może już szykować do Playareny, bo głównie tam będzie mogła grać.

5) Czy to nie zabije handlu klubami?

Dopuszczam do siebie możliwość, że mam zbyt skromną wyobraźnię, ale mimo wszystko: nie sądzę, by te obostrzenia mogły komuś przeszkodzić. Weźmy ostatnie udane transakcje w polskiej piłce. Czy dla pana Burdenskiego zweryfikowanie się w PZPN-ie przed kupnem Korony Kielce byłoby uwłaczające? Czy nie mógłby pozwolić sobie na wpłacenie kaucji, zwrotnej od razu po zakończeniu procesu lustracji? Albo Dariusz Mioduski. Miałby problem z przedstawieniem dokumentów i pomysłów przed PZPN-em w momencie, gdy wraz ze wspólnikami przejmował klub od ITI? Może Michał Świerczewski z x-komu, gdy obejmował władzę w Rakowie? Nie sądzę.

Problemem w teorii mogłaby być dyskrecja, ale przecież PZPN nie musiałby każdorazowo organizować konferencji prasowej z oficjalną informacją, że dziś Wisła Kraków rozpoczęła negocjacje z panem Banną Shy, więc my się w to włączamy. Nie, potencjalny nabywca klubu, proszący o dyskrecję, musi uwierzyć, że klub pozostanie dyskretny. Moim zdaniem w dzisiejszym futbolu o wiele prościej uwierzyć, że dyskrecję zachowa PZPN, niż któryś z ekstraklasowców. Deal się wysypał? Weryfikacja była negatywna? Na dobrą sprawę, nikt nie musi nawet wiedzieć o całej procedurze.

***

Nie wiem czy pamiętacie jeszcze taki klub – Flota Świnoujście. Swego czasu władze Floty stwierdziły, że fantastycznym pomysłem będzie transakcja z udziałem rzeszowskiego środowiska piłkarskiego, które zakupi Flotę, zmieni jej nazwę na Stal Rzeszów i wjedzie bocznymi drzwiami na zaplecze Ekstraklasy. Stal, reprezentowana wówczas przede wszystkim przez Kazimierza Grenia, wielkiego entuzjastę pomysłu, już niemal szykowała podium na oficjalną prezentację nowej drużyny. Ale wjechał PZPN, rozgonił towarzystwo i transakcja upadła.

Tak, wiem, czym innym przenosiny ze Świnoujścia do Rzeszowa i z III ligi do I, a czym innym z Krakowa do Krakowa, bez zmiany klasy rozgrywkowej. Ale PZPN potrafi walnąć pięścią w stół.

To chyba dobry moment, by stworzyć sobie taką możliwość.