Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Jednym z najbardziej pouczających fragmentów książki „Ojciec chrzestny” pióra Mario Puzo jest opis odsunięcia Toma Hagena, wieloletniego doradcy Rodziny Corleone, od jej bieżących spraw. Michael, przygotowujący się wówczas do przejęcia interesów mafii, szczerze tłumaczy spokojnemu adwokatowi, że jego usługi są nieocenione a on sam jest doskonałym współpracownikiem na czas pokoju, ale ma niewielkie szanse sprawdzić się w czasie wojny. 

Nie wnikając w szczegóły fabuły tej klasycznej pozycji – mam wrażenie, że ta scena była symboliczna. Coś jak odcięcie pępowiny, od teraz są nowe czasy, sentymenty odkładamy na bok, skupiamy się na twardej walce. Tom Hagen, wychowany po sycylijsku, ale jednak bardziej prawnik niż gangster, mógł doradzać w okresie prowadzenia półlegalnych biznesów i drobnych przestępstw, ale gdy w grę wchodziła prawdziwa miejska wojna – musiał ustąpić. Nie był zły, nie popełniał błędów, nie zmienił się na gorsze – po prostu zewnętrzne okoliczności uległy tak drastycznej zmianie, że i w familii roszada była konieczna.

Mam wrażenie, że Jose Mourinho, wielki The Special One, lew konferencji prasowych i czarnoksiężnik, za którym wiernie podążają piłkarze w niego wierzący, był trenerem na czas wojny.

Jestem jego wielkim fanem od jakichś dziesięciu lat, może dłużej. Moim zdaniem to jeden z niewielu ludzi XXI wieku, których dokonania można określić mianem futbolowej rewolucji. Ludzie jak on przenieśli piłkę w nieco inny wymiar a przede wszystkim – wprowadzili dotąd nieznany, albo przynajmniej lekceważony rodzaj emocji. W nudnym i sztampowym świecie trenerów, pozostającym raczej w cieniu boiskowych gwiazd, nadejście Mourinho było czymś wybitnie odświeżającym. Nagle okazało się, że wypowiedzi na konferencjach prasowych mogą mieć bardzo wymierny wpływ na zawodników. Że słynne mind games to nie jest jakieś szarlataństwo od pseudonaukowców, ale element, który może ekscytować kibiców wcale nie słabiej, niż niektóre boiskowe wydarzenia. Wreszcie okazało się, że w coraz bardziej poprawnym świecie, wciąż jest miejsce na aroganckiego bufona. I nigdy nie wiadomo, kiedy to pozowanie na aroganckiego bufona, a kiedy zwykła natura Portugalczyka.

Osiągnięć ściśle związanych z boiskiem u Jose Mourinho raczej nie trzeba przypominać – sam robi to regularnie, w najmniej oczekiwanych momentach. Dwa zwycięstwa w Lidze Mistrzów, w dodatku z takimi klubami jak FC Porto i Inter Mediolan, to właściwie menedżerski Olimp, po którym niewiele więcej da się zrobić. Mistrzostwa w Anglii i we Włoszech przy takich rywalach jak wówczas też już mu nie zginą, a dla mnie warto też mimo wszystko po stronie triumfów dopisać wicemistrzostwo Anglii z Manchesterem United, chwilę po tym, gdy ten klub odpadł z Ligi Mistrzów w walce z Wolfsburgiem i PSV, przez co w pierwszym sezonie pracy Mourinho ominęła gra w jego prawdopodobnie ulubionych rozgrywkach.

Jasne, łatka drugiego po Guardioli to dla Mourinho horror, ale 81 i mniej punktów czterokrotnie wystarczało Manchesterowi United do wygrania Premier Leauge. Tym razem Mou po prostu trafił na przeciwnika, na którego stałej recepty chyba nie ma nikt.

Kto wie zresztą, czy wśród licznych sukcesów Mourinho największym nie jest właśnie powstrzymanie maszyny Pepa Guardioli w jej bodaj najlepszym momencie.

Wydawało się, że najlepszy trener (prawdopodobnie najlepszy w historii) z najlepszym piłkarzem (prawdopodobnie najlepszym w historii), który w dodatku miał u boku najlepszą generację Hiszpanów przygotowujących się do trzeciego z rzędu zwycięstwa w wielkim międzynarodowym turnieju, po prostu musiał wysadzić ligę. W sezonie 2011/12 Lionel Messi zdobył obłędne 50 bramek, Xavi, Iniesta, Fabregas, Puyol czy Pique stanowili wówczas ważne ogniwa bodaj najdoskonalszej narodowej drużyny w dziejach, wygrywając kolejno Euro 2008, MŚ 2010 i Euro 2012. Tak, Real to też był gwiazdozbiór, ale Barcelona po trzech latach dominacji na krajowym podwórku, po zniszczeniu Manchesteru United w finale Ligi Mistrzów, wydawała się drużyną kompletną.

A Mourinho tak długo pracował nad swoimi piłkarzami, aż udało mu się tę naoliwioną machinę Guardioli powstrzymać, zdobyć 100 punktów w lidze, w której Barcelona ugrała tylko 91. W dodatku wszystko dopięte pięknym ukoronowaniem tej kampanii, jakim było pokonanie śmiertelnego rywala na Camp Nou po golach Cristiano Ronaldo i Samiego Khediry. Ten Khedira jest tutaj jak stempel. Żaden Higuain, żaden Benzema, nikt galaktyczny – Khedira, defensywny pomocnik, którego Mourinho wyczarował do Madrytu z VfB Stuttgart.

Tamten sezon zresztą, czy może nawet szerzej – cały tamten okres zdaje się potwierdzać tezę, że to jest trener wojenny. Najlepiej czuje się w szańcu, w towarzystwie Materazzich i Carvalho, na konferencjach wbijając szpilki w rywali i sędziów, biorąc na siebie cały medialny zgiełki i nienawiść środowiska – od kibiców, przez dziennikarzy, po trenerów przeciwnych drużyn. Jego autorskie drużyny to przede wszystkim zespoły bezlitosne, posuwające się do wszystkich zagrywek, byle zneutralizować rywala. Powstają z tego legendy o wielomiesięcznym rozpracowywaniu Barcelony, ale też o zaprzęgnięciu do gry obronnej Samuela Eto’o, czyli gościa, dla którego liczyło się głównie pole karne przeciwnika. Dlatego tak ważne za każdym razem było dobranie przez niego drużyny pod względem charakteru. Tak by każdy obecny na okręcie uwierzył w sztorm wokół statku. By każdy w okopie wiedział, że siedzimy pod ostrzałem i by nie było w drużynie śmiałka, który wstałby i z rozbawieniem powiedział – panowie, to nie wojna, to piłka nożna, gałąź szeroko rozumianej branży rozrywkowej.

Mourinho na moment szczerości zdobył się całkiem niedawno, po pytaniu, co jest dla niego ważniejsze, triumfy ligowe czy w Lidze Mistrzów?

Gdy wygrywam Ligę Mistrzów, najważniejszy jest triumf w Lidze Mistrzów. Gdy wygrywam rozgrywki ligowe, najważniejsze jest wygranie ligi. A gdy nie wygrywam niczego… Wygrywanie nie jest najważniejsze. 

W tej wypowiedzi brzmiał naprawdę nowocześnie, pokazał dystans do siebie, do świata. Ale taki Mourinho to rzadkość a przede wszystkim – taki Mourinho, to już nie The Special One. Nie do końca kupuję baśń o tym, że 10 lat temu podopiecznymi Mourinho były same reinkarnacje Achillesów i Hektorów, a nadmiary testosteronu trzeba było z szatni eksportować do państw specjalizujących się w suplementacji trójboistów To nie do końca tak, że wówczas każdy piłkarz Jose był Drogbą, a dziś w szatni znajdują się wyłącznie kopie Jessiego Lingarda. Ale jednak, trudno nie zauważyć, że czasy się zmieniły. Media kupuje nie nasłuchujący reakcji trybun w Turynie Jose, ale wiecznie uśmiechnięty okularnik Klopp. Na murawie zamiast żelaznej defensywy i tej jednej błyskawicznej kontry zdecydowanie lepiej sprawdza się słynny gegenpressing albo dopracowana niemal do perfekcji strategia Guardioli.

To, co kiedyś doskonale działało, dziś śmieszy. Zaprzęganie Eto’o do gry defensywnej było niezłym manewrem, gdy rywal nie potrafił się przeciwstawić takiemu autobusowi. Dziś, gdy Liverpool oddaje bez większego trudu prawie 40 strzałów na bramkę United, gra Fellainiego kosztem artystów na ławce rezerwowych zakrawa o sabotaż. Nikt nie broni autobusu stawianego przez Mourinho w meczach z silnymi rywalami. Zresztą, jak znaleźć chemię, jak zbudować tę atmosferę wojny, z takimi podopiecznymi?

Świat odjechał. Dla człowieka budzącego tak skrajne emocje, to niemal jak wyrok – teraz pełne dumy „a nie mówiłem” musi wygłosić każdy z jego wrogów, których kolekcjonował przez lata. Dezaktualizacja stylu gry, dezaktualizacja rozwiązań taktycznych Mourinho przyniosła jednocześnie dezaktualizację zasług – nawet na Stamford Bridge przestał być legendą, choć przecież to on budował siłę tego klubu. A może to też piękno futbolu? To nie miejsce dla pomników, bo kto zesztywnieje w dumnej pozie, za moment zostanie w tyle. Nawet Special One.

Mimo wszystko nie sądzę, by dało się przyczyny zamknąć w jakichkolwiek ramy. Na pewno wymiana pokoleniowa wśród piłkarzy, nowe trendy w taktyce, co tu dużo kombinować – wystrzelanie się z wielu spośród firmowych sztuczek.

Na moje – koniec wojny, czas pokoju. Do obecnego futbolu lepszy byłby Tom Hagen niż Jose Mourinho. Temu ostatniemu – jako jego wierny fan – życzę przyjemnego urlopu i powrotu już w wersji z tego kapitalnego cytatu o tym, co jest najważniejsze.

Bo przecież futbol to już nie tylko wygrywanie. Klopp przegrał sześć finałów z rzędu, ale zapamiętamy to jak grały jego zespoły. Mou nawet w United zgarnął trzy trofea, ale co to za trofea przy Lidze Mistrzów z Interem…

KOMENTARZE (18)