La Liga rywalizacją dwóch ekip? Wolne żarty!
Blogi i felietony

La Liga rywalizacją dwóch ekip? Wolne żarty!

Do siły Primera División nikogo nie trzeba szczególnie przekonywać. Ekipy z Hiszpanii od wielu lat zdominowały wszelkie europejskie puchary, a sama liga jest jedną z najlepszych na świecie. Oczywiście w walce o to miano jej głównym rywalem jest Premiership. Nie mogąc oprzeć się na wynikach sportowych w Europie, sympatycy angielskiej piłki wyższości swoich ukochanych rozgrywek dopatrują się w wyrównanym poziomie i wielkich emocjach. Co jednak mają powiedzieć, jeśli sezon 2018/19 wytrąca im z rąk i tego asa?

W niedzielę swój mecz z Realem Valladolid wygrała Sevilla, co oznacza, że wysunęła się na pierwsze miejsce w tabeli. Oznacza to również, że lidera z Andaluzji od znajdującej się na 7. pozycji Girony dzieli zaledwie sześć punktów. Walka o prym w Hiszpanii w bieżących rozgrywkach jest niezwykle zacięta i włączyło się do niej, dość nieoczekiwanie, kilka mniejszych drużyn. Jaki wpływ ma to na futbol w Hiszpanii i jakie są przyczyny tej dość niecodziennej sytuacji? Czy La Liga wyrasta obecnie na najlepsze i najbardziej interesujące rozgrywki na Starym Kontynencie?

Barcelona, Barcelona, Barcelona, Real Madryt, Barcelona, Atlético, Barcelona, Barcelona, Real Madryt, Barcelona. Patrząc na ekipy, które zdobywały mistrzostwa w ciągu ostatniej dekady, rzeczywiście można odnieść wrażenie, że w Hiszpanii rządzą dwie drużyny. Gdy Atlético raz sięgnęło po tytuł mistrzowski, był to ewenement. Poprzednio nie trafił on w ręce ani Realu, ani Barcelony, w 2004 roku, kiedy to Valencia cieszyła się z triumfu. Duopol Królewskich i Dumy Katalonii sprawił jednak, że liga hiszpańska, choć zawsze emocjonująca, nigdy nie była postrzegana jako wyrównana. Co zmieniło się teraz?

W mediach społecznościowych i wśród wielu dziennikarzy pojawiały się opinie, że ma to związek z wprowadzeniem VAR-u, przez co sędziowie przestali wreszcie deprecjonować mniejsze ekipy (co oczywiście jest wierutną bzdurą). Wystarczy chociażby przypomnieć sytuację z meczu Barcelony z Realem Betis sprzed roku, gdy piłka w oczywisty sposób przekroczyła linię bramkową, ale wszyscy sędziowie akurat wtedy mrugnęli. Być może mniejsze ekipy wreszcie same przestały się deprecjonować? Wielokrotnie widzieliśmy przecież, jak te teoretycznie słabsze zespoły wychodziły na mecze z Realem czy Barceloną ze spodenkami nieco cięższymi niż jeszcze przed wejściem do tunelu. W tym sezonie tego nie ma. „Mniejsze zespoły mają mecze z nami zaznaczone na czerwono w kalendarzu i na te dni zbierają siły”, powiedział ostatnio Dani Carvajal. W tym sezonie widać chęć walki, a przodują w tym zdecydowanie Deportivo Alavés i Espanyol.

Baskowie grają w Primera już trzeci rok i wydaje się, że po dwóch pierwszych, sinusoidalnych sezonach, wreszcie ustabilizowali formę. Rok po awansie był spektakularny. Górna połowa tabeli, a na dokładkę finał Pucharu Króla. Kolejny sezon był już gorszy, widmo spadku zaglądało w oczy, ale udało się utrzymać w elicie. I z pewnością przykład Alavés może być odniesieniem dla wielu ekstraklasowych klubów, ponieważ – pomimo rozbudzonych apetytów oraz rozczarowania w sezonie 16/17 i w kolejnym – Abelardo pozostał na stanowisku szkoleniowca. A jego trenerskie CV nie było wielce imponujące, ponieważ największym osiągnięciem były dotychczas trzy lata w Sportingu Gijón. Z pewnością jednak wiele wniosków wyciągnął z czasu piłkarskiej kariery, podczas której reprezentował między innymi Barcelonę.

Pomysły Abelardo zatrybiły w tym samym momencie, w którym Ibai Gómez, skrzydłowy Alavés, złapał życiową formę. Razem poprowadzili swoją ekipę do kilku dość zaskakujących zwycięstw, chociażby nad Realem Madryt na własnym terenie. Ponadto trzeba zaznaczyć dwie kwestie – dobrą atmosferę w szatni i spokój zarządu, który jest zadowolony z pracy hiszpańskiego szkoleniowca i nawet ostatnia porażka z Leganés w dość słabym stylu, nie zmienia nastawienia ekipy z Mendizorroza. Sezon składa się ze wzlotów i upadków, a pochopnymi decyzjami się w tym biznesie za daleko nie zajdzie.

Weźmy na tapet również i Papużki, bo ta drużyna może przypominać nieco Atlético z początków ery Simeone. Pomimo utraty swojego najlepszego zawodnika, jakim bez wątpienia był Gerard Moreno, Katalończycy notują udany sezon okupując piątą lokatę. Przepis? Żelazna defensywa. Nie licząc ostatniej kolejki, na swoim terenie stracili zaledwie jedną bramkę w pięciu meczach. Sprawiło to nawet, że Mario Hermoso, obrońca Espanyolu, otrzymał powołanie do reprezentacji. Hiszpan w ubiegłym sezonie wypadł z łask po tym, jak załadował dwa samobóje w meczu przeciwko Getafe i w drugiej połowie sezonu stopę na boisku stawiał tylko w awaryjnych sytuacjach. Wraz z odejściem Quique Setiéna jednak odetchnął i zdecydowanie poprawił swoją grę, co sprawia, że jego nazwisko wymienia się jako potencjalne panaceum na wszystkie problemy Realu Madryt w defensywie. A przecież Hermoso jest wychowankiem Królewskich.

Wróćmy jednak do drużyny jako całokształtu. Co prawda dwie ostatnie gry to dwa razy w papę, raz od Sevilli, raz od Girony, ale taka ekipa jak Espanyol nie jest w stanie grać na wysokim poziomie cały rok. Co więcej, obecne wyniki już i tak są zdecydowanie ponad stan, ale w Katalonii nikt nie jest w gorącej wodzie kąpany. Plany są długoterminowe, a jednym z nich jest spokojne budowanie drużyny w oparciu o wychowanków. Szkółka Espanyolu wypuszcza przecież naprawdę solidnych zawodników. Wystarczy wspomnieć Sergiego Dardera czy Aaróna Martína, którzy mogą stanowić o sile Papużek. Awans do europejskich pucharów tylko by im w rozwijaniu swoich planów pomógł, więc z pewnością kibicują im wszyscy. No może poza Gerardem Piqué.

Kluczowa w tej sytuacji jest jednak postawa Realu Madryt i po części Barcelony. Królewscy są niczym dobra babcia, która nie przestaje karmić swoich wnucząt. Los Blancos swoje już wygrali i w tym momencie wyglądają, jakby stwierdzili, że teraz niech inni sobie coś do gabloty wstawią. Oddać trzy punkty Eibarowi? Bardzo proszę. Oczko dla będącego w tragicznej formie Athletiku? Oczywiście. Wpierdziel na Camp Nou? Czemu by nie? Oczywiście fakt, że Duma Katalonii ma jedynie pięć punktów przewagi nad tak tragicznym Realem pokazuje, że podopieczni Valverde też swoje mają za uszami. Wystarczy przypomnieć wpadkę na własnym terenie z Realem Betis czy remisy z Gironą i Valencią. Właśnie w dość słabej formie dwóch gigantów – jak na ich standardy – można upatrywać taki, a nie inny stan rzeczy.

Największym beneficjentem obecnej sytuacji wydaje się Sevilla, która na ten moment jest jednym ze „zdrowszych” klubów na Półwyspie Iberyjskim. Odejście Monchiego miało mocno na nich wpłynąć, ale nic takiego nie miało miejsca. Pierwsze miejsce zaś Andaluzyjczycy zawdzięczają głównie trzem osobom. Pierwszą z nich jest Pablo Machín, który po pobycie w Gironie udowadnia, że w większym klubie radzi sobie jeszcze lepiej. To jeden z najbardziej obiecujących hiszpańskich szkoleniowców. Przyszedł do Sevilli, zarzucając wiele nowych pomysłów, jak chociażby gra w formacji 3-4-3 i postawienie na Jesúsa Navasa jako tego, który po prawej stronie odpowiada raczej za obronę, niż za atak. Dzięki większym środkom i większej jakości piłkarzy, których ma do dyspozycji, Machín pokazuje, że można walczyć jak równy z równym czy to z Realem, czy Barceloną.

Zgrało się to oczywiście z fenomenalną formą André Silvy. Portugalczyk po odejściu z Milanu wreszcie odetchnął i w lidze załadował już 8 bramek. Dość powiedzieć, że w całym ubiegłym sezonie Serie A trafił zaledwie dwukrotnie. Trzecim natomiast jest wyżej wymieniony już Navas, który złapał życiową formę i jest królem prawej strony boiska, „zarówno w ofensywie, jak i defensywie”, cytując klasyka. Jeśli do tego wszystkiego dorzucimy grającego na stale wysokim poziomie Ben Yeddera oraz bramkarza, Tomáša Vaclíka, który sprawia, że po raz pierwszy od wielu lat Sevilla nie traci tyle głupich bramek, to z andaluzyjskiej ekipy naprawdę wyrasta kandydat do tytułu, który w walce o tenże może liczyć się do ostatnich kolejek.

Na sytuację w Primera División złożyło się kilka czynników, jednak wniosek jest jeden – te okoliczności mogą w przyszłości tylko zaprocentować. Od wielu lat hiszpańskie kluby udowadniają, że w Europie nie ma na nich mocnych, ale niektórzy wciąż uważają, że piłka angielska jest mocniejsza. Z pewnością pod kątem finansowym, bo póki co tylko Real i Barcelona mogą się równać z większością ekip z Wielkiej Brytanii. Trzeba jednak zadać sobie pytanie – jeszcze parę takich sezonów na Półwyspie Iberyjskim i czy La Liga nie przeskoczy Premier League także pod tym względem wyrównanego poziomu?

KRZYSZTOF ROT

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)