Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Tydzień nieoczekiwanego triumfu piłki nożnej. Triumfu, chciałoby się rzec, ostatecznego. Bo jak inaczej określić dotarcie najpopularniejszej dyscypliny sportowej świata nawet do ludu zamieszkującego Sentinel Północny?

Ludu całkowicie odciętego od cywilizacji, nie zdającego sobie sprawy z takich dobrodziejstw jak samochód, telewizja, jojo?

Ludu, gdzie wciąż największym technologicznym osiągnięciem jest wyplecenie koszyka?

A jednak i ten bastion padł.

Tych – według szacunków – od kilkudziesięciu do kilkuset współplemieńców to jedni z ostatnich ludzi nieświadomych niczego, co poza linią horyzontu. Nigdy nie słyszeli ani o II Wojnie Światowej, ani o lądowaniu na księżycu, ani o Franku Sinatrze, ani o Jarosławie Dymku. 60 km kwadratowych ojczyzny i szlus. Jacykolwiek nowo przybyli by się tam zjawiali, zawsze witani są tak samo – krótkim „odpieprzcie się”, wyrażonym przez grad strzał.

Pierwszy kontakt między ludem Sentinela Północnego a resztą świata datuje się na rok 1880; brytyjski oficer Maurice Vidal Portman, zarządca kolonialny archipelagu Adamanów w Zatoce Bengalskiej, postanowił, że warto się z Sentinelczykami zaprzyjaźnić. Zrobił to w najprzyjaźniejszy możliwy sposób: wylądował na plaży, schwytał kogo się dało i wrócił z nimi do Port Blair.

Pojmać udało się parę dorosłych i czworo dzieci. Dwójka dorosłych poza własną wyspą przeżyła raptem kilka dni. Zapiski mówią o ich błyskawicznym starzeniu się, wyniszczaniu ciał, jak tylko oddalano się od rodzimych brzegów. Przerażony Maurice uznał, że może jednak wycofać się ze wszystkiego rakiem. Odesłał dzieciaki na wyspę, zostawiając im kilka prezentów, które – jak to prezenty dawane dzieciom – miały zrekompensować traumę wszech czasów.

Następne próby wyciągnięcia ręki do Sentinelczyków niemal zawsze kończyły się tak samo. W 1974 pojawił się z kamerą National Geographic – został ostrzelany przez łuczników. Jeśli ktoś zbłądził na wodach tak, że zaprowadziło go to na brzeg Sentinelu – ginął. Najbliżej pozytywnego kontaktu był Triloknath Pandit, antropolog, któremu po wielu latach udało się spędzić króciutki czas na wyspie. Jak krótki? Tak krótki, że zakończony dość szybko nożem skierowanym w kierunku Pandita przez jednego z krewkich mieszkańców.

Rząd Indii dawno miał sprawy powyżej uszu i w końcu doszedł do jedynego możliwego rozwiązania: dał wyspie zagwarantowany prawnie święty spokój. Zbliżanie się do niej było nielegalne i ścigane.

W 2004, po trzęsieniach ziemi, które wstrząsnęły Azją, Sentinel Północny był jedną z wielu wysp, które nawiedziło tsunami. Rząd, zaniepokojony o swoich nieświadomych obywateli, został zmuszony do złamania prawa. Z czystej troski wysłał helikopter by sprawdzić, jak źle wygląda sytuacja, czy może nie potrzeba wtargnąć w ten świat, by ratować życia.

Helikopter został ostrzelany z łuków, a także obrzucony dzidami.

A jednak w tym roku pojawił się kolejny śmiałek, Amerykański misjonarz John Allen Chau, który chciał na Sentinelu szerzyć słowo Boże. Jest to może pomysł straceńczy, ale podparty przecież długą tradycją.

Co mnie najbardziej ciekawi, że to John Allen Chau przywiózł wśród prezentów nie tylko biblię, ale również piłkę.

Ta piłka jest tutaj kluczowa, dzięki niej wszystko składa się w jedną całość. Tylko człowiek, który interesował się piłką nożną, mógł uwierzyć w powodzenie akcji.

Agresja wobec wszystkich? Którzy chociaż się zbliżali? Wliczając w to helikopter? Potrzeba cudu, by się udało. Ale przecież w piłce nożnej cuda zdarzają się co weekend; ktoś odrobi trzybramkową stratę, ktoś strzeli pięć bramek w dziewięć minut, wyrówna wynik grając w dziewiątkę, wielki odpadnie z małym, mały z jeszcze mniejszym. Każdy klub, każda drużyna, każda reprezentacja ma swoją mitologię cudów, wielkich chwil, gdy wszystko sugerowało, że to nie może się udać, a jednak się udało. Powiecie: biblia usłana cudami, stąd czerpał pewność siebie. Ale dajcie spokój – cuda biblijne coraz bardziej widmowe, cuda piłkarskie namacalne, nagrywane na video, do puszczenia na Youtube.

John Allen Chau jednak swojego Brondby, swojego remisu na Wembley, nie zapisał. John Allen Chau został zabity. Rząd Indii nie zamierza wyciągać konsekwencji – wiedział chłop, na co się pisze. Rząd amerykański też nie zamierza wyciągać konsekwencji i bujać się na Sentinel po ciało – rodzina zmarłego powiedziała, żeby zostawić plemię w spokoju.

Ale prezenty, było nie było, udało się dostarczyć. Zginął ten posłannik futbolu, ale ogień przyniósł.

Może futbolówka zostanie pocięta i wykorzystana na cokolwiek innego – możliwe. Ale jeśli ktokolwiek piłkę kopnie – wyspa zostanie zdobyta.

Gorzej, jeśli futbol przy okazji ją zabije, tak jak zewnętrzny świat zabił parę pojmaną przez Maurice’a Vidala Portmana. Sentinelczycy, plemię nie opuszczające nigdy swojej maleńkiej wysepki, mają tragicznie marną odporność. Zarazki, choroby, wirusy – dla nich wypłynięcie z wyspy to jak wyjście bez skafandra w atmosferę Marsa. Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Nie, bo wszystko cię zabije.

Miejmy więc nadzieję, że John Allen Chau zagrał fair play, czyli zadbał o to, by piłka – wbrew logice korzystania z piłki – była czysta.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (12)