Kariera triumfów, błędów i znaków zapytania. Alonso odchodzi z F1
Inne sporty

Kariera triumfów, błędów i znaków zapytania. Alonso odchodzi z F1

Choć trudno w to uwierzyć, dziś Fernando Alonso pojedzie w swoim ostatnim Grand Prix. Na torze w Abu Zabi wystąpi w specjalnie przemalowanych na tę okazję kasku i bolidzie. Taki gest ze strony McLarena nie dziwi – Hiszpan jest przecież dwukrotnym mistrzem świata. Choć, jak twierdzi wielu ekspertów, tytułów powinien mieć znacznie więcej, gdyby tylko… nie odbierał ich sobie sam. Bo to właśnie kariera Alonso: pełna złych decyzji, problemów, ale też fantastycznych wyścigów i fenomenalnych zwycięstw. Nie da się oddzielić jednych od drugich.

Gokart po siostrze

Miał trzy lata, kiedy jego ojciec – zapalony mechanik i fan wyścigów – skonstruował gokarta, którego chciał dać jego starszej siostrze. Jedyny problem? „Ośmioletniej dziewczynki nie interesowało spędzanie weekendów na gokartowych torach w północnej Hiszpanii”, tak na Players’ Tribune ujął to sam Fernando. Alonso senior skorzystał więc z opcji rezerwowej, którą był jego trzyletni syn, wówczas… nie sięgający nawet do pedałów.

Wystarczyło jednak kilka drobnych modyfikacji i udało się przeskoczyć tę przeszkodę. Szybko okazało się też, że mały Fernando ma talent, a jego siostra musiała pogodzić się z tym, że weekendy i tak spędzała wśród ryku (no dobra – pomruku) silników. Często bowiem, gdy kilkuletni Hiszpan jeździł wraz z ojcem, pełniącym równocześnie funkcję mechanika, na zawody, towarzyszyła mu też reszta rodziny.

Nie było łatwo. Matka Fernando pracowała w centrum handlowym, jego ojciec był inżynierem w fabryce produkującej materiały wybuchowe. Nie zarabiali dużo, nie mieli więc wystarczająco wiele pieniędzy, by móc zapewnić synowi najlepszy sprzęt. Młody Alonso musiał się dostosować i pokonywać rywali nie dzięki gokartowi, a za sprawą swoich umiejętności. Starał się więc to robić. Zwykle skutecznie.

W trakcie jednego z wyścigów w moim pierwszym sezonie zaczął padać deszcz. Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem opony na mokrą nawierzchnię. Miało je jedno z aut obok mnie. Nie miałem pojęcia co to. Jeździłem na suchych oponach – to wszystko, co mieliśmy. Ale nie było to dla mnie dziwne, bo tylko tyle wiedziałem. Jeździłem na nich przez parę lat, zdawałem sobie sprawę z tego, co potrafią. Musiałem być tylko dokładniejszy, bardziej precyzyjny. Miałem tylko sześć lat, ale się dostosowałem, bo musiałem. Kochałem to.

Do dziś Fernando uważa wyścigi gokartowe za „najczystszą formę ścigania”. Bez wszystkiego, co – jego zdaniem – psuje dzisiejszą, nowoczesną Formułę 1: wytycznych dotyczących bolidów; dominacji kilku zespołów, które wyraźnie odstają od reszty stawki; potrzeby kontrolowania paliwa, baterii, opon i „wszystkiego, co powiedzą ci z garażu”, co – zdaniem Fernando – promuje zawodników przeciętnych, bo nie trzeba mieć wielkiego talentu, by poradzić sobie w dzisiejszych Grand Prix (szczególnie, że można je przejechać tysiąc razy w symulatorach); trudnego, rozbudowanego kalendarza, opierającego się głównie na wyścigach spoza Europy; a w końcu na pozbawieniu kierowców możliwości korzystania z instynktu, odebranie wyścigom właśnie tej „czystości”, którą miały przed laty, gdy zaczynał jeździć.

Czy ma rację? Można dyskutować. Jak mawiał klasyk: „jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie”. Jak zwykle w takich przypadkach. Z całą pewnością Formuła 1 bardzo zmieniła się od 2001 roku, gdy Alonso w niej debiutował. Czy na gorsze – niech każdy odpowiada wedle własnego uznania.

Zatrzymaliśmy się jednak na gokartach. A w tych Hiszpan spędził kilkanaście lat, zdobywając niemal wszystkie tytuły, jakie – w jego kategoriach wiekowych – można było zgarnąć. Mistrzostwo Hiszpanii, Włoch, świata. Wieści o wielkim talencie z Asturii rozeszły się stosunkowo szybko. W wieku 13 lat Fernando bywał we Włoszech, gdzie pracował z konstruktorem silników, by „gdy pojawi się na starcie wiedzieć wszystko o swoim gokarcie”. Oczywiście wszystko kosztem szkoły, ale, jak sam mówił, „lubił to”, że nie musiał do niej chodzić.

Pierwszy sukces odniósł jeszcze wcześniej, w 1988 roku. Miał wtedy siedem lat. Po kilku kolejnych zaczął mieć fanów. Hiszpania od zawsze była zwariowana na punkcie motosportu, choć zwykle rozchodziło się o motocykle. Ale gdy pojawił się tak utalentowany dzieciak, nie trzeba było długo czekać, by i jego poczynania śledziło sporo osób. A pamiętajmy – to czasy, gdy Internet w domach był rzadkością, więc nie było to łatwe. W 1991 Fernando dostał specjalne pozwolenie na to, by prowadzić pojazdy wyższej kategorii. W teorii był za młody, ale uznano, że sobie poradzi. Zrobił to bez większych trudów, a dwa lata później miał już upragnionego sponsora.

Nie skończył jeszcze dwunastu lat, kiedy Genis Marcó [właściciel firmy Genikart, importer silników Parilla – przyp. red.] przetestował go. Wszystko odbyło się w trakcie mistrzostw Katalonii w Mora de Ebro. Fernando wiedział już wcześniej, że to najważniejszy moment w jego karierze – mówił ojciec młodego wówczas kierowcy.

Jak skończył się wyścig? Oczywiście zwycięstwem Alonso. Marcó zdecydował się wspierać Fernando, a ojciec tego ostatniego przestał być wówczas jego mechanikiem. Takim stał się za to jego syn, który w wieku 14 lat zarabiał dodatkowe grosze, naprawiając gokarty kilkuletnim dzieciakom. Przestać musiał mniej więcej w 1999 roku, gdy wskoczył do bolidu Formuły Nissan – wcześniej rozbijając się dwa razy na testach, które mimo tego przejechał tak dobrze, że zdecydowano się na niego postawić – tylko po to, żeby zdobyć tam mistrzostwo (kilka lat później w jego ślady, ale już w zawodach odbywających się pod nazwą Formuła Renault 3.5, poszedł Robert Kubica). W kolejnym sezonie startował w Formule 3000, gdzie był najmłodszym kierowcą. Ukończył go na czwartym miejscu.

Dla wszystkich stało się jasne jedno: ten gość musi znaleźć się w Formule 1. Za sprawą ekipy Minardi, która postawiła na Hiszpana, okazało się, że nie trzeba było długo na to czekać.

Mistrz

Nie wierzę, że jestem lepszy od kogokolwiek, gdy chodzi tylko o szybkość w kwalifikacjach. Nie sądzę, bym był lepszy od kogokolwiek, gdy tor jest mokry lub gdy jest sucho, w trakcie kwalifikacji czy w wyścigu. Ale jeśli wsadzicie mnie do takiego samego samochodu, w tym samym momencie i na tym samym torze, co kogokolwiek innego, myślę, że go pokonam.

Alonso nie był tu najskromniejszym człowiekiem na świecie, ale wielu przyznałoby mu rację. Choć jego dwa tytuły mistrzowskie to już historia antyczna (Robert Kubica zadebiutował w Formule 1 w sezonie, gdy Fernando zdobywał drugi z nich), dla wszystkich wciąż jest jasne, że Alonso to genialny kierowca. Tylko… obdarzony niesamowitym talentem do komplikowania sobie życia. Ale o tym potem.

Po sezonie w Minardi, w trakcie którego nie zdobył nawet punktu, ale prezentował się naprawdę dobrze, trafił do Renault. Tam cały rok spędził w roli kierowcy testowego, co dość mocno go irytowało (o czym zresztą kilkukrotnie mówił mediom). Cierpliwość jednak popłaciła – w 2003 został etatowym kierowcą zespołu. W tym samym sezonie wywalczył pierwsze pole position (jako najmłodszy w historii), podium i zwycięstwo (patrz: poprzedni nawias) w karierze. Gorzej było jednak rok później, gdy ani razu nie wygrał.

Renault czyniło jednak postępy, podobnie jak Fernando. I w 2005 roku ta kombinacja dała efekt, którego chyba nikt się nie spodziewał. Mistrzowski. Sam Alonso mówił Guardianowi – jeszcze w trakcie trwania sezonu – że „na początku dla nikogo z nas nie był to realny cel, ale, biorąc pod uwagę, jak wygląda to teraz, nasze marzenie jest bliskie spełnienia. W aucie z 2003 mieliśmy szansę zdobywać punkty. W aucie z 2004 mogliśmy stawać na podium. W tegorocznym aucie możemy wygrywać Grand Prix”.

Hiszpan miał wówczas fenomenalny sezon: zwyciężył w siedmiu wyścigów, w kolejnych pięciu był drugi, trzykrotnie zajmował też najniższą pozycję na podium. Łącznie: piętnaście z dziewiętnastu startów ukończył na pudle. Jego triumf w klasyfikacji generalnej był zdecydowanie zasłużony i nikt inny nie zapracował tak bardzo na to, by przerwać dominację Michaela Schumachera. Co, swoją drogą, musiało być dla niego czymś specjalnym.

Kiedy byłem małym dzieckiem, jeżdżącym w gokarcie, miałem jakieś osiem lat i zawsze oglądałem Ayrtona Sennę oraz Alaina Prosta. To moje pierwsze wspomnienia dotyczącego kogoś, kto inspirował mnie, by zostać kierowcą. Potem, gdy jeździłem w niższych kategoriach, nastał czas Michaela. Kiedy więc wchodziłeś do Formuły 1 i widziałeś Schumachera w padoku, czułeś respekt.

Choć akurat te słowa traktowalibyśmy dość ostrożnie. Dlaczego? Bo w innym wywiadzie Fernando przyznawał, że za czasów jego dzieciństwa Formuła 1 nie była w Hiszpanii specjalnie popularna i „nie wiedział nawet, kim był Michael Schumacher”, a coraz lepiej poznawał jego historię (i innych gwiazd Formuły 1), gdy sam był bliski startów w niej. Gubi się pan w zeznaniach, panie Alonso.

Hiszpan nie miesza jednak, gdy mówi o najtrudniejszym rywalu, z jakim się mierzył. Wtedy zawsze wymienia nazwisko Schumachera. Tego samego, którego pokonał – jak i całą resztę stawki – ponownie, sezon później. Został wtedy najmłodszym zawodnikiem w historii, który obronił tytuł mistrzowski (później ten rekord poprawił Sebastian Vettel). Ale gdyby chodziło tylko o zwycięstwa w klasyfikacji generalnej, nikt nie zastanawiałby się, czy Alonso można uznawać za „jednego z najlepszych w historii”. Bo ma ich za mało, by mierzyć się z największymi legendami tego sportu. A takie (i podobne) rozważania nie należą do rzadkości. Dlaczego? Znakomicie ujął to ekspert Sky, Ted Kravitz:

Fernando jest ze stosunkowo biednej części Hiszpanii – Asturia nie jest uprzemysłowiona. Musiał pracować bardzo ciężko, żeby się przebić. Flavio Briatore i Renault wybrali go, widząc, że jest utalentowany, ale to ten rodzaj charakteru, postawy, został z nim przez całą karierę. Czasem mu to przeszkadzało, działało na jego niekorzyść. Ale taki jest, to wojownik. Kocham w nim to, że czasem wręcz czujesz, że wsiada za kierownicę wściekły. Murray Walker zawsze powtarzał, że komentował, jakby jego spodnie były zajęte ogniem, a ja zawsze myślałem, że Fernando prowadzi, jakby to jego spodnie były w ogniu.

To właśnie ta bezkompromisowość, agresywny styl jazdy, zdolność do wygrania z każdym – o czym mówił sam Fernando – nieważne, czy ten ktoś siedział w lepszym czy porównywalnym bolidzie. To uczyniło z niego legendę, bo dziś trzeba na niego patrzyć w takich właśnie kategoriach. Do tego inteligencja – „wydaje się, jakby znał większy, kompletny obraz” mówił Kravitz, a Mark Temple, inżynier wyścigowy, nazwał Fernando „najbardziej inteligentnym kierowcą, z jakim pracował”.

Nie wierzycie nam? Cóż, mamy wam do zaoferowania kilka wyścigów do obejrzenia, które mogą sprawić, że zmienicie zdanie. Pierwsze z brzegu to Korea 2010, Malezja 2012 i Walencja z tego samego sezonu. To trzy Grand Prix, które wskazał sam Fernando, gdy zapytano go o jego najlepsze wyścigi. Dorzucilibyśmy jeszcze San Marino z 2005 roku, o którym Alonso pisał:

Zakwalifikowałem się drugi, za Kimim Räikkönenem. Ale w niedzielny poranek mieliśmy problemy z samochodem. Jeden z cylindrów w silniku nie działał. Mieliśmy tak naprawdę 9,5 sprawnych cylindrów zamiast 10, przez co byliśmy wolniejsi. Mogliśmy zamienić silnik, co poskutkowałoby przesunięciem mnie na sam koniec stawki na starcie albo zostawić ten i poczekać, co się stanie. Zostawiliśmy go. Po zaledwie dziewięciu okrążeniach Kimi musiał wycofać się z wyścigu. Prowadziłem przez kolejnych 50 kółek. Auto działało dobrze, miało mniej mocy, ale poza tym wszystko było w normie. Na dwanaście okrążeń przed końcem wjechałem do pit stopu. Kiedy z niego wyjechałem, spojrzałem w lusterka i zobaczyłem tam tylko czerwień Ferrari. Michael Schumacher mocno na mnie naciskał. Miał więcej mocy, był szybki. Dostosowałem się. Starałem się utrzymać go za mną za wszelką cenę. To była nie tylko fizyczna, ale i psychiczna batalia. Michael naciskał na każdym rogu, w każdym zakręcie, starając się zmusić mnie do popełnienia błędu. Nie zrobiłem tego. Utrzymałem wygraną. Do dziś jest to jeden z moich ulubionych wyścigów.

To tylko jeden z przykładów niesamowitej umiejętności Hiszpana do pokonywania przeszkód. A Michael Schumacher w lepszym bolidzie to nie pierwsza z brzegu kłoda rzucona pod nogi, bliżej mu do szerokiej na sto metrów fosy, w której pływają rekiny. Fernando radził sobie z takimi już w 2005 roku. Wydawało się więc, że świat leży u jego stóp. Kluczowe jest tu słowo „wydawało”.

Charakter

To mój charakter. Zawsze byłem bardzo cichy na zewnątrz. Nie stresuję się przesadnie tym, że jestem w Formule 1. Dla mnie jutro to tylko kolejny dzień, nieważne czy skończę pierwszy czy ostatni. Moi rodzice są bardzo podobni do mnie. Cała moja rodzina wie dokładnie, co robię i dlaczego. Dla mnie to prosty sport.

Lubię się ścigać, nie robić samemu kółka na testach. Tak samo jest, gdy jestem na rowerze. Kiedy gram w tenisa jest jeszcze gorzej, biorę do ręki rakietę i… jestem niebezpieczny. Kiedy jedziemy na gokarty z przyjaciółmi, zwykle kończy się katastrofą. Ale w samochodzie wyścigowym jestem spokojny, bo płacą mi za to i muszę być profesjonalistą.

Dajesz z siebie wszystko, próbując wyjaśnić inżynierom, gościom od opon i całej reszcie, jak czujesz się w samochodzie. Patrzysz na rywali, widzisz, co robią, gdzie są szybsi od ciebie, analizujesz to. Zawsze są małe rzeczy, które możesz zrobić. Przechodzisz się po fabryce, witasz ze wszystkich ludźmi, bo ci goście pracują na to, żebyś w trakcie następnego wyścigu miał wszystko przygotowane. Jeśli nie przyjaźnisz się ze swoim zespołem, jesteś samotny.

Wszystkie te cytaty z Fernando Alonso pochodzą sprzed kilkunastu lat. Wypowiedział je odpowiednio w 2005, 2002 i ponownie 2005 roku. I możemy uwierzyć, że wtedy faktycznie taki był. Ale już w jego drugim mistrzowskim sezonie do głosu doszła jego inna strona. Taki mister Hyde w wydaniu hiszpańskim. Jeszcze przed nim zapowiedział, że w 2007 roku będzie jeździł dla McLarena. Ale to nic złego, tym bardziej, że swoje obowiązki wypełniał równie profesjonalnie jak wcześniej. No, prawie.

Po Grand Prix Japonii otwarcie skrytykował swój zespół, mówiąc, że – uwaga, to ważne! – „czuje się samotny i nie otrzymuje pełnego wsparcia”. Wielu członków ekipy poczuło się urażonych jego komentarzami, co utrudniło im nieco prace z Hiszpanem na finiszu sezonu. Mistrzostwo jednak wpadło w ich ręce. A potem Fernando odszedł do McLarena.

Jego przygoda z tym bolidem zakończyła szybko. Alonso i Ron Dennis, dyrektor zespołu, wytrzymali ze sobą zaledwie rok, rozwiązując kontrakt za porozumieniem stron. I to mimo tego, że obaj kierowcy McLarena stracili zaledwie punkt do mistrza, Kimiego Räikkönena. Kto był drugim z nich? Lewis Hamilton. I tu kryje się problem.

Fernando zarzucał bowiem swojej ekipie, że ta faworyzuje młodego Brytyjczyka jego kosztem i powtarzał to dość regularnie – nawet gdy to Lewis prowadził w klasyfikacji generalnej mistrzostw. W pewnym momencie zażądał więc, by to się zmieniło. I jasne, mógł to zrobić. Sęk w tym, że wybrał zły sposób. By nie napisać: beznadziejny. W trakcie kwalifikacji do Grand Prix Węgier przytrzymał kolegę z zespołu w pit-stopie, przez co ten nie zdołał wyjechać na finałowe okrążenie (tu akurat swoje „zasługi” ma też Hamilton, który wcześniej zignorował polecenia od zespołu). Burza rozpętała się jednak dopiero potem.

McLaren zmagał się wtedy z oskarżeniami dotyczącymi afery szpiegowskiej. W skrócie: był oskarżony o posiadanie tajnych informacji na temat samochodu Ferrari. Fernando wparował więc do biura Rona Dennisa i zagroził mu, że jeśli to nie on będzie wyborem ekipy numer jeden, pójdzie do FIA i opowie o wszystkim, co w tej sprawie wie. Na jego nieszczęście Dennis nie dał się zastraszyć, sam zgłosił się w odpowiednie miejsce i wytrącił Hiszpanowi karty z ręki. Dla wszystkich stało się jednak jasne, że po sezonie – a to, że wytrzymali do końca to i tak cud – Alonso odejdzie.

2007 był bardzo trudny, ale wiele się nauczyłem. To było dobre dla mojej kariery: dołączyć tam i się rozwinąć. Nauczyłem się, jak pracować z zespołem i radzić sobie z presją mediów. Trudności, które miałem, pochodziły od zespołu i mediów. Teraz jestem dużo lepiej przygotowany do wszystkiego w Formule 1.

To słowa samego Fernando, jak łatwo się domyślić. Sęk w tym, że czego jak czego, ale wniosków to on nie wyciągnął za cholerę. Bo inaczej się tego nie da określić, serio. Trudno też dopatrzyć się w jego zachowaniu spokoju, podobno typowego dla jego rodziny. Bo kilka lat później, pod koniec swojej przygody z Ferrari (trafił tam w 2009 roku, a dwa sezony, które przejechał wcześniej w Renault wniosły do jego kariery tak niewiele, że po prostu je zignorujemy) pokłócił się z szefostwem Ferrari, które potwierdziło później, że Hiszpan pożegna się z zespołem. Fernando zrobił to bez żalu, choć to o występach w tej ekipie marzył za dzieciaka.

Nie dziwi nas więc, że – w chwili szczerości – w wywiadzie dla hiszpańskiego „AS-a” powiedział, że „czasem jest mi ze sobą trudno, ale dla ludzi dookoła jest to jeszcze trudniejsze. Znam się od wielu lat, więc potrafię ze sobą wytrzymać, ale inni… o, człowieku!”. Cała wypowiedź była co prawda okraszona śmiechem, ale wiele osób, które współpracowały z Fernando po prostu woli nie mieć z nim już nic wspólnego.

Jakkolwiek by jednak tego nie określać, Alonso potrafił zrazić do siebie ludzi w czterech wielkich firmach w świecie motosportu. A to też nie byle jakie osiągnięcie. Najpierw zirytował członków swojego zespołu w Renault (co nie przeszkodziło mu już po roku ponownie się w nim pojawić), potem w Mercedesie (gdy ten współpracował z McLarenem), Ferrari i Hondzie. Ta ostatnia dostarczała silniki ekipie McLarena, ale po narzekaniach Fernando zmieniono ją na Renault.

Trzeba przyznać, że akurat w tym ostatnim przypadku Alonso miał rację, ten silnik miał mniej mocy niż typowy człowiek w poniedziałkowy poranek przed wypiciem kawy. Hiszpan manifestował to jednak w sposób… wspaniały, acz niewłaściwy. Raz włączył radio w swoim bolidzie tylko po to, by powiedzieć, że jeździ z „silnikiem GP2”. Innym razem, po wycofaniu się z wyścigu, usiadł na krzesełku i zaczął się opalać (choć od tego czasu minęły ponad trzy lata, hasło #PlacesAlonsoWouldRatherBe do dziś krąży w światku fanów F1). W jeszcze innym przypadku chwycił kamerę i zaczął pracować jako jej operator. Dość słaby, dodajmy. Gdy na torze w Soczi w 2015 roku kazano mu „trzymać za sobą Felipę Massę” odpowiedział jedynie „uwielbiam wasze poczucie humoru”. Dwa lata później, na tym samym torze, inżynier kazał spróbować mu zrestartować bolid. Odpowiedź Hiszpana była krótka: „już to zrobiłem, spróbuj sam”. Jedno można o nim napisać: nudzić z Fernando się nie da, nawet gdy jeździ dorożką wśród bolidów.

Całą karierę Alonso – mistrza, ale i gościa, który przez trudny charakter spieprzył sobie mnóstwo szans – znakomicie podsumowano w artykule na stronie firstpost.com:

Jest coś w byciu Alonso, co sprawia, że zespoły wybierają mniejsze talenty do prowadzenia swoich samochodów. Dzieje się tak pomimo ogromnego entuzjazmu fanów, który skłonił nawet Liberty Media do przekonania Fernando, by nie odchodził ze sportu. Jego kariera została ostatecznie zredukowana do roli idealnego przykładu dla młodych kierowców: co robić, gdy jest się w samochodzie i czego nie robić, gdy się z niego wysiada.

I to właśnie to „czego nie robić”, powoduje, że do dziś wielu rozważa różne wersje alternatywnej historii.

Co by było, gdyby…

…w 2007 roku nie odszedł do McLarena?

…lub po prostu nie zraził do siebie Rona Dennisa oraz Lewisa Hamiltona i wytrwał tam dłużej?

…przyjął ofertę Red Bulla lub Brawna, zamiast wracać do Renault?

…szybciej trafił do Ferrari lub został w nim dłużej?

Najczęściej powtarza się, że byłby dziś nie dwu- lecz co najmniej czterokrotnym mistrzem świata. Mniej tytułów mieliby z kolei Sebastian Vettel i Lewis Hamilton. Ucierpieć mógłby też Kimi Räikkönen. Ale Hiszpan zdobyłby to, co – gdyby pod uwagę brać tylko umiejętności – naprawdę mu się należało. Co należy myśleć o takich rozważaniach, śpiewał już Kazik, ale trudno od nich uciec. ESPN przygotował nawet artykuł na kilkanaście tysięcy znaków, w którym opisywał scenariusze, jakie mogłyby towarzyszyć Fernando, gdyby w danej chwili zachował się inaczej.

I to nie dziwi. Cała kariera Hiszpana naznaczona jest znakami zapytania, pomyłkami i złymi wyborami. Właściwie tylko raz przechodził do zespołu, który faktycznie powinien był dać mu mistrzostwo – w 2007 roku, gdy stawił się w McLarenie. Tam jednak przeszkodził mu charakter i presja, której po prostu nie udźwignął. Powrót do Renault był decyzją beznadziejną, przejście do Ferrari nastąpiło w momencie, w którym włoska ekipa była w małym dołku (a mimo tego mógł dodać do swej kolekcji co najmniej dwa tytuły, z których jeden stracił przez błędną strategię zespołu, po szalonym Grand Prix Abu Zabi 2010, gdy ściągnięto go do alei serwisowej w złym momencie), a odejście do McLarena to już absolutna pomyłka. Gdyby potrafił wybrać właściwie i gdyby nie palił za sobą wielu mostów (Lewis Hamilton niech będzie tu przykładem), prawdopodobnie byłby dziś znacznie bardziej spełnionym kierowcą. Ale niczego nie żałuje.

Jasne, jeśli znałbym wyniki, mógłbym zrobić niektóre rzeczy inaczej. Ale musiałem pójść do Ferrari w 2009, miałem tę możliwość, a każdy chce się znaleźć w tym zespole. Ferrari nie było wtedy konkurencyjne, a i tak walczyłem o mistrzostwo do końca i dobrze się bawiłem. Kombinacja McLarena i Hondy w 2015 była atrakcyjna i każdy w padoku zgadzał się, że może zapewnić sukces. Więc dołączyłem do projektu z nadziejami i zaangażowaniem. Nie udało się, ale wciąż wykonaliśmy kawał dobrej roboty, nie poddając się. Od 2009, gdy opuściłem Renault, nigdy nie zdobyli mistrzostwa. Ferrari po 2014, kiedy odszedłem, tak samo. Nie dominują w tym sporcie. Każdy krok, który podejmowałem, nie zapewnił mi sukcesu, ale zespoły, które zostawiłem, też go nie osiągnęły. Nie rozumiem ludzi, którzy myślą, że podjąłem złe decyzje. Oni też wciąż nie wygrywają.

Znów jednak można zapytać: a co by było, gdyby bolid, którym dysponował Sebastian Vettel, miał Fernando Alonso? Co by było, gdyby to on ścigał się z Lewisem Hamiltonem o mistrzostwo? Odpowiedzi jest mnóstwo, ale wśród nich dość mocno wyróżnia się opcja: „Alonso byłby mistrzem”. Czy faktycznie tak by się stało?

To wszystko hipotetyczne przykłady. Nigdy nie wiesz. Na pewno jeździłem w gorszych bolidach, ale równie dobrze mając lepszy samochód mogłoby mi brakować szczęścia w kilku wyścigach i też nie walczyłbym o mistrzostwo. Jestem szczęśliwy. Jestem szczęśliwy i, jak mówiłem przez te 17 lat, kiedy podejmujesz decyzję, robisz to, ponieważ wierzysz, że jest właściwa. Nigdy nie podejmujesz takiej, myśląc, że będzie błędna. Wierzysz, że wybierasz dobrze. Jeśli wróciłbym do przeszłości bez kryształowej kuli, wybrałbym tak samo.

Taka jest natura sportu. Kobe Bryant odszedł na emeryturę, mając na koncie pięć tytułów i grając do 42. roku życia. Obok Jordana to najlepszy koszykarz w historii, ale nie wygrywał każdego meczu i każdego mistrzostwa, to normalne. Każdy ma wzloty i upadki, a ja miałem więcej tych pierwszych. Jestem niesamowitym szczęściarzem. W padoku jest 22 kierowców i 80% z nich nigdy nie było na podium, nikt nie oblał ich szampanem, nie mają trofeów. Kiedy słyszę, jak ludzie mówią „biedny Fernando”, bardzo mnie to zaskakuje. Mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która jest szczęśliwa z moim życiem. Potrzebuję tylko zdrowia i każdego dnia dziękuję Bogu za to, że tu jestem. Za fantastyczne auta, które prowadziłem i wciąż prowadzę oraz niesamowite doświadczenia, które przeżyłem.

Rozważania nie ustaną. Sam Alonso dobrze o tym wie, mówi, że rozumie fanów, bo wie, że ci chcieliby, żeby wygrywał. Nie powstrzyma ich zakończenie przez Hiszpana kariery. Dalej wszyscy będą się zastanawiać, czy w bolidzie Brawna wygrałby mistrzostwo albo co zrobiłby z dzisiejszym samochodem Ferrari. Czy gdyby skorzystał z oferty Red Bulla, to Sebastian Vettel byłby dziś tak cenionym kierowcą? Czy Lewis Hamilton zostałby pięciokrotnym mistrzem świata, jeśli Fernando umiałby powstrzymać swój temperament jedenaście lat temu?

Na podstawie kariery Alonso ktoś śmiało mógłby pokusić się o nakręcenie filmu inspirowanego „Efektem motyla”. Ale to wciąż byłaby fikcja, nie wiedzielibyśmy, czy wszystko potoczyłoby się w ten sposób. Jedno, czego możemy być pewni to to, że Hiszpan opuszcza Formułę 1 szczęśliwy. A na pytanie, czy zalicza się do grona najlepszych w historii, odpowiada:

Dla mediów najlepsi są ci, którzy wygrywają tytułu. Ale sportowiec, który jest znany i zdobył sobie szacunek wszystkich myśli też o innych rzeczach. Wygrać mniej lub więcej, to kwestia znalezienia się w dobrym samochodzie w odpowiednim czasie. Kiedy ludzie o tobie mówią i cię szanują, to nawet, gdy jesteś w złym samochodzie w złym momencie, ten szacunek jest ważniejszy niż tytuły. Oczywiście, chciałbym mieć nieco więcej trofeów w domu, ale tak już po prostu jest.

Czy to oznacza, że Alonso ma w tym gronie miejsce? Będziecie musieli odpowiedzieć sobie sami.

Wyjście z bolidu

– Jeśli pewnego dnia się zatrzymasz, nie sądzę, żeby powodem było to, że jesteś wolniejszy, a to, że jesteś zmęczony. Zmęczony podróżami. Zmęczony mediami, bo od dwudziestu lat jesteś w gazetach i telewizji. Może chcesz się zatrzymać, bo prawdziwe życie jest z drugiej strony pudełka. Więc zatrzymujesz się przez to, nie dlatego, że jesteś o trzy dziesiąte wolniejszy niż 20 lat wcześniej ~ Alonso w 2016 roku.

Fernando Alonso odchodzi. Gość, który przez 17 lat był obecny w bolidzie Formuły 1, wreszcie z niego wychodzi. Czy na stałe? Nie wiadomo. Hiszpan mówi, że nie wyklucza powrotu. „Teraz trudno jest mi o tym myśleć, ale drzwi nie są zamknięte. Nie wiem, jak będę się czuł w przyszłym roku. Robiłem to całe moje życie. Możliwe, że w kwietniu będę zdesperowany, żeby znów się tu znaleźć. Prawdopodobnie nie jestem w nastroju na ostatni wyścig”.

Zresztą słowo „ostatni” należałoby pisać właśnie tak – w cudzysłowie. Bo Alonso nie kończy sportowej kariery. Zmienia po prostu pojazd, celuje w potrójną koronę. Na swoim koncie ma już Grand Prix Monte Carlo, wygrał też – wraz z Sébastienem Buemim i Kazukim Nakajimą – wyścig Le Mans 24. Zostało mu Indianapolis 500, w którym też miał już okazję wystartować. Prowadził już niedługo po starcie, musiał się jednak wycofać z powodu awarii. To, że dalej będzie jeździć, nie zmienia jednak podstawowego faktu – dziś w Abu Zabi skumuluje się mnóstwo emocji: przyjaciół z toru, fanów, a także samego Alonso.

Od kiedy zdecydowałem się odejść, wszystkie okrążenia, wszystko, co związane z weekendem wyścigowym, było inne, bardziej emocjonalne. Przywiązywałem większą wagę do detali. Zorientowałem się, że nagrywałem telefonem paradę kierowców w Spa. Kiedy w nocy zobaczyłem to wideo, zapytałem sam siebie: „Po co nagrałem siedem minut tego?”. Zrobiłem to, bo chciałem zachować to w pamięci. Abu Zabi będzie dla mnie czymś takim, ale większym.

Sam mówi, że odchodzi z Formuły 1, bo ma na celowniku większe rzeczy, czyli wspomnianą już potrójną koronę. Chce ją zdobyć, stawia sprawę jasno. Nie odchodzi dlatego, że brakuje mu sukcesów w Formule 1, choć łatwiej byłoby zostać, gdyby wygrywał. Jeśli przejechałby zaledwie kilka sezonów do tej pory, pewnie w przyszłym roku wciąż by jeździł, ale po 17 latach – to po prostu dobra chwila. „Formule 1 poświęcasz całe swoje życie. Nie masz przyjaciół, rodziny, czasu wolnego, prywatności, żony, dzieci. Niczego. To pełne poświęcenie, jeśli chcesz odnieść sukces. Mam teraz inne priorytety” mówił. To z tego powodu, zapytany o to w 2005 roku, mówił, że nie wyobraża sobie siebie w bolidzie w wieku 35 lat. Z czasem zmienił zdanie. Dziś ten bolid opuści, chce osiągnąć więcej.

W F1 po prostu naśladujesz występy swojego zespołu. Jeśli jeździsz dla najlepszego, będziesz pierwszy lub drugi. Jeśli twój zespół jest trzeci z kolei, będziesz piąty lub szósty. Żeby być bardziej kompletnym kierowcą, musisz wygrać każdą serię, przeciwko ludziom, którzy są w niej specjalistami, pokonać ich w rankingu, generalnej klasyfikacji. Być zdolnym osiągnąć ten poziom, to wspaniała sprawa.

Mówi, że zawsze będzie kochał Formułę 1, ale wygranie Le Mans to „coś specjalnego, bliskiego zwycięstwu w mistrzostwach świata, bo to ikoniczny wyścig”. Lubi to uczucie, lubi wychodzić ze swojej strefy komfortu i stawiać sobie nowe wyzwania. To czyni go szczęśliwym. Uśmiecha się na myśl o tym, ile ma przed sobą pracy do wykonania i jakie przeszkody do pokonania. Ma o co walczyć, nowy cel, który chce osiągnąć. Jego fani również. Bo dalej będą go dopingować.

Kiedy testowaliśmy nasze auto, trzy tygodnie przed wyścigiem [Indy 500 – przyp. red.] i mieliśmy dwa miliony wyświetleń filmu na YouTubie, na którym jeden samochód jeździ samotnie, to bardzo nas zaskoczyło. A potem to zainteresowanie potwierdziło się w trakcie wyścigu. Od tego momentu, tak myślę, zdałem sobie sprawę z tego, że mogę robić w swoim życiu inne rzeczy, z dala od F1.

W podbijaniu innych serii wspiera go McLaren. To decyzja biznesowa, oczywiście, ale też dająca nadzieję fanom. Skoro Fernando otrzymuje wsparcie od swojego zespołu, możliwe, że – gdy tam osiągnie sukces lub wręcz przeciwnie – wróci do Formuły 1, by jeszcze raz spróbować zrobić tu coś wielkiego. Czy tak będzie, nie wie nawet on sam. Ale to nitka, której warto się uczepić, jeśli uważacie, że Hiszpan odchodzi zbyt wcześnie i chcielibyście jeszcze kiedyś zobaczyć go za kierownicą bolidu. Na razie cieszyć mogą się fani Indy 500. I nie tylko oni, a całe otoczenie związane z tym wyścigiem. Bo jeśli na starcie stawia się Fernando Alonso, to wraz z nim obecni są fani, sponsorzy i ogólnoświatowe media.

Oriol Serviá, kataloński kierowca, od wielu lat startujący w USA:

Fernando naprawdę polubił to, czego doświadczył w Indianapolis. Jeśli wróci, uczyni to wyścig bardziej ekscytującym. Ponownie będę miał okazję, by dzielić tor z naszym mistrzem świata. Mam nadzieję, że na ostatnim okrążeniu obaj będziemy walczyć o zwycięstwo… i to ja będę górą.

W tej ostatniej kwestii Alonso ma pewnie inne zdanie. Ale z resztą zapewne się zgodzi. Podobnie jak z tym, co napisał o nim Guardian: „Czasy mogą być trudne, ale pasja, która napędzała Alonso, nigdy go nie opuściła”. Bo Hiszpan wciąż ją pokazuje. Nawet jeśli dziś zrobi to po raz ostatni w bolidzie Formuły 1.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newpix

KOMENTARZE (0)